Była presja na nieokazywanie ciał

Z Zuzanną Kurtyką, ubiegającą się o mandat senatora z okręgu krakowskiego,
rozmawia Zenon Baranowski

Jak Pani ocenia organizację pracy w Rosji przy identyfikacji ciał ofiar
katastrofy smoleńskiej? Część rodzin mówiła niejednokrotnie o chaosie i
bałaganie.

– Nie wiem, czy można się tutaj pokusić o permanentną krytykę tego, co się
działo się w prosektorium w Moskwie. To była tzw. katastrofa masowa.
Przywieziono ponad 90 zmasakrowanych ciał. Obawiam się, że gdyby się to działo w
Polsce, bałagan byłby jeszcze większy. To, że był bałagan, to, że było dużo
niedociągnięć, wydaje mi się, nie jest w takiej sytuacji powodem do obarczania
kogoś winą.

W książce pt. "Zuzanna Kurtyka: sumienie i polityka" pada stwierdzenie, że
wszystkim rodzinom odczytywano głośno opisy ciał odnalezionych na miejscu
katastrofy…

– Chciałabym to sprostować. To nie tak, rzeczywiście były odczytywane opisy, ale
każdej rodzinie osobno.

Identyfikacja to jedno, ale drugą kwestią są badania medyczne. W tym
względzie pojawia się ogrom zastrzeżeń.

– W tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym zaniedbaniem i fałszowaniem
dokumentacji medycznej. To zaniedbanie jest karygodne. Jeżeli ktoś nie wykonał
badań patomorfologicznych z uwagi na to, że brakuje specjalistów czy nie ma
takiej możliwości, to powinien napisać, iż nie wykonano takich badań. I przesłać
ciało czy próbki do instytucji, która te badania wykona. A nie fałszować
protokoły. Bo te dane, jeżeli chodzi o dokumentację medyczną, są sfingowane,
wymyślone na poczekaniu.

Ośrodek w Carycynie pod Moskwą, gdzie dokonywano tych badań, był mały,
brakowało w nim ludzi?

– Ten ośrodek, zresztą nowo otwarty, jest przystosowany do prowadzenia badań
odnośnie do katastrof masowych, a liczba specjalistów tam pracujących jest duża.

To co wobec tego było przyczyną, że protokoły nie odpowiadają rzeczywistości?
– Co było przyczyną? Pośpiech. Ogromny, dramatyczny pośpiech. Nie wiem, kto go
wymuszał. Ale to było poczucie, że trzeba to wszystko zrobić jak najszybciej.
Przeraziłam się, jak się dowiedziałam na początku, jak przyjechaliśmy do Moskwy,
że w niedzielę, za tydzień, ma być odprawiona – takie wówczas były plany – Msza
św. w Warszawie, na której mają być wystawione trumny z ciałami. Tymczasem
bliscy ofiar dopiero co przyjechali do Moskwy. Jakaś presja emocjonalna była
wywierana na te rodziny. Każda tak bardzo się starała, żeby jednak jak
najszybciej zidentyfikować swoich bliskich i stać w Warszawie przy tej trumnie.
W tej całej tragedii i nieszczęściu zafundowano nam jeszcze dodatkową traumę.
Uważałam wtedy, że to jest niemożliwe, niewykonalne. Abstrahuję od dobrej czy
złej woli jakiejkolwiek strony, ale wszystko powinno zostać zaplanowane bardziej
z głową, biorąc pod uwagę możliwości wykonania pewnych procedur i badań. I nie
powinno się nas w ten sposób dręczyć. Te powyższe dane dotyczą procedur
identyfikacji. Dlaczego sfałszowano protokoły sekcyjne, tego nie wiem.

Pani udało się zidentyfikować ciało męża dopiero po dwóch dniach.
– Tak jak zwracam uwagę w książce, ten opis powinien być bardziej szczegółowy.
Natomiast został on wykonany zaraz po zalezieniu ciała, kiedy nie było ono nawet
umyte. I stwierdzono w nim, że mój mąż miał jasne włosy.

I nikt później tego opisu nie poprawiał?
– Nikt tego nie poprawił, nie zweryfikował. Ponadto w pierwszych dwóch dniach
nie było nawet zdjęć ciał. Samych ciał absolutnie nie chciano nam okazywać.
Prawdę mówiąc, nie wiem, czego się obawiano, ponieważ wszystko, co złe, stało
się już wcześniej. Ale była taka presja, że absolutnie nie wolno rodzinom
pokazywać ciał. Niestety, na dokumentacji papierowo-zdjęciowej, która była
robiona w trakcie naszego pobytu, tak naprawdę bardzo ciężko dokonywało się
identyfikacji, ponieważ było bardzo dużo nieścisłości.

Zwraca Pani uwagę, że w praktyce rodziny pojechały do Rosji na koszt władz
tego kraju…

– Myśmy pojechali, jestem święcie o tym przekonana, tylko i wyłącznie dlatego,
że był to taki gest pana premiera Putina, bo gdyby nie jego zaproszenie, to nie
byłoby w ogóle żadnych osób do identyfikacji, jeżeli chodzi o stronę polską.
Myślę, że to zaproszenie rodzin do Rosji zaskoczyło polski rząd. Zaskoczyło na
tyle, że oni nie wiedzieli, kto z nich ma tam pojechać. W ogóle nie było żadnej
zorganizowanej delegacji. Pojechał tylko ten, kto uważał, że powinien. To były
działania, powiedziałabym, bardziej chaotyczne niż układające się w ciąg jakichś
logicznych działań, czego należałoby oczekiwać od organów władzy w tej sytuacji.
To był jeden wielki bałagan. Minister Kopacz sama powiedziała, że nikt jej nie
kazał i pojechała z własnej inicjatywy. Był minister Arabski, który też sam
pojechał. To przepraszam bardzo, instytucje państwowe nie mają żadnych
obowiązków? Istnieje jakiś rząd w naszym kraju, który powinien zająć się
konkretnymi problemami. Tak to wyglądało, jeśli chodzi o stronę polską.

Zamierza Pani składać wniosek o ekshumację? Przyznaje Pani, że jest pewna, iż
pochowała ciało męża…

– Myśmy opuścili prosektorium o godz. 16.00, a o 18.00 zakończyło się składanie
ciał do trumien. Jestem całkowicie pewna, że w grobie znajduje się ciało mojego
męża. I za tę pewność zapłaciłam cenę spędzenia czterech dób w prosektorium.

Czyli nie zamierza Pani?
– Nie zamierzam z tego powodu, że w moim przekonaniu jest to zadanie dla
prokuratury. Prowadzenie postępowania śledczego jest psim obowiązkiem
prokuratury. Nie jest obowiązkiem rodzin. To jest jej zadanie, aby zareagować,
skoro widać, że w tym momencie mają do dyspozycji sfałszowane dowody.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj