Publikacja akt „mało szkodliwa”

Śledczy badali, czy dziennikarze "Wprost", Michał Krzymowski i Marcin
Dzierżanowski, autorzy książki "Smoleńsk. Zapis śmierci", złamali prawo poprzez
publiczne rozpowszechnianie bez zezwolenia wiadomości (fragmentów zeznań
świadków oraz dokumentów stanowiących materiał dowodowy) z postępowania
przygotowawczego w sprawie katastrofy smoleńskiej, zanim te zostały ujawnione w
postępowaniu sądowym.

Książka była na swój sposób prowokacją dla wymiaru sprawiedliwości. Na obwolucie
autorzy reklamowali swoje dzieło informacją, że faktycznie dotarli do 57 tomów
akt śledztwa smoleńskiego i dokładnie je przestudiowali. Efekty prac znalazły
się w książce. Dziennikarze nie kryli faktu, że są świadomi, iż za tego rodzaju
publikację grozi im kara pozbawienia wolności do lat dwóch. Autorzy określili tę
sytuację jako paradoksalną, gdyż śledztwo w sprawie ich publikacji zostało
wszczęte jeszcze zanim "Smoleńsk. Zapis śmierci" trafił do księgarń. Faktem jest
jednak, że stało się to już po zwiastującej książkę publikacji w tygodniku
"Wprost", w której znalazły się fragmenty akt wraz z zapewnieniem, iż
dziennikarze dotarli nie do fragmentów, ale do 57 tomów akt. Wówczas warszawska
prokuratura okręgowa, po przekazaniu sprawy z Wojskowej Prokuratury Okręgowej,
weryfikowała, czy publikacja w tygodniku (z listopada ubiegłego roku pt. "Prawda
o Smoleńsku") nosiła znamiona przestępstwa. Śledztwo zostało umorzone, jeszcze
zanim wszczęto kolejne postępowanie, tym razem w sprawie książki.
Stało się to dość niespodziewanie pod koniec maja br. po zapytaniu, jakie "Nasz
Dziennik" skierował do prokuratury, w którym prosiliśmy o ocenę, czy
kolportowanie książki reklamowanej jako efekt złamania prawa może rodzić skutki
prawne wobec księgarzy. Po niespełna czterech miesiącach i to śledztwo zostało
umorzone. Jak poinformował nas prok. Dariusz Ślepokura, p.o. rzecznik prasowy
Prokuratury Okręgowej w Warszawie, prokurator decyzję swą umotywował znikomym
stopniem szkodliwości czynu.
– Po wcześniejszych decyzjach prokuratury należało się spodziewać takiego
rozwiązania tej sprawy. Niejako dopełniono formalności: wszczęto postępowanie,
by nie było w tym zakresie zarzutów wobec śledczych, po czym je umorzono –
zauważa mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik kilku rodzin pokrzywdzonych w
katastrofie smoleńskiej. Jak zaznacza, wprawdzie książka w zakresie wyjaśnienia
przyczyn, ustalenia sprawców nie zagrażała dobru śledztwa, to jednak ujawnienie
materiałów, które w bezpośredni i bolesny sposób dotykały gen. Andrzeja Błasika,
a zatem informacji wrażliwych z punktu widzenia osób poszkodowanych, naruszało
te granice. – Zgodzę się z tym, że pojawiające się publikacje na temat
katastrofy smoleńskiej w znacznej większości nie naruszały dobra śledztwa.
Zawierały one informacje, które powinny być znane opinii publicznej. One nie
zagrażały bezpieczeństwu prowadzonego postępowania i nie naruszały interesu osób
pokrzywdzonych. Ta książka miała jednak szczególny charakter – dodaje
pełnomocnik. I zauważa, że w kontekście publikacji dziennikarzy "Wprost"
interesujące będzie to, jakie decyzje podejmie prokuratura w związku z
opublikowaniem "Białej Księgi Smoleńskiej Tragedii" przygotowanej przez Zespół
Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku.

 

Marcin Austyn

drukuj