Spotkajmy się w Pasadenie

Pracujący dla NASA inżynier, dziekan Wydziału Inżynierii Lądowej The
University of Akron, specjalista w zakresie wytrzymałości materiałów
kompozytowych używanych w lotnictwie, członek zespołu badającego katastrofę
promu kosmicznego Columbia, rzuca rękawicę członkom komisji Jerzego Millera.

Profesor Wiesław Binienda, Amerykanin polskiego pochodzenia, zaprasza zespół
ekspertów badających katastrofę rządowego tupolewa na międzynarodową konferencję
"Earth and Space 2012" w Pasadenie w Kalifornii. – Możemy poświęcić jedną z
sesji omówieniu różnych modeli zderzenia na Siewiernym i przeprowadzić
porównanie naszych wyników na niezależnym gruncie. Na oczach uznanych
specjalistów, przy otwartej kurtynie – deklaruje w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" prof. Binienda. Jego zdaniem, konkluzje zawarte w raporcie ministra
Jerzego Millera nie zostały poparte rzetelną analizą numeryczną. – Wygląda na
to, że jakaś grupa usiadła wokół stołu i uzgodniła sobie, jak to miałoby
wyglądać. Tylko że to, co uzgodnili, jest niezgodne z prawami fizyki – tłumaczy
profesor. Jako najsłabszy punkt polskiego dokumentu Binienda wskazuje opis
zderzenia maszyny z przeszkodą, skutkujący utratą skrzydła. – Wyobraźmy sobie,
że jest tak, jak twierdzą obie komisje. Samolot traci jedną trzecią lewego
skrzydła. A więc na wysokości około sześciu metrów traci jedną trzecią siły
nośnej. To proszę mi jeszcze wyjaśnić, jak w tym momencie ta maszyna ma jeszcze
wznieść się na wysokość około 20 metrów? – pyta. A właśnie na taką sekwencję
zdarzeń jasno wskazuje wykres w załączniku nr 1 do raportu komisji Millera. – To
jest fantazja potrzebna do tego, żeby uzasadnić, że samolot zrobił półbeczkę –
twierdzi nasz rozmówca. Binienda precyzuje też, jak powinno wyglądać modelowe
badanie przyczyn katastrofy statku powietrznego.
Poważna analiza rozpoczyna się od lokalizacji szczątków i dokładnego oznaczenia
ich pozycji za pomocą GPS. Fotografuje się każdą, nawet najdrobniejszą, część.
Bo nawet najmniejsze fragmenty mogą wskazać przyczynę. Potem wszystkie elementy
zbiera się pod dachem w hali i bada za pomocą urządzeń analitycznych. Każda
pęknięta powierzchnia mówi coś inżynierom i naukowcom. Dowiadujemy się, jak była
rozrywana. Cennym materiałem analitycznym są też oględziny mikroskopowe pęknięć.

Później przychodzi czas na rekonstrukcję samolotu. Ta czynność pozwala na
ustalenie momentu i miejsca, od którego zaczęła się katastrofa. I jaka była
sekwencja rozpadu maszyny. Dopiero na podstawie tych informacji można wyciągać
początkowe wnioski. Narzędzia dodatkowe to analizy na poziomie matematycznym i
fizycznym, gdzie symuluje się przebieg wypadku. Uwaga: symuluje, nie animuje.
Profesor Binienda zaznacza, że w trakcie prezentacji prasowych zarówno MAK, jak
i komisja Millera pokazały jedynie animację zdarzenia. – To dzieło artysty,
który klatka po klatce wyobraża sobie samolot w tej czy innej pozycji. Natomiast
symulację tworzy komputer, zaprogramowany zgodnie z prawami fizyki i prawami
materiałowymi, któremu dostarczono warunki początkowe – wskazuje inżynier.
Jako przykład pieczołowitości w zabezpieczaniu miejsca zdarzenia podaje prace
amerykańskiego zespołu po katastrofie wahadłowca Columbia. Specjalistyczne ekipy
przeszukiwały obszar o wymiarach 500 km długości i 5 km szerokości. W ten sposób
odnaleziono taśmę z magnetowidu, który jeden z astronautów trzymał w ręku, w
momencie gdy pojazd kosmiczny rozpadał się w górnych warstwach atmosfery. –
Skoro zrobiono coś takiego wtedy, to myślę, że i Polaków stać było na to, by
równie starannie przeszukać teren w Smoleńsku – mówi Binienda.

Piotr Falkowski

drukuj