Rozrzutny jak Tusk
Poseł na Sejm RP
W ostatnim miesiącu funkcjonowania Sejmu obserwujemy wzrost aktywności
legislacyjnej koalicji rządzącej PO – PSL. Chodzi o teoretycznie małe zmiany w
istniejącym prawie, ale często bardzo kontrowersyjne z punktu widzenia i prawa,
i etyki. Przypatrzmy się jednej z nich, wchodzącej w zakres zainteresowań
Ministerstwa Środowiska, a mianowicie ustawie o zmianie ustawy Prawo ochrony
środowiska. Zaproponowano tam, aby Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i
Gospodarki Wodnej mógł finansować zadania realizowane przez jednostki budżetowe,
polegające na udzielaniu państwom rozwijającym się pomocy na projekty i
inwestycje z zakresu ograniczania lub unikania emisji gazów cieplarnianych,
pochłaniania lub sekwestracji dwutlenku węgla i adaptacji do zmian klimatu.
W uzasadnieniu tej ustawy czytamy, że przekazywanie środków przez Narodowy
Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej będzie dokonywane na rzecz takich
instytucji międzynarodowych zapewniających funkcjonowanie mechanizmów
finansowych ramowej konwencji klimatycznej, jak Fundusz Adaptacyjny i Zielony
Fundusz. Wpłaty NFOŚiGW osiągną wysokość 10 proc. wpływów ze sprzedaży jednostek
przyznanej emisji, gdzie zgodnie z ustawą o systemie zarządzania emisjami gazów
cieplarnianych i innych substancji z 17 lipca 2009 roku przez jednostkę
przyznanej emisji rozumie się wyrażoną w tonach emisję gazów cieplarnianych
przyznaną państwu uprawnionemu zgodnie z protokołem z Kioto do ramowej konwencji
klimatycznej.
Jak wynika z zawartych w uzasadnieniu danych, do chwili obecnej sprzedano
redukcję emisji za 80 mln euro, gdyż Narodowy Fundusz ma wpłacić na rzecz
wspomnianych funduszy około 8 milionów. W uzasadnieniu czytamy dalej, że w
sytuacji zbycia wszystkich jednostek przyznanej emisji kwota ta wzrośnie do ok.
50-70 mln euro.
Tanio sprzedać, drogo kupić
Przedstawiony projekt ustawy ma jedną zaletę. O ile dane są zgodne z prawdą, to
na ich podstawie możemy poznać informacje, które rząd określał jako państwową
tajemnicę handlową. Okazuje się bowiem, że posiadając, zgodnie z protokołem z
Kioto, 500 mln ton nadwyżki redukcji CO2 w latach 2008-2010, rząd planuje
przekazać ze sprzedaży tych jednostek ok. 50-70 mln euro. Jak zapisano w
uzasadnieniu do projektu ustawy, stanowi to 10 proc. uzyskanej ze sprzedaży
sumy. 100 proc. daje w tej sytuacji od 500 do 700 mln euro.
W tej sytuacji łatwo wyliczyć, że średnio jedną tonę swojej redukcji emisji
dwutlenku węgla Polska sprzedaje w granicach od 1 do 1,4 euro. Wspaniały
"sukces" negocjacyjny aktualnego rządu, zważywszy, że obecnie wartość jednej
tony limitu emisji CO2, według Unijnego Systemu Handlu Emisjami, wynosi (patrz
www.pointcarbon.com) ponad 12 euro.
Według prognoz w następnym roku cena jednej tony limitu emisji może przekroczyć
sumę 30 euro. Zgodnie z wynegocjowanym przez obecny rząd PO – PSL pakietem
klimatycznym po takiej cenie będziemy kupowali brakujące uprawnienia do emisji –
zapłaci za to każdy z nas w kosztach energii elektrycznej, ciepła, cementu,
stali, papieru i szkła. Możemy więc sprzedać jedną tonę nadwyżki za jedno euro i
następnie kupić to samo i często od tych samych po cenie od kilkunastu do
kilkudziesięciu razy wyższej. Chodzi o niebagatelne sumy: 500 mln ton przyznanej
redukcji, zgodnie z protokołem z Kioto, w latach 2008-2012 to przy obecnych
cenach wartość ponad 6 mld euro.
Co podpisał premier
Pomijając powyższy "sukces" obecnego rządu, należy również zaznaczyć, że
przedstawiony i przegłosowany już w Sejmie projekt ustawy budzi poważne
kontrowersje prawne. Otóż nie jest on zgodny z konwencją klimatyczną.
Zgodnie z tym międzynarodowym porozumieniem, podpisanym i ratyfikowanym przez
Polskę wiele lat przed wejściem w struktury UE, Polska jako kraj w okresie
gospodarki przejściowej nie była zobowiązana do ponoszenia jakichkolwiek kosztów
w latach 2008-2012 na rzecz państw rozwijających się. Zobowiązania takie
posiadały natomiast państwa rozwinięte niebędące w okresie przejściowym – należą
do nich wszystkie państwa starej Piętnastki. Nie wywiązały się z nich, podobnie
jak z zobowiązań odnośnie do planowanej redukcji emisji CO2, czego powodem był
sprzeciw państw rozwijających się podczas 15. sesji Stron Konwencji Klimatycznej
w Kopenhadze w grudniu 2009 roku. Wtedy zostało przyjęte Porozumienie
Kopenhaskie, na które powołuje się rząd. Jak należy przypuszczać, podpisał je
premier Donald Tusk podczas posiedzenia wysokiego szczebla, łamiąc tym samym
podstawowe kanony prawne. Zgodnie z konwencją klimatyczną Porozumienie
Kopenhaskie winno dotyczyć bowiem tylko takich państw jak stara Piętnastka, ale
nie Polski.
Podpisanie porozumienia przez premiera Tuska jest więc złamaniem konwencji
klimatycznej ONZ, która jest umową międzynarodową, podpisaną i ratyfikowaną
wiele lat temu przez poprzednie władze ustawodawcze i wykonawcze. Podpis
premiera, o ile taki istnieje, nosi więc ewidentne znamiona niezgodności z
Konstytucją. Czy premier ma prawo składać zobowiązania finansowe w stosunku do
podmiotów zagranicznych bez zgody Sejmu? Dlaczego za decyzję premiera ma ponosić
odpowiedzialność finansową Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki
Wodnej, powołany do zupełnie innych celów niż pomoc dla państw rozwijających
się? Dlaczego Sejm głosuje ustawę sankcjonującą decyzję premiera prawie w dwa
lata po jego decyzji i co by było, gdyby odrzucono projekt ustawy? Kto wtedy
zapłaci za zobowiązania premiera? Może to teoretycznie jeszcze nastąpić, gdyż
ustawa musi być zatwierdzona przez Senat i prezydenta.
Powyższe pytania zadano rządowi w trakcie procedowania w Sejmie. Nie uzyskano na
nie odpowiedzi. Tok procedowania był przyspieszony. Nie dopuszczono do dyskusji
i nie zapewniono chociażby takich materiałów źródłowych jak Porozumienie
Kopenhaskie. Na wniosek jednego z posłów, aby dostarczyć ten dokument,
zarządzono głosowanie, podczas którego posłowie PO – PSL zdecydowali, iż jest to
zbyteczne, gdyż dokument jest dostępny w internecie. Jak sprawdzono, jest on tam
rzeczywiście dostępny, lecz jedynie w języku angielskim. Pomijając sprawę, że
jesteśmy w Polsce, gdzie obowiązuje język polski, należałoby zadać pytanie, ilu
członków sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa z
ramienia PO i PSL sprawnie posługuje się językiem angielskim, szczególnie w
zakresie merytorycznym i prawnym. Warto o to również zapytać procedujących
posłów, gdyż można przypuszczać, że o sprawach niezwykle ważnych dla życia
gospodarczego państwa decyduje buta i indolencja koalicji rządzącej PO – PSL.
Prof. Jan Szyszko
Autor jest kierownikiem Samodzielnej Pracowni Oceny i Wyceny Zasobów
Przyrodniczych SGGW, prezesem Stowarzyszenia na rzecz Zrównoważonego Rozwoju
Polski, posłem na Sejm PiS z okręgu wyborczego nr 20 pod Warszawą. Był ministrem
środowiska w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.
