Ryzyko większej demoralizacji
Z dr. Rafałem Matyją, politologiem, publicystą, rozmawia Bogusław Rąpała
Czy w obliczu spodziewanej drugiej fali kryzysu Platforma Obywatelska
przetrwa cztery lata u władzy?
– Będzie to zależało nie od wewnętrznej sceny polskiej polityki, ale przede
wszystkim od tego, co będzie się działo dookoła Polski w sferze gospodarki i
polityki, a więc jakie decyzje odnośnie do kryzysu będą zapadać na poziomie
unijnym i globalnym. Może być tak, że nasza sytuacja będzie lepsza niż w innych
krajach. Wówczas ludzie będą to przypisywali rządowi, choć oczywiście nie będzie
on miał na to decydującego wpływu. Ale możliwe są również scenariusze, kiedy
sytuacja bardzo się pogorszy, a wtedy rząd – nawet znacznie lepszy niż ten, na
którego czele stoi Donald Tusk – może sobie nie poradzić. Także w pewnym sensie
pytanie o losy polityczne naszego kraju zależy od nadciągającej burzy, czyli
kryzysu ekonomicznego.
Na razie nie widzę przesłanek, które wskazywałyby na skrócenie kadencji. Choć
oczywiście nie wiadomo, jak będą się zachowywać ci, którzy weszli do Sejmu z
listy Ruchu Palikota. Posłowie ci mogą być bardzo wierni Palikotowi, ale mogą
też przenieść się do innych partii.
Czeka nas stara-nowa koalicja PO – PSL?
– Ciekawe jest to, czy Platforma zdecyduje się na bardzo stabilną koalicję z PSL
i SLD, co moim zdaniem chodzi po głowie części polityków tej partii, tym
bardziej że prawdopodobnie z SLD będzie można się dogadać na znacznie lepszych
warunkach niż kiedykolwiek wcześniej. Dla Sojuszu taka koalicja mogłaby być
szansą, bo otrzymał tak niskie poparcie, że w następnych wyborach może się
zastanawiać, czy w ogóle przekroczy próg wyborczy.
PO to pierwsza partia, która w najnowszej historii Polski wygrała wybory po
raz drugi z rzędu. Już w tej kadencji dała wiele dowodów na to, że władza
demoralizuje jej szeregi. Jak będzie teraz?
– W polskich warunkach niepokojem może napawać specyficzna socjologia partii
władzy, tzn. skłonność do budowania nieformalnych wpływów, nieformalnej presji,
w celu jednania sobie zwolenników lub osłabiania opozycji. Bo mieliśmy już do
czynienia nie tyle z przypadkami ograniczania debaty publicznej, ale w pewnym
sensie jej deprawowania poprzez osłabianie pozycji osób krytycznie nastawionych
wobec Platformy. To największe zagrożenie dla życia politycznego w Polsce
wynikające ze zwycięstwa Platformy, gdyby obrastała złymi obyczajami partii
władzy. A to jej grozi, i to dobrze widać również na poziomie lokalnym. Dla
części osób, którzy do zwykłych procedur zdecydują się dodawać różne,
nieformalne naciski, a więc wykorzystywać władzę do własnych celów, kolejna
wygrana PO może się okazać zielonym światłem. Wprawdzie w wielu innych krajach
były ekipy, które rządziły nawet kilkanaście lat, a nawet dłużej, ale zwykle te
państwa dysponują poważnymi instytucjonalnymi i obyczajowymi zabezpieczeniami
chroniącymi przed nadużywaniem władzy. A w Polsce władza jest nadużywana, i to
nie tylko w wersji twardej, ale również poprzez tworzenie sieci rozmaitych
układów czy dojść. Gdyby Platforma miała pójść tą drogą, to byłoby bardzo źle.
Czy tak jaskrawa dominacja PO nad PiS świadczy o naiwności Polaków czy o
niedostrzeganiu przez nich politycznej alternatywy?
– Może to świadczyć o kilku rzeczach. Na przykład o tym, że Polacy obawiają się
przyszłości i wolą wybierać coś w miarę przewidywalnego i sprawdzonego. To mogło
być głosowanie pełne obaw. Rzadko kiedy dochodzi do zmian, gdy ludzie się boją.
A boją się chociażby kryzysu. Kryzys wymusza większą ostrożność, co widzimy np.
po zachowaniu związków zawodowych powstrzymujących się od akcji protestacyjnych.
Podobnie jest ze społeczeństwem, które mniej chętnie ryzykuje i głosuje po
prostu za tym, żeby nie było gorzej. A z drugiej strony opozycja nie stworzyła
wiarygodnej alternatywy i poczucia, że będzie w stanie przejąć władzę. W
przeszłości, zawsze gdy dochodziło do wymiany władzy, było wiadomo, że nadchodzi
formacja, która jest przygotowana do przejęcia rządów. Tak było, kiedy w 1997 r.
szło po władzę AWS, w 2001 r. SLD, w 2005 r. PiS (jak oczekiwano w koalicji z
PO), a w 2007 r. Platforma. Ludzie dawali kredyt zaufania tym, którzy byli w
stanie coś zmienić. W tym roku nikt po tę władzę nie szedł oprócz Donalda Tuska.
Po prostu nie było warunków na to, żeby Prawo i Sprawiedliwość zdobyło
bezwzględną większość w Sejmie, a było jasne, że tylko wielkie zwycięstwo nad
Platformą może dać mu władzę.
Wynik Prawa i Sprawiedliwości wskazuje na to, że partia ta ma wprawdzie
twardy elektorat, ale nie potrafiła do siebie przekonać dodatkowych kilkunastu
procent społeczeństwa, które dałyby możliwość samodzielnego sprawowania władzy.
Czy PiS będzie w stanie to zmienić?
– Przewidywanie tego, co Prawo i Sprawiedliwość musi zrobić w ciągu tych
czterech lat, jest bardzo trudne. Może się bowiem wydarzyć wiele rzeczy
związanych z kryzysem ekonomicznym, które będą niezależne od całej sceny
politycznej w Polsce. Myślę jednak, że PiS może wyciągnąć proste wnioski ze
swojego wyniku. Po pierwsze, zastanowić się, w jaki sposób odwołać się do
wyborcy, który jest na lewo od PiS, czyli gdzieś w centrum, lub też zmobilizować
tę część społeczeństwa, która w ogóle nie głosowała prawdopodobnie poprzez
łagodzenie swojego stanowiska. Po drugie, pomyśleć o zdolnościach koalicyjnych,
które na razie są bardzo słabe. Nie jest tak, że większość Polaków poszła
entuzjastycznie głosować na Platformę Obywatelską. Wynik tej partii nie jest
zachwycający. Tym bardziej że kilka miesięcy temu sondaże były dużo bardziej
optymistyczne. Jeżeli PO zawrze koalicję tylko z PSL, to rządzący będą mieli
bardzo niewielką przewagę, która nie da szans w głosowaniach, kiedy jakaś grupa
posłów zagłosuje inaczej. Wyrzucenie kilku osób z klubu będzie oznaczało koniec
większości w Sejmie. To nie będzie łatwa kadencja dla Platformy.
Tradycyjnie najwięcej głosów PiS zebrało na wschodzie Polski.
– Widzimy korelacje wyników wyborczych z granicami zaborów oraz z poziomem
praktyk religijnych, ale to, że pewne rzeczy ze sobą korelują, nie znaczy, iż są
tożsame. Platforma przejęła cały elektorat lewicy na ziemiach północnych i
zachodnich, ale nie powiemy, że ma elektorat postkomunistyczny, bo dzisiaj
byłoby to anachronizmem.
Dziękuję za rozmowę.
