Mój Marsz Niepodległości

Rozpoczął się Mszą Świętą z kazaniem utrzymanym w duchu miłości, a
więc tego, co najważniejsze w naszych relacjach z Bogiem, Ojczyzną i z drugim
człowiekiem. Taki był prolog Marszu Niepodległości. Wiadomo było, że miejscem
docelowym jest pomnik Romana Dmowskiego przy placu na Rozdrożu, do którego miała
prowadzić droga przez plac Konstytucji. Ale nie wpuszczono nas. W tej sytuacji
podążyliśmy inną, dłuższą trasą.

Wyznam szczerze, że czułam się doskonale. Gdzie nie spojrzeć las polskich
flag i biało-czerwonych opasek na ramionach uczestników. A już szczególnie
cieszył mnie widok idącej obok kilkuosobowej rodziny: tata trzymający na barana
trzyletniego synka, u którego na prawej rączce widniała biało-czerwona opaska z
napisem "1918". Taką samą mieli tata i mama pchająca wózek z niemowlakiem.
Czapeczka malucha też miała biało-czerwone barwy z napisem "1918". Takich rodzin
było bardzo wiele. Ale mnie najbardziej wzruszeniem napawał widok osób
starszych, często poruszających się z wyraźnym wysiłkiem, idących o kulach czy
jadących na wózkach inwalidzkich. Patrząc zaś na dzieci i młodzież znającą i
śpiewającą razem z nami pieśni patriotyczne, pomyślałam, że jeszcze nie wszystko
stracone. Kiedy dotarliśmy do pomnika Dmowskiego, już zmierzchało. Nagle od
strony alei Szucha ujrzałam jadące w naszą stronę pancerne samochody policyjne.
A tuż za nimi oddziały policji: hełmy, osłonięte twarze, tarcze i pałki. Ktoś
krzyknął: "Za co? Przecież nic złego nie robimy!". Po chwili policja przez
megafon oznajmiła, że marsz jest zdelegalizowany i mamy natychmiast się rozejść,
bo w przeciwnym razie zostaną użyte środki przymusu bezpośredniego. Zaczęliśmy
się rozchodzić, a nowe posiłki policyjne wciąż i wciąż napływały. Chyba w
tysiącach. Ni stąd, ni zowąd, jakby spod ziemi wyrósł szwadron policji konnej.
Około 18.30 postanowiłam wracać do domu. Idąc ulicą Koszykową w stronę placu
Konstytucji, usłyszałam straszliwe ujadanie psów. To grupa policjantów z psami
stała w pobliżu biblioteki. Psy były tak rozwścieczone, że rwały się na każdego,
kto tylko przechodził.
Gdy dotarłam do placu Konstytucji, okazało się, że tutaj też stoi policyjny
"szwadron" z pałami. Zabronili mi iść w stronę Śródmieścia, kazali udać się na
południe w kierunku Mokotowa. Odparłam, że mieszkam akurat w odwrotnym kierunku,
na północ. Nie pozwolili. Kilka godzin wracałam więc do domu rozmaitymi drogami.
A kiedy w końcu dobrnęłam i włączyłam telewizor, dowiedziałam się, że pobiłam
policję, jestem faszystką i brałam udział w marszu groźnych terrorystów, którzy
mieli na transparentach napis: "Bóg – Honor – Ojczyzna".

 

Temida Stankiewicz-Podhorecka


Autorka jest dziennikarką i krytykiem teatralnym.

drukuj