Pozorne reformy Ministerstwa Zdrowia
Niezmiernie trudno jest oceniać pracę w tak newralgicznym obszarze, jakim
jest ochrona zdrowia. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że ostatnie cztery
lata pracy Ministerstwa Zdrowia pod kierownictwem Ewy Kopacz zostały po prostu
zmarnowane.
Cóż bowiem w praktyce oznacza dla pacjentów uchwalenie ustawy o ich prawach i
powołanie Rzecznika Praw Pacjenta, skoro władze publiczne, kształtujące przecież
system ochrony zdrowia i za niego odpowiedzialne, nie stwarzają warunków do
realizacji określonych przez samych siebie praw? Czy rzeczywiście ma dziś
pacjent prawo "do świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom aktualnej
wiedzy medycznej"? Czy "w sytuacji ograniczonych możliwości udzielenia
odpowiednich świadczeń zdrowotnych" ma realne prawo do "przejrzystej,
obiektywnej, opartej na kryteriach medycznych procedury ustalającej kolejność
dostępu do tych świadczeń"? Niestety, aż nadto dobrze znamy odpowiedzi na te
pytania.
Czym zatem zajmowało się Ministerstwo Zdrowia w ciągu ostatnich czterech lat?
W VI kadencji Sejmu do Komisji Zdrowia wpłynęło 87 projektów ustaw. Wbrew
deklaracjom minister Ewy Kopacz o szufladach pełnych gotowych projektów tylko 41
spośród 87 skierowanych do Sejmu było projektami rządowymi. Pani minister
niestety nie przedstawiła żadnych projektów poświęconych gruntownej reformie
służby zdrowia. Podstawowym, a właściwie jedynym pomysłem Ewy Kopacz na
uzdrowienie systemu ochrony zdrowia była komercjalizacja zakładów opieki
zdrowotnej. Próby jej wprowadzenia podejmowała już od początku kadencji.
Ukierunkowanie na zysk
Złożony do Sejmu w styczniu 2008 roku przez posłów Platformy Obywatelskiej
(poselskie projekty rozpatrywane są w prostszym i szybszym trybie) projekt
nowelizacji ustawy o zakładach opieki zdrowotnej był nieudolnie zmodyfikowanym
projektem, nad którym pracowaliśmy pod koniec rządów PiS, a który był jeszcze
zbyt "surowy", by ujrzeć światło dzienne. Zanim jednak rozpoczęły się poważne
prace w Sejmie, projekt został radykalnie zmieniony. Przepisy uchwalonej 6
listopada 2008 r. ustawy wymuszały na organach założycielskich przekształcenie
wszystkich zakładów opieki zdrowotnej w spółki prawa handlowego, otwierając tym
samym drogę do ich niekontrolowanej prywatyzacji. Na szczęście śp. prezydent RP
Lech Kaczyński odmówił podpisania ustawy, a Sejm nie zdołał jej ponownie
uchwalić.
Kolejna próba, tym razem uwieńczona "sukcesem", została podjęta przed rokiem.
Wtedy to ponownie wpłynął do Sejmu tzw. pakiet ustaw zdrowotnych, a wśród nich
projekt ustawy o działalności leczniczej. Ustawa została uchwalona 15 kwietnia
br. Prezydent Bronisław Komorowski, legitymujący się wydanym przez sąd w czasie
kampanii prezydenckiej "certyfikatem" przeciwnika prywatyzacji, ustawę podpisał
i weszła ona w życie 1 lipca br. Biorąc pod uwagę jej przepisy, konstrukcję oraz
opinie ekspertów, należy stwierdzić, że ustawa o działalności leczniczej wymusza
ukierunkowanie polskiej ochrony zdrowia na zysk; w przypadku zaś jego braku – na
poszukiwanie kapitału (przede wszystkim prywatnego). W konsekwencji prowadzi
więc do prywatyzacji polskich zakładów opieki zdrowotnej.
Według ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia, a także Unii Europejskiej,
komercjalizacja i nastawienie szpitali na zysk to z jednej strony możliwość
eksplozji kosztów, z drugiej zaś dalsze ograniczanie dostępu do niektórych
świadczeń opieki zdrowotnej. Dobrym przykładem generowania kosztów jest
porównanie poziomu przekroczeń wartości kontraktów zawartych z NFZ (tzw.
nadwykonań). W przypadku niepublicznych szpitali w województwie mazowieckim
przekroczenie to w pierwszym półroczu bieżącego roku wyniosło 40 proc., w
stosunku do tego samego okresu w roku 2010, zaś w przypadku szpitali publicznych
tylko 3-9 procent. Nadwykonania albo zostaną sfinansowane przez NFZ, albo
spowodują stratę po stronie szpitali.
