Przełom w badaniach nad zespołem Downa

Gdy w Stanach Zjednoczonych pojawiły się realne perspektywy wielkiego
sukcesu naukowego, jakim byłoby znalezienie leku na zespół Downa,
okazało się, że środki przeznaczane na tego rodzaju badania są bardzo małe

Na badania nad mukowiscydozą, na którą w USA choruje 20 tys. ludzi,
przeznacza się rocznie 68 mln dolarów. Na zespół Downa cierpi ponad dziesięć
razy więcej Amerykanów, ale poszukiwaniu leku na tę chorobę towarzyszą środki w
wysokości tylko 22 mln dolarów. Nawet lewicowy i liberalny "New York Times"
zwraca uwagę na tę rażącą dysproporcję.
Doktor Alberto Costa prowadził na Uniwersytecie Stanu Kolorado w Denver badania
naukowe nad pracą mózgu. Analizował, jak komórki nerwowe (neurony) przekazują
sobie informacje. Procesami chemicznymi i fizycznymi, które zachodzą, podczas
gdy nasz mózg działa, to znaczy myśli i "zarządza" całym organizmem, zajmuje się
elektropsychologia neuronalna – dziedzina wiedzy powstała niedawno, ale mająca
już spore osiągnięcia. Analizowanie, jak działa na najbardziej podstawowym
poziomie ludzki układ nerwowy, czyli jak naprawdę myślimy, jak powstają idee,
uczucia, odruchy, musi być niezmiernie fascynujące. Dla pochodzącego z Brazylii
Costy te możliwości stały się życiowym wyzwaniem.
W 1995 roku państwu Costom urodziło się długo oczekiwane dziecko – dziewczynka.
Okazało się, że malutka Tyche choruje na trisomię 21, zespół Downa. Alberto i
jego żona Daisy nie poddali się. Opiekują się nią najlepiej, jak potrafią.
Intensywna rehabilitacja, próby nadrobienia dysfunkcji przede wszystkim w
rozwoju umysłowym przynoszą u Tyche bardzo dobre efekty. Ale dla jej ojca –
naukowca z pasji i powołania – to było za mało. Zainteresował się zespołem
Downa, godzinami pochłaniał publikacje z dziedziny genetyki. Nie mógł pogodzić
się z myślą, że nauka, która wie tak wiele o człowieku, tu jest jakby bezsilna.
Natrafiał na mur stereotypu we własnym środowisku: "To nieuleczalne,
beznadziejne, nie ma terapii". Postanowił to zmienić, poświęcić się poszukiwaniu
leku na zespół Downa.
Obecnie około 95 proc. dzieci, u których rozpoznano możliwość wystąpienia
zespołu Downa w okresie prenatalnym, jest uśmiercanych poprzez aborcję. W
krajach wysoko rozwiniętych praktycznie takim dzieciom nie pozwala się urodzić.
– Liczba noworodków z zespołem Downa jest bliska zeru. To fantastyczne
osiągnięcie – twierdzi duński "bioetyk" Niels Uldbjerg. W jego kraju do roku
2030 "problem" zespołu Downa ma zostać "całkowicie wyeliminowany". Podobnie jest
w prawie całej Unii Europejskiej, jedynie termin szacuje się na 2041 rok.
Dla Alberta Costy taka odpowiedź jest nie do przyjęcia. Jednak upowszechnienie
zabijania nienarodzonych to fatalna okoliczność także z punktu widzenia czysto
naukowego. Gdy nie ma pacjentów, nie widać też społecznego problemu. A to
oznacza brak pieniędzy na badania. Nie da się spowodować, że trisomia 21.
chromosomu nie wystąpi, ale można szukać sposobów, żeby zaburzenie genetyczne
nie odzwierciedlało się w organizmie (tzw. fenotypie) patologicznymi zmianami.
Nad tym prowadzi od 15 lat badania amerykański uczony. Dotarł on do badań Muriel
Davisson z lat 80. Udało jej się zaprojektować metodę hodowli myszy z trisomią
21. chromosomu. To dało możliwość podjęcia szerszych badań nad działaniem
niepożądanych genów. Okazało się, że dotychczasowe doświadczenie Costy w pracach
nad neuronami także się przydało. Teraz jego zespół, choć boryka się z brakami w
funduszach i niezrozumieniem, ma poczucie, że jest na dobrej drodze do sukcesu.

Z powodu powszechnego zabijania dzieci z zespołem Downa przed urodzeniem postęp
badań medycznych nad tym schorzