Zatruta piana REM
Wszelkie dyskusje na temat mediów powinny zaczynać się od pytania:
Czy uczciwie wyrażają one nasz interes narodowy i czy go z przekonaniem bronią?
Oczywiście – jak powiada Pismo Święte – kto więcej otrzymał, od tego więcej
będzie się wymagać, dlatego pytanie o interesy powinno dotykać przede wszystkim
roli głównych medialnych beneficjentów transformacji ustrojowej z początku lat
90. ubiegłego wieku – czyli tzw. mainstreamu. W ślad za tym pytaniem można zadać
kolejne: Czy słynna Rada Etyki Mediów skutecznie owych mediów pilnuje, by misję
obrony naszego interesu wypełniały jak najrzetelniej?
Najpierw należałoby jednak ustalić, czym ów interes narodowy jest, bo nie dla
wszystkich bywa on tak samo jednoznaczny i czytelny. Na przykład część Polaków
gotowa jest choćby zaraz rozkopywać swoje działki w celu eksploatacji gazu
łupkowego, podczas gdy innych cieszy import najdroższego surowca w Europie z
półwyspu Jamał, w dodatku przez najbliższe dwadzieścia kilka lat. I tak jest ze
wszystkim: jedni domagają się naprawy finansów publicznych, drugich interesuje
wyłącznie moment, kiedy rozleci się PiS. Jedni nieustępliwie bronią życia, inni
gotowi są co najwyżej dyskutować o becikowym: 1000 zł za dziecko. I tak dalej.
Wyraźnie widać, że podzieleni Polacy żyją w bardzo różnych przestrzeniach
mentalnych i nie tylko nie mają wspólnego interesu narodowego, ale nie chcą
nawet ze sobą rozmawiać, bo "nie ma o czym".
Nicolas Gomez Davila – kolumbijski filozof, konserwatysta, zauważył kiedyś: "Z
moimi obecnymi rodakami łączy mnie tylko taki sam paszport…". Jak w takiej
sytuacji winny zachowywać się mainstreamowe media? Oczywiście, nie wolno im
zaogniać konfliktów, raczej powinny starać się "sklejać to, co się rozkleiło". W
ślad za nimi Rada Etyki Mediów powinna sprawiedliwie reagować w przypadku
naruszenia zasad – przez którąkolwiek ze stron.
Rada głównie… milczy
Niestety, media od ponad sześciu lat podgrzewają wyniszczającą "wojnę
polsko-polską", jakby ktoś im za to płacił. Rada zaś działa tak jak zawsze:
asekurancko i tendencyjnie. Na samym początku obecnej kadencji uznała, że nie
potrzebuje w swoim składzie reprezentanta Katolickiego Stowarzyszenia
Dziennikarzy. A przecież to nie REM, tylko KSD uratowało (przynajmniej na pewien
czas) dobre imię telewizji publicznej w oczach tych odbiorców, dla których
kultura znaczy jednak coś więcej niż… satanizm. Szkoda, że REM zdecydowanie
nie potępiła zamiaru zatrudnienia "Nergala" w Programie 2 TVP (choć powinna).
Przeciw jego obecności na antenie ostro zaprotestowały za to dziesiątki tysięcy
telewidzów, a sprawę zakończyła dopiero męska rozmowa przewodniczącego KSD ks.
Bogusława Karcza z szefem TVP Juliuszem Braunem.
Rada w dość specyficzny sposób interpretuje mir medialny i przypadki jego
łamania, mając do dyspozycji zestaw całkiem poręcznych usprawiedliwień, np. "nie
ma w zwyczaju ingerowania w sprawy personalne redakcji" (nie musi więc zabierać
głosu w obronie zwalnianych niepokornych dziennikarzy). Nie reagowała też, kiedy
główne media aż do obłędu atakowały prezydenta Lecha Kaczyńskiego za jego życia,
zaś gdy na cel wzięto Jana Pospieszalskiego za relacje z Krakowskiego
Przedmieścia, stanęła po stronie… atakujących. Nie zauważyła też niczego
zdrożnego w okładce "Newsweeka" przedstawiającej "ukrzyżowanego" Palikota.
