Jeżeli nie Budapeszt, to co?
Na naszych oczach zatriumfowała Polska Palikota. O ile w poprzedniej
kadencji Sejmu mieliśmy jednego Palikota, o tyle teraz mamy ich aż 40 (plus
jeden uciekinier z SLD).
Sejm wyzionął ducha. Słowem: uległ palikotyzacji. Jakościowa zmiana polskiego
parlamentu na gorsze ma różne przyczyny. Należy jednak zapytać, czy Ruch
Palikota to li tylko efemeryda polityczna, którą zdmuchnie wiatr następnych
wyborów, czy też partia, która wymości sobie w systemie partyjnym stałe i ważne
miejsce? Pytanie jest o tyle zasadne, iż stoimy u progu kryzysu ekonomicznego,
na który siłą rzeczy nakłada się postępująca laicyzacja, kryzys rodziny oraz
problemy natury demograficznej.
PO-PiS-owa szachownica
Najważniejszą osią, wokół której kręci się polska polityka, jest spór Platformy
Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością, a właściwie plebiscyt: kto jest za
Kaczyńskim, a kto przeciw niemu. Jest to spór zasadniczy, aczkolwiek nie jest to
też rutynowy spektakl demokracji. Nie jest to bowiem konflikt na programy i
idee. Elity w tym spektaklu nie stoją ponad obiema stronami, recenzując z oddali
dokonania obu partii, lecz są aktywnym graczem politycznym, stojącym po stronie
jednej z nich. Jedna partia na dodatek całkowicie bezkarnie rezygnuje z
realizacji reform, a sensem jej istnienia jest nie tyle trwanie przy władzy, co
niedopuszczenie do niej rywala. Może sobie na to pozwolić dzięki wsparciu
mediów.
PiS z kolei to partia, która skutecznie została pozbawiona prestiżu. Mechanizm
był bardzo prosty: stworzyć przy pomocy mediów wizerunek pariasa (czy określić
postawę rywala – jak mówi młodzież – jako "obciachową"). Obśmiać i wyszydzić.
Czy pamiętają Państwo, że na początku swojego istnienia PiS było partią
wielkomiejską, a Lechowi Kaczyńskiemu udało się nawet zwyciężyć w wyborach na
prezydenta stolicy? Dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne. Dlaczego? Bo dzisiaj
partia Jarosława Kaczyńskiego nie cieszy się prestiżem, jaki posiadała jeszcze
kilka lat temu.
Na tej prostej (PO-PiS-owej) partyjnej szachownicy pojawił się właśnie nowy
podmiot. O ile dla osób bardziej wnikliwie śledzących zjawiska polityczne jest
jasne, iż Ruch Palikota jest podmiotem broniącym pookrągłostołowego status quo,
mutacją starych podmiotów, co najwyżej wzmocnioną kooptacją nowych ludzi do
"drugiego garnituru" (nie będą oni podejmować kluczowych decyzji), o tyle dla
przeciętnego wyborcy – konsumenta mediów, jest to podmiot świeży, "nieskalany",
mówiący językiem ludu. Stanowiący zatem w ich percepcji nową jakość w polityce.
Obraz systemu partyjnego dopełniają jeszcze dwa małe kluby: dryfujący i
niemający na siebie pomysłu Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Polskie
Stronnictwo Ludowe. Tak w dużym uproszczeniu prezentuje się polski system
partyjny.
Jesteśmy po czterech latach rządów Tuska. Los, chcąc upokorzyć Platformę, dał
jej w 2007 roku możliwość rządzenia. Co najdziwniejsze, odsłona inercji PO nie
powoduje jednak na razie utraty poparcia społecznego. Ani afery, ani
zaniechania, demontaż armii, psucie szkoły, brak obiecywanej reformy finansów
ani nawet rosnący dług publiczny nie spowodowały spadku popularności partii
rządzącej. Platforma z kolejnym miesiącem coraz bardziej się kompromituje, a
spadku jej popularności jakoś nie możemy zaobserwować.
Dlaczego tak się dzieje? Wydaje się, że partia Kaczyńskiego cieszy się tak
niskim prestiżem, iż przepływ elektoratu bez głębszych zmian jest niemożliwy. A
samo PiS proponuje naprawdę niewiele pomysłów na odbudowę prestiżu, który został
mocno nadszarpnięty po zawiązaniu koalicji z Samoobroną.
Odzyskać prestiż
Prestiż to jedna z kluczowych kategorii polityki, szczególnie jeżeli spojrzymy
na nią przez pryzmat teorii mimetycznej René Girarda. Jest on specyficznym
uczuciem o zabarwieniu metafizycznym. Jest dobrem wymienialnym na władzę, ale
także dobrą pracę czy wysokie zarobki. Majątek, nazwisko, sława – to niektóre
jego źródła. Prestiż może też być czymś osobistym, związanym z intelektem lub
swego rodzaju charyzmą. Najważniejszą cechą kandydata w demokratycznych wyborach
powszechnych nie są zdolności ani talent, lecz właśnie prestiż.
W demokracji medialnej, gdzie telewizor ma niestety największy wpływ na decyzję
wyborczą niż biskup, troska o prestiż jest wyjątkowa. To media głównie decydują,
kogo uznajemy za wartościowego, a kim można pomiatać, kto jest – jak mówi dr
Barbara Fedyszak-Radziejowska – "władzygodny".
W ostatnich wyborach PiS podjęło jedną próbę odzyskania prestiżu, świadczy o tym
między innymi znakomita, co do konceptu, choć zdecydowanie za mało nagłośniona,
kampania "Chodźcie z nami", w której twarzami partii były młode, inteligentne i
urodziwe kandydatki do Sejmu. Kampania odkłamywała rzeczywistość. PiS nie miało
kojarzyć się już z obciachem, ale pokazać interesujące osoby, które byłyby godne
naśladowania. Młode, dynamiczne konserwatystki znakomicie nadawały się do tego.
Niestety, salonowym mediom udała się restauracja starego wizerunku. Szkoda
tylko, że kandydatki dostały słabe miejsca na listach i w konsekwencji zabrakło
dla nich miejsc w parlamencie. Odległe miejsca dla pań mogły odebrać
wiarygodność kampanii. Sam pomysł był jednak bardzo dobry.
Receptą na problemy PiS z poszerzeniem własnego elektoratu może być
podporządkowanie komunikacji z elektoratem strategii odbudowy prestiżu oraz – co
się z tym bezpośrednio wiąże – poszerzenie oferty politycznej o polityków i
idee, które znalazły się na marginesie zainteresowań partii. Oznaczałoby to
także ukłon w stronę elektoratu wolnorynkowego. Poza tym pamiętajmy, iż poza
partią wciąż pozostaje środowisko Prawicy Rzeczypospolitej. Wybór status quo
oznacza pójście drogą autodegradacji.
PiS powinno zdecydowanie walczyć z izolacją i stanowczo odrzucać logikę
wykluczania oraz spychania na margines, do jakiegoś politycznego getta. Nie może
dopuścić do samookreślenia swojej partii jako grupy mniejszości. Nie można dalej
tolerować postaw biernego przyglądania się, jak prawicowość określa się mianem
obciachu, a ludzie prawicy godzą się na to bez zmrużenia oka.
Jest to pierwszy krok do odbudowy prestiżu, kolejnym jest stosowanie autoironii,
rozbrajającej "bombę", którą mogą zdetonować nasi rywale (lepiej jest się śmiać
z siebie, niż pozwolić komuś szydzić z siebie), oraz kojarzenie własnej marki z
"sukcesem", "zwycięstwem", "młodością", "elitarnością", "nowoczesnością",
"rozwojem", słowem: z wyrazami o pozytywnej konotacji.
Natomiast poszerzenie oferty politycznej polegałoby na przyjęciu formuły partii,
która jednoczy różne prawicowe środowiska. PiS powinno budować swoją nowoczesną,
konserwatywną tożsamość, stawiając na trzy filary: rodzinę, własność i tradycję.
W połączeniu z otwarciem na inne prawicowe grupy byłby to wybór ścieżki
"pozytywnej" i zamknięcie ust tym, którzy tworzą stereotyp "partii destrukcji"
czy "partii jednego tematu".
Dobrym momentem na odbudowę prestiżu był czas bezpośrednio po katastrofie
smoleńskiej. Wydawało się wówczas, że odbudowa prestiżu nabierze realnych
kształtów, a rzeczywistość zostanie odkłamana. PiS popełniło wówczas dwa błędy.
Po pierwsze, nie wykorzystało społecznych emocji i nie wskazało winnego
zaistniałego kryzysu. Odłożyło to w czasie, przez co umożliwiło grę narracją
pojednania.
PiS a wariant węgierski
Jarosław Kaczyński liczy na to, iż wyborcy przebudzą się i na nowo pokochają PiS
w momencie, gdy nad Wisłą swoje żagle rozwinie wielki żaglowiec kryzysu. Mogą to
jednak być nadzieje płonne.
Kryzys rodzi ludzkie frustracje oraz jest głęboko demoralizujący. Utrata pracy
czy problemy ze spłatą kredytu rodzą w człowieku naturalne obawy. Niepewność
przyszłości skutkuje zwiększeniem podatności na manipulację. Emocje wypierają
wtedy rozum, a populiści partie głównego nurtu. Może to być czas "żniw" równie
dobrze dla Janusza Palikota. I z pewnością będzie, jeżeli PiS nie przedstawi
alternatywy dla skompromitowanej Platformy. Na razie w odczuciu społecznym nie
potrafi tego uczynić. Partie okopały się na swoich pozycjach i nie zachodzi
między nimi przepływ elektoratu. O czym to świadczy? O tym, że największe
zaniechania, brak reform i afery nie zachęcają wyborców PO do głosowania na PiS.
Czy można naiwnie liczyć, że kryzys zachęci?
Na Prawo i Sprawiedliwość spoczywa w tym momencie wielka odpowiedzialność. Brak
wspomnianych reform wewnętrznych może utorować drogę do władzy bardzo
niebezpiecznej sile. Na horyzoncie wszak czai się zinstytucjonalizowana wersja
Palikota.
Marek Zambrzycki politolog
Autor jest koordynatorem "Projektu Kresy" w biurze poselskim Andrzeja
Jaworskiego (dawniej Zbigniewa Kozaka), organizatorem konkursu "Sarmatia" im.
Karola Levittoux pod patronatem IPN, wydawnictwa Arcana oraz Tygodnika
Katolickiego "Niedziela".