Nieudane ofensywy ustawodawcze
Kolejnym przykładem z ostatnich miesięcy jest uchwalenie ustawy o systemie
informacji w ochronie zdrowia. Powstaje jednak pytanie, dlaczego przystąpiono do
tego tak późno, skoro gotowy był projekt przygotowany jeszcze przez nasz rząd. I
dlaczego tak długi okres nie wystarczył na wyeliminowanie zastrzeżeń Głównego
Inspektora Ochrony Danych Osobowych zgłaszanych przez niego do ostatniej chwili
przed głosowaniem w Sejmie?
Następny "sukces" legislacyjny koalicji PO – PSL to zmiana ustawy o zawodach
lekarza i lekarza dentysty, wprowadzająca rewolucję w systemie kształcenia
lekarzy i lekarzy dentystów, poprzez zmianę programu studiów, a zwłaszcza
likwidację stażu podyplomowego.
Ostatnią ustawą, którą chcę omówić, jest ustawa o refundacji leków, środków
spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych.
Ustawa nie gwarantuje niestety szumnie zapowiadanego obniżenia cen leków.
Natomiast jej przepisy regulujące procedurę umieszczania leku w wykazie leków
refundowanych są bardziej skomplikowane niż obowiązujące obecnie. Według ustawy,
nowelizacja wykazu ma być dokonywana co dwa miesiące, a przecież już dziś,
pomimo obowiązywania zapisu, aktualizację wykazu leków refundowanych należy
przeprowadzać nie rzadziej niż co 90 dni. Po raz ostatni odbyło się to w grudniu
2010 roku! Nowa ustawa nakłada też dodatkowe obowiązki na aptekarzy.
Niewypełnienie ich spowoduje brak możliwości sprzedaży leków refundowanych, a to
narazi pacjentów albo na ponoszenie nadmiernych kosztów, albo na szukanie innych
aptek. A przecież ministerstwu chodziło podobno o to, by pacjent nie musiał
szukać po całej okolicy apteki oferującej najniższe ceny. Ustawa obarczona jest
też zarzutem niekonstytucyjności i pomimo że posłowie opozycji przytaczali
negatywne opinie konstytucjonalistów, o wyniku głosowania zadecydowała jak
zwykle parlamentarna arytmetyka.
Jaki więc wpływ na system ochrony zdrowia, na poczucie bezpieczeństwa pacjentów,
ale też pracowników ochrony zdrowia miały działania ministerstwa w ciągu
ostatnich czterech lat? Jaki wpływ miały jeszcze poważniejsze zaniechania?
Chroniczne niedofinansowanie
W styczniu 2008 roku premier Donald Tusk zainicjował trwające przez dwa miesiące
obrady "Białego szczytu". Naprzeciw siebie zasiedli przedstawiciele strony
rządowej oraz wszystkich organizacji związkowych reprezentujących pracowników
ochrony zdrowia, pracodawców, samorządów zawodowych, a także kierownictwo
sejmowej i senackiej Komisji Zdrowia. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego
reprezentowała minister Anna Fotyga i doradca prezydenta ds. zdrowia dr Tomasz
Zdrojewski. Decyzja o podjęciu rozmów była odpowiedzią na falę protestów i
strajków, które przetaczały się wówczas przez nasz kraj.
Jedynym konkretem tej dwumiesięcznej pracy była deklaracja premiera o
zwiększeniu składki na ubezpieczenie zdrowotne z 9 do 10 proc. już od 2010 roku.
Jak wiadomo, deklaracja ta nie została do dziś spełniona.
Polski system ochrony zdrowia od lat jest dramatycznie niedofinansowany. Już w
1998 roku, kiedy przygotowywano reformę ochrony zdrowia, oczywiste było, że
składka zdrowotna w wysokości 7,5 proc. nie będzie wystarczająca. Dziś wynosi
ona 9 proc., co odpowiada poziomowi publicznych nakładów na ochronę zdrowia w
wysokości 4,3-4,4 proc. PKB. Według powszechnej opinii ekspertów, bezpiecznym
minimum jest poziom 6 proc. PKB.
Wśród swoich dokonań minister Ewa Kopacz wymienia m.in. zwiększenie w latach
2007-2011 środków NFZ na leczenie z 41,5 do 58 mld złotych. Tyle tylko, że
wzrost przychodów NFZ nie jest wynikiem starań pani minister, a pochodną liczby
osób płacących składki i wysokości ich wynagrodzeń.
Powodem do dumy pani minister jest także to, że w ciągu ostatnich trzech lat
trafiło do pogotowia ratunkowego 346 sfinansowanych ze środków Unii Europejskiej
nowoczesnych ambulansów; że Lotnicze Pogotowie Ratunkowe wymieniło wysłużone
śmigłowce Mi-2 na 23 ultranowoczesne śmigłowce ratownicze EC-135.
Pani Minister, rzeczywiście jest to powód do dumy. Proszę jednak nie zapominać,
że trudny przetarg na śmigłowce przeprowadziło Ministerstwo Zdrowia pod
kierownictwem śp. prof. Zbigniewa Religi i że to nasza ekipa obroniła przed
sądem prawidłowość przeprowadzonego postępowania. Wszystkie projekty Unii
Europejskiej, które miała Pani możliwość realizować, były wynegocjowane z
Komisją Europejską przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, w tym także bezpośrednio
przeze mnie.
W kolejce do lekarza…
Obiektywny wzrost wydatków na świadczenia zdrowotne nie przełożył się na poprawę
dostępności dla pacjentów. Nadal oczekiwanie na poradę lekarza specjalisty
wynosi kilka lub nawet kilkanaście miesięcy. Nadal na operację zaćmy czy
wszczepienie endoprotezy stawu biodrowego trzeba czekać dłużej niż rok.
Oczywiście w różnych ośrodkach czas ten jest różny. Oceniając dostępność do
świadczeń, warto przytoczyć zdanie wypowiedziane przez prezesa Narodowego
Funduszu Zdrowia Jacka Paszkiewicza na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia 27
lipca br., podczas omawiania sprawozdania z wykonania planu finansowego NFZ za
2010 rok: "Kolejki zgłaszane do Narodowego Funduszu Zdrowia są mocno
niewiarygodne". Niezrozumiałe jest więc samozadowolenie minister Kopacz, gdy w
programie swojej partii chwali się skróceniem kolejek oczekujących na
świadczenia pacjentów.
Wydłużony ponad granice zdrowego rozsądku, zwłaszcza w przypadku osób w
zaawansowanym wieku, czas oczekiwania na leczenie jest wynikiem limitowania
świadczeń. Kiedy bowiem wyczerpie się wartość zawartego przez szpital czy
poradnię kontraktu z NFZ, leczenie kolejnych pacjentów staje się niemożliwe,
gdyż Fundusz za nich po prostu nie zapłaci. W 2010 r. wartość takich "nadwykonań"
wyniosła 1 mld 65 mln 642 tys. zł, co oznacza, że na taką kwotę zakłady opieki
zdrowotnej podjęły ryzyko finansowe, a inaczej mówiąc, po prostu się zadłużyły.
Gdzie jest więc miejsce na zysk, który powinny osiągać spółki prawa handlowego?
Cztery lata temu Platforma Obywatelska obiecywała, że poprawi się jakość i
dostępność usług medycznych; podstawowe leki będą tańsze; wzrosną zarobki
personelu medycznego, że podzieli Narodowy Fundusz Zdrowia na kilka
konkurujących funduszy publicznych; jasno określi zakres i wartość minimalnych
świadczeń podstawowych (będzie to spis świadczeń, procedur, standardów i leków
oraz ich wycena, uwzględniająca godziwe wynagrodzenie lekarzy, pielęgniarek i
innych pracowników ochrony zdrowia); wprowadzi system ubezpieczeń dodatkowych;
zmieni i uprości zasady refundacji leków.
Dziś widać, że jedyne, co się pani minister Kopacz udało, to komercjalizacja
zakładów opieki zdrowotnej. Tylko co będą z tego mieli pacjenci? Czy nadal 40
proc. chorych nie wykupi przepisanych leków, bo nie będzie ich na to stać? Czy
starsza osoba zdąży nacieszyć się odzyskanym wzrokiem czy możliwością
sprawniejszego poruszania się? Czy student medycyny kształcony według skróconego
programu będzie dobrym lekarzem? Czy my wszyscy w przypadku choroby możemy czuć
się bezpieczni?
Anna Gręziak
podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia w latach 2005-2007