Milczała, gdy sąd skazywał Jarosława Marka Rymkiewicza (wyrok ten wielu
publicystów uznało za rodzaj "alibi" dla łamania wolności słowa, ale REM "nie
komentuje orzeczeń sądów"). Indagowana przez członka KRRiT – Barbarę Bubulę, nie
dopatrzyła się też tendencyjności w sposobie prowadzenia przez redaktora Tomasza
Lisa rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim, dowodząc, że jest to program autorski,
więc "gospodarz (…) sam decyduje o sposobie jego prowadzenia" (gość,
akceptując taką formułę, powinien być przygotowany na trudne pytania). Niby
racja: "Kaczor" sam sobie winien, po co tam poszedł, przecież wiedział, co go
czeka! Gdzie jednak troska Rady o poziom dyskursu? – czego domagała się Bubula.
Inny przykład. W jednym z wywiadów członek REM bagatelizował skandaliczne
zachowanie ekipy Polsatu na Jasnej Górze podczas pielgrzymki Rodziny Radia
Maryja, zaś fakt, że nie udzielono jej akredytacji uznał jako "kompromitujący
organizatorów" (to tak, jakbym ja musiał zapraszać na swoje urodziny sąsiada,
chociaż znam go i wiem, że będzie mnie przez cały wieczór obrażał).
Rada nie zareagowała nawet, gdy Zbigniew Hołdys (felietonista "Wprost") raczył
powiedzieć o jednym z polityków, że "jest dla niego ch…m". Zapytany o to przez
dziennikarza szef REM Ryszard Bańkowski, odparł, że "można znaleźć wiele innych,
równie drastycznych, przykładów wulgaryzacji języka mediów…". Czyli, skoro
jest ich tak dużo, to nie ma sensu się nimi zajmować, czy dobrze rozumiem?
Grunt to się nie narazić
W podobnym, pokrętno-oportunistycznym tonie REM zwykle wypowiada się, gdy
wzięcie kogoś w obronę oznacza zadarcie z wielkimi mediami i z poprawnością
polityczną. Wspomniany tu N.G. Davila stwierdził kiedyś gorzko: "Demokratyczne
wybory rozstrzygają o tym, kto będzie uciskany w majestacie prawa…". Lecz
widocznie coś było na rzeczy (z tą "asymetrycznością" w traktowaniu różnych
"opcji ideowych"), skoro niespodziewanie z członkostwa w REM zrezygnował Maciej
Iłowiecki (to już piąty taki przypadek w ostatnich latach).
Z Iłowieckim mam osobisty kłopot. Chłonąłem jego artykuły w "Fantastyce" w
latach 80. Był dla mnie wzorem odważnego publicysty. Jego "alfabet cnót
dziennikarskich", opublikowany na początku lat 90. w "Tygodniku Solidarność",
przechowuję do dziś. Rok temu zrugał mnie – za krytykę Rady po naszym (z Teresą
Bochwic) odejściu przed końcem poprzedniej kadencji. Uważam, że Iłowiecki był
kluczową, "sztandarową" postacią w Radzie, ale stawiał zbyt słaby opór naciskom
ze strony części koleżanek. Odszedł z Rady właściwie w ciszy, nieżegnany przez
nikogo… W swym oświadczeniu napisał, że REM "usprawiedliwia wszelkie
zachowania" dziennikarzy, "nie chce potępiać rozpanoszonego plotkarstwa i
donosicielstwa, agresji, stronniczości i zaniedbywania powinności edukacyjnych"
(co powinno być jej podstawowym obowiązkiem). Skrytykował stanowisko REM w
sprawie programu Tomasza Lisa. Stwierdził też, że dłużej nie chce "tolerować
chamstwa w żadnej postaci – co czyni Rada wobec niejakiego Nergala…" (jurorem
w TVP 2 nie może być ktoś, kto szydzi publicznie z symboli religijnych, a "jego
przydomek "Holocausto" jest wyrazem antysemityzmu – obraża Żydów żyjących i
tych, którzy zostali wymordowani").
Wypada dodać, że Ryszard Bańkowski uznał zarzuty Iłowieckiego za
"moralizatorstwo" i "pouczanie dziennikarzy". Ja pomyślałem tylko, że "Maciek w
końcu nie zdzierżył!". Myślę, że w planach Opatrzności ma jeszcze do zagrania
jakąś rolę…
Kwestia odpowiedzialności
Jako niezależny dziennikarz uczestniczę od kilku lat w dziesiątkach nowych,
niezależnych przedsięwzięć, realizowanych przez ludzi, którzy starają się
dociekać, co będzie z nami, z Polską, z jej narodowym interesem. I szukają
odpowiedzi o wiele głębiej niż ich konkurenci wychowani w cieplarniach
propagandy. Może więc nie wszystko jeszcze stracone? Chrześcijańska Europa
przetrwała niejeden kryzys, np. w końcu V wieku przed n. Chr. – zalew
azjatyckiego barbarzyństwa omal nie zniszczył całego jej cywilizacyjnego
dorobku. Wtedy uratowali go irlandzcy mnisi, przepisując w zakonach skarby
literatury judeochrześcijańskiej i grecko-rzymskiej. Może dziś prawdziwe
wartości przetrwają dla przyszłych pokoleń dzięki przepastnym serwerom internetu?
Jedną z takich inicjatyw, która odważnie idzie pod prąd głównego nurtu
zaniedbań, była 5. konferencja z cyklu "Dziennikarz między prawdą a kłamstwem",
zorganizowana 22 października br. przez Oddział Łódzki Katolickiego
Stowarzyszenia Dziennikarzy. Opatrzona wymownym podtytułem "Destrukcja
tożsamości", ostrzegała przed krańcowymi skutkami psychomanipulacji w życiu
publicznym. Najwybitniejsi medioznawcy, dziennikarze i naukowcy odważyli się na
sformułowanie szeregu konstruktywnych pomysłów, "pozytywistycznych" w swym
charakterze. Mogą one stanowić cenny kapitał na przyszłość, skuteczną odtrutkę
na seanse nienawiści, poczucie wykluczenia czy nastroje rezygnacji.
Ja wiem, że "pozytywistyczny" ton nie jest trendy. Pod rozpostartym nad Polską
cieniem tematów tabu ani tym, którzy stają po stronie prawdy, ani tym, którzy ją
zwalczają, nie jest łatwo żyć i spokojnie cieszyć się zdrowiem, dziećmi i pracą.
Nawet drobne satysfakcje często są przesycone zakłamaniem i udręką. Jednak
trzeba ratować dusze ludzi, którzy kiedyś byli wzorem umiaru, empatii i
uczynności, a dziś zachowują się tak, jakby walczyli o ostatnie miejsca w łodzi
ratunkowej na Titanicu. Czy będzie można na nich liczyć, gdy przyjdzie ratować z
pożaru Księgi? Kto więcej otrzymał, od tego więcej będzie się wymagać. Jest to
kwestia odpowiedzialności za innych, za ich zranienia, cierpienie i depresję.
Dlatego nie wolno nam godzić się z sytuacją, w której media nie wypełniają
powierzonej im roli integrowania ludzi (różnych opcji) wokół wspólnych celów.
Czy jest bowiem zgodne z Konstytucją to, że (w zamian) szczują nas przeciw
sobie, zalewając zatrutą pianą wrogości? Że burzą nam tożsamość? I jeszcze robią
z tego show? Kto dał im takie prawo? Nie uwierzę, że władza woli zarządzać
skonfliktowanymi, zdziczałymi hordami orków, zamiast społeczeństwem ludzi
rozumnych i wolnych.
Nikt chyba nie chce, żeby spełniła się straszna myśl Davili: "Nadchodzą znowu
epoki, w których przeżyje tylko to, co umie pełzać". Chyba że… ktoś tego chce.
Tomasz Bieszczad publicysta
Autor był członkiem Rady Etyki Mediów, członkiem Katolickiego Stowarzyszenia
Dziennikarzy, współorganizatorem ogólnopolskich konferencji "Dziennikarz między
prawdą a kłamstwem". Obok działalności publicystycznej jest również aktorem,
animatorem kultury, działaczem społecznym. Mieszka w Łodzi.
