Siła niezależnych mediów
Telewizja publiczna wciąż pozostaje podstawowym źródłem wiedzy Polaków o
kraju i świecie. Przyzwyczailiśmy się oglądać, co też wydarzyło się w ciągu
kończącego się dnia, a media i wszelaka władza tak organizują sobie pracę, aby
do wieczora, kiedy to nadawane są telewizyjne serwisy informacyjne, życie
publiczne się domknęło. Tylko raz, w stanie wojennym, udało się, i to przez
dłuższy czas, zorganizować społeczny bojkot oglądania partyjnego znienawidzonego
"Dziennika Telewizyjnego", nadawanego zawsze o 19.30. O tej porze ludzie
wychodzili na ulicę pospacerować, protestując przeciwko propagandzie władzy.
Próby zmiany stylu nadawania telewizyjnych programów informacyjnych,
rezygnacji z telewizyjnej celebry o 19.30, jakie podejmowano jesienią 1989 roku,
niestety się nie powiodły. "Dziennik Telewizyjny" zastąpiły "Wiadomości".
Zmieniono to, co najłatwiej się zmienia: nazwę, czołówkę programu, czyli główną
ruchomą planszę i sygnał dźwiękowy, oraz dekorację studia. Skompromitowane
twarze prezenterów i dziennikarzy zastąpiono nowymi. Można mieć pretensje do
wszystkich politycznych dysponentów telewizji w minionych 20 latach, a
szczególnie do tych decydujących o kształcie głównego wydania "Wiadomości" o
19.30, że utrzymali typowo propagandowy model przekazywania informacji,
polegający przede wszystkim na tym, że nie oddzielono informacji od publicystyki
i komentarzy. Informacji jako takiej w programie informacyjnym właściwie nie ma.
Nie można tak po prostu dowiedzieć się, co wydarzyło się w Polsce i na świecie,
a dzieje się dużo, coraz więcej, bo przekaz tonie w zalewie propagandowego
bełkotu i słusznego komentarza. Wydarzenia, fakty zastąpiono telewizyjnym show,
w którym forma zdominowała treść (plansze z wykresami i mapami, prezenterki na
wybiegu jak na pokazie mody), prymitywne felietoniki ślizgają się po tematach
zakończone pointą, z której wynika, że tylko dziennikarz najlepiej wie, co
należy sądzić. I właśnie dziennikarze to palący problem. Ci z telewizji
publicznej mają kompleks mediów prywatnych, bo naśladują je w treści i formie:
te same tematy, to samo słownictwo, ci sami goście, te same komentarze. Jeżeli
nie jest to kompleks, to chyba jakaś współpraca, niepisana zmowa, w celu
osiągnięcia efektu propagandowej synergii. Tymczasem ustawa o radiofonii i
telewizji nakłada na publiczne media obowiązki, których nie mają media prywatne,
a jednym z podstawowych jest rzetelne informowanie, a nie propaganda, z której
żyją media komercyjne. Poza zainteresowaniem telewizji publicznej pozostają
olbrzymie obszary życia politycznego, społecznego, gospodarczego, naukowego, a
już szczególnie ludzie nienawykli do schlebiania władzy. Kolejna paląca kwestia
to niezmienne od lat planowanie pracy dziennikarskiej z "Gazetą Wyborczą" w
ręku, która dostarcza "bezpieczne" tematy i "słuszne" opinie. Stygmatyzując
wybrane zjawiska, grupy i osoby, odcina je od obecności w mediach publicznych
przy akceptującym przyzwoleniu ich twórców.
Media publiczne są częścią władzy, której, wbrew temu, co mówił premier Donald
Tusk, nie tylko się nie traci, ale jeszcze więcej zyskuje.
Czy przyjdzie pora na spacery o godzinie 19.30 i jeszcze wcześniej – o 19.00 – w
porze nadawania "Faktów" TVN? Kto wie? Coraz więcej osób czerpie wiedzę z
internetu, nie z telewizji. To w internecie możemy uzupełnić luki informacyjne
oraz poznać alternatywne, niepoprawne politycznie opinie.
Zawłaszczenie mediów publicznych przez jedną polityczno-światopoglądową
orientację zmusiło wielu dziennikarzy, autorów, filmowców, scenarzystów,
reżyserów do szukania dla siebie wolnej twórczej przestrzeni. I to, trzeba
przyznać, udaje się, jak wszystko, co rodzi się w trudzie autentycznej potrzeby
tworzenia kultury i zrozumienia jej powinności względem współobywateli. Dlatego
postulaty wielu środowisk zorganizowania kongresu niezależnych mediów są dziś
nie tylko potrzebą chwili. To żądanie demokracji i wolności słowa.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3 Polskiego Radia SA.
