Życie zmienia się, ale się nie kończy
Wśród wielu pytań, jakie człowiek zadaje sobie w ciągu życia, jako
najważniejsze jawi się zawsze pytanie o cel istnienia. Nie można przed nim
uciec, gdyż jest ono jak nieodłączne tło. W pierwsze dni listopada, udając się
na cmentarze, niesiemy to pytanie, chociaż nie do końca je artykułujemy. Bo po
cóż właściwie starać się dobrze przeżywać życie? Po co starać się o jego
właściwy smak i jakość? Po co wymagać od siebie, łamiąc się i czasem zapierając
samego siebie? Stanięcie nad grobami najbliższych czy też osób, które potrafiły
przeżyć własne życie jak najlepiej, może być dobrą okazją do próby dania
odpowiedzi.
Niestety, od pewnego czasu mam nieodparte wrażenie, że z tej okazji nie
korzystamy. Zalani powodzią coraz to wymyślniejszych gadżetów cmentarnych,
zniczy z pozytywkami, sztucznych i żywych kwiatów, lastrykowych i granitowych
nagrobków, tracimy z oczu to, co najważniejsze. Przestajemy wierzyć w życie
wieczne. Choć zapomnienie to zdaje się tkwić tylko w sferze praktycznej, to
jednak postępowanie zawsze jest wyrazem wewnętrznych przeżyć i przekonań. Już
nawet w czasie kazań pogrzebowych pojawia się fraza, że zmarli żyją tak długo,
jak długo trwa pamięć o nich. Praktycznie zdajemy się uznawać, że śmierć jest
definitywnym końcem ludzkiego istnienia. Tymczasem nauka Kościoła jest jasna:
życie nasze, choć zmienia się, to jednak się nie kończy. Gdy rozpada się nasze
doczesne mieszkanie, otrzymujemy… No właśnie – co?
Śmierć, sąd Boży, Niebo, piekło, czyściec…
Śmierć, zgodnie z Bożym Objawieniem, utrwala na wieczność ludzkie wybory.
Opowiedzenie się po stronie Boga stanowi dla człowieka wybór życia w Jego łonie
na wieki. Zastawiona przez Boga wielka uczta, o której mówi Jezus w swojej
przypowieści, domaga się jednak, by człowiek był odziany w szatę godową,
posiadał wewnętrzny ład. Nie chodzi jednak o etykietę w zachowaniu, ile raczej o
wydoskonalenie się w miłości – uznanie Boga za jedyny cel własnej egzystencji.
Trzeba więc odrzucić to, co się temu celowi sprzeciwia. Miłosierdzie Boga,
chociaż szanuje ludzką wolność i ludzkie wybory, na których straży stoi Jego
sprawiedliwość, pochyla się nad ludzką niedoskonałością i dzięki łasce czyśćca
pozwala przygotować się do pełni szczęścia. Ta prawda staje się źródłem ludzkich
nadziei, a zarazem motywem podejmowania działań, by naszym bliskim zmarłym pomóc
w owym wydoskonalaniu się w miłości.
Dzień Zaduszny i wszelka nasza aktywność związana z nawiedzaniem grobów ma tylko
ten jeden sens – pomoc tym, którzy odeszli. Wiara w możliwość i skuteczność
pomocy naszym braciom i siostrom w czyśćcu przepajała wszelkie obrzędy w
chrześcijańskiej Polsce. Lecz trzeba tutaj powiedzieć jasno: nie to, co nam
dzisiaj się jawi jako splendor i objaw pamięci jest pomocne zmarłym. Wystawność
naszych cmentarzy w pierwszych dniach listopada jest raczej dla nas niżeli dla
nich. Nie oznacza to potępiania dbałości o miejsce pochowania ciał, lecz raczej
zwrócenie uwagi na właściwe rozłożenie akcentów. Sfera czyśćca jest sferą
duchową, zatem darem najważniejszym jest dar duchowy.
"Jestem wpisany w Ciebie nadzieją"
Ten fragment poematu bł. Jana Pawła II wskazuje na duchowe potrzeby naszych
zmarłych. Katechizm Kościoła Katolickiego zwraca uwagę na szczególne dary:
"Kościół od początku czcił pamięć zmarłych i ofiarował im pomoce, a w
szczególności Ofiarę Eucharystyczną, by po oczyszczeniu mogli dojść do
uszczęśliwiającej wizji Boga. Kościół zaleca także jałmużnę, odpusty i dzieła
pokutne za zmarłych" (KKK 1032).
Pierwszym objawem naszej pamięci i troski o zmarłych jest zatem modlitwa w ich
intencji. Miłość bowiem realizuje się w zabieganiu o właściwe dobro człowieka. Z
przykrością obserwujemy dzisiaj ludzi zgromadzonych wokół grobu, którzy mają
czas na pogaduszki o wszystkim i o niczym, a zapominają o zmówieniu chociażby
najprostszej modlitwy za zmarłych. Najsilniejszą jednak pomocą zmarłym jest
Ofiara Eucharystyczna. W wielu zakątkach naszego kraju zachowały się jeszcze
zwyczaje zamawiania przez krewnych, przyjaciół oraz znajomych Mszy św. w
trzydziesty dzień od śmierci lub pogrzebu. Nie można też zapominać, że sensem
Mszy św. jest Ofiara Chrystusa, w którą włączamy się poprzez Komunię św. i naszą
ofiarę. Inną formą naszej pamięci o zmarłych są tzw. Msze św. gregoriańskie,
sprawowane przez trzydzieści dni po kolei. Ich inicjatorem był Papież św.
Grzegorz Wielki, który związał z nimi szczególne dary Bożej łaskawości. Tradycja
ta została potwierdzona przez Kościół w XIX w. jako pobożna praktyka wiernych.
Ważną formą naszej pamięci o zmarłych jest ofiarowanie w ich intencji możliwych
do uzyskania przez nas odpustów. W naszej teraźniejszości spotykamy się ponadto
ze zwyczajem modlitwy wypominkowej. Tradycja ta, wbrew obiegowym opiniom, sięga
czasów wczesnego chrześcijaństwa, gdy w czasie Mszy św. odczytywano z imienia
osoby żyjące i zmarłe, za które modlono się w szczególny sposób. Wyrażano w ten
sposób łączność z tymi, którzy odeszli, i pełną miłości troskę o ich dobro w
wieczności. Te wszystkie formy duchowej pomocy więcej znaczą dla naszych
bliskich niż tony zniczy i wiązanek.
Wiara w Miłosierdzie Boże
W głębiach Bożego Miłosierdzia żaden czyn dobry nie ginie. Święta Faustyna
Kowalska w swoim "Dzienniczku" zapisała: "Nie zapomnę o tobie, biedna ziemio,
choć czuję, że cała natychmiast zatonę w Bogu, lecz nie będzie mi to przeszkodą
wrócić na ziemię i zachęcać dusze do ufności w miłosierdzie Boże". Nasza
modlitwa i właściwa pamięć o zmarłych zawsze będzie owocna. Nie chodzi tylko o
jakiś merkantylizm, lecz o coś więcej. Jeśli naszych zmarłych otoczymy miłością,
to oni kiedyś i nas nią otoczą. Wszak tylko miłość trwa na wieki.
ks. Jacek Wł. Świątek
