Po wyborach też jest życie

"Dziś moja moc się przesili, dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko
dumny" – odgrażał się poeta i – jak to poeta – oczywiście przesadzał. Po
pierwsze, nie "dziś" tylko dopiero pojutrze, bo dziś jest ostatni dzień kampanii
wyborczej, w której zarówno Umiłowani Przywódcy, jak i ci, którzy Umiłowanymi
Przywódcami mają dopiero nadzieję zostać, będą usiłowali ostatnim rzutem na
taśmę omotać potencjalnych wyborców, by dali im kreskę i w ten sposób rozwiązali
problemy socjalne – nie swoje, ma się rozumieć, co to, to nie – tylko problemy
socjalne Umiłowanych Przywódców oraz tych, którzy Umiłowanymi Przywódcami mają
dopiero nadzieję zostać.

Gdyby zaś wybory rzeczywiście mogły przyczynić się do rozwiązania problemów
socjalnych zwykłych ludzi, to już dawno bylibyśmy w raju na ziemi. Tymczasem one
nie rozwiązały ani jednego problemu socjalnego nawet w Ameryce. Przeciwnie – z
wyborów na wybory jest ich jakby nawet coraz więcej. Jaka może być tego
przyczyna? Pewne światło rzucił na nią Bertolt Brecht, zauważając, że "Toć raj
na ziemi stworzyć każdy chce! Ale czy forsę ma? Niestety – nie!". Według
popularnego tu w swoim czasie spostrzeżenia John Kennedy udowodnił, że katolik
może zostać prezydentem. Ryszard Nixon udowodnił, że biedny człowiek może zostać
prezydentem, a Gerald Ford – że prezydentem może zostać każdy. Wtedy jeszcze
nikt nie słyszał o Baracku Obamie i pewnie dlatego skończyło się na Fordzie, ale
przecież demokracja nie powiedziała ostatniego słowa i wszystko dopiero przed
nami! Skoro tak się rzeczy mają nawet w Ameryce, to cóż dopiero mówić o naszym
nieszczęśliwym kraju, w którym też każdy może zostać Umiłowanym Przywódcą –
chociaż oczywiście pod warunkiem, że pozwolą mu na to Siły Wyższe, przed którymi
zgina się każde kolano – również, a może zwłaszcza, kolano przedstawicieli
instytucji publicznych odpowiedzialnych za to, by w wyborach wygrała demokracja.
Skoro zatem już jutro ucichnie przedwyborczy klangor i dla higieny psychicznej
zapadnie cisza, będziemy mieli okazję pomyśleć o bolesnym powrocie do
rzeczywistości już w najbliższy poniedziałek i zastanowić się, co czeka nasz
nieszczęśliwy kraj. Groteskowy przebieg i jeszcze bardziej groteskowy finał tzw.
szczytu Partnerstwa Wschodniego skłania do zwrócenia uwagi na decyzje, jakie
odnośnie do naszego nieszczęśliwego kraju powzięli strategiczni partnerzy oraz
starsi i mądrzejsi. Zastanawiając się nad tym, już teraz możemy przedstawić dwa
zadania, jakie czekają rząd wyłoniony z wyborczych odmętów. Pierwsze wynika z
decyzji ubiegłorocznego szczytu NATO w Lizbonie, gdzie proklamowano strategiczne
partnerstwo NATO – Rosja. Wynikają z tego konsekwencje również dla nas, bo
przecież nie może być tak, że całe NATO się z Rosją spartneryzuje, a jeden kraj
się na Rosję dąsa. Nie ma rady; my też musimy się z Rosją pojednać, czemu
Stronnictwo Ruskie dało już wyraz zaraz po katastrofie smoleńskiej. Ale chęć
pojednania tylko z naszej strony nie wystarczy, również Rosja będzie musiała
chcieć pojednać się z nami. A kiedy będzie chciała? To proste: wtedy, gdy
będziemy zachowywali się zgodnie z rosyjskimi oczekiwaniami. A jakie są te
oczekiwania? To też proste: byśmy zgodzili się na status "bliskiej zagranicy" –
oczywiście w ramach NATO, jakże by inaczej! Żadnego innego interesu Rosja do nas
nie ma. Drugie zadanie to pozytywna odpowiedź na izraelską operację
"odzyskiwania mienia żydowskiego w Europie Środkowej". Chodzi, jak wiadomo, o
60, a może nawet 65 mld dolarów albo w gotówce, albo w naturze, na przykład – w
postaci oddania w arendę złóż gazu łupkowego, które już zdążyliśmy podzielić,
niczym skórę na niedźwiedziu. Tymczasem o żadnej z tych spraw nasi Umiłowani
Przywódcy podczas kampanii wyborczej nawet się nie zająknęli. Ale po cóż mieliby
się zająkiwać, skoro po wyborach przecież też jest życie, nieprawdaż?

 

Stanisław Michalkiewicz

drukuj