Uzdrowiona z białaczki

Niespełna pięcioletnia Małgosia była zdrowym, pogodnym dzieckiem.
Nagle, w grudniu 2006 roku, zaczęła utykać na nogę. Pierwsza postawiona przez
lekarzy diagnoza brzmiała: zapalenie stawu biodrowego. Kolejna była bardziej
tragiczna: białaczka. – Wyniki badań krwi były bardzo złe i w trybie
natychmiastowym zostaliśmy wezwani do lekarza. Lekarz powiedział nam tylko, że
córka jest bardzo chora, i dał skierowanie do szpitala w Jaśle. Tam ponownie
zrobiono Gosi badania. Niestety, też wyszły bardzo źle. Pamiętam, jak poszedłem
wtedy do lekarza, a ten kazał mi usiąść. Usiadłem i zapytałem: "Białaczka?".
Zdumiony lekarz odpowiedział: "A skąd pan wie?". Świat mi się wtedy zawalił –
wyznaje pan Bogdan, ojciec dziewczynki.

Dziewczynka natychmiast została przewieziona karetką do kliniki w
Krakowie-Prokocimiu. – Tam po raz kolejny zrobiono badania, które potwierdziły
pierwotną diagnozę. To był szok. Powiedziano nam jeszcze w Jaśle, że stan
zdrowia córki jest tak zły, żebyśmy cieszyli się każdą minutą, jaka została nam
dana – opowiada pani Beata, mama Gosi.
W klinice dziewczynka przeszła chemioterapię. Przez długi czas jednak nie było
poprawy. – Wspieraliśmy córkę, jak umieliśmy, trzymaliśmy ją za rękę, kiedy
bardzo cierpiała. Jej ręce były całe pokłute, sine. Trzy razy wypadły jej włosy.
To dla tak małej istoty trudne przeżycie – podkreśla pan Bogdan.
A jego żona dodaje: Na początku bardzo się buntowałam. Pytałam Boga: dlaczego
Gosia? Wolałam sama cierpieć, byle ona była zdrowa. Z czasem przyszło ogromne
zaufanie Panu Bogu i Jego Matce. Wierzyliśmy, że Gosia będzie zdrowa – ze łzami
w oczach mówi kobieta.
Po trzech miesiącach bardzo intensywnego leczenia nie było żadnej poprawy, choć
rodzice dziewczynki zdecydowali, że zostanie jej podana bardzo mocna dawka
chemii. – Jeszcze pod koniec marca pani doktor powiedziała mi, że nie ma dla nas
dobrych wiadomości. Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy 2 kwietnia 2007 roku
– w drugą rocznicę śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II – zrobiono Gosi badania,
a one wykazały, że choroba została zatrzymana, że jest poprawa. To nie był
przypadek – mówi pan Bogdan, a łzy szczęścia i bólu jeszcze dziś płyną z jego
oczu.
To jednak nie był koniec, a jedynie początek długiej walki, którą dziewczynka
wygrała. – Przez szesnaście miesięcy Gosia miała chemię wlewową. Dopiero w
kwietniu 2009 roku zakończyliśmy leczenie. Dziś dzięki pomocy Pana Boga, Matki
Bożej, Ojca Świętego Jana Pawła II wszystko jest już dobrze – podkreśla pani
Beata.
Obecnie Gosia chodzi do trzeciej klasy. Jest zdrową, śliczną dziewczynką. Jej
rodzice wyznają, że wiedzą już na pewno, iż wiara czyni cuda. – Za cud życia i
zdrowia naszej córki do końca życia będziemy dziękować Bogu – podkreślają
szczęśliwi.

 

Małgorzata Pabis

drukuj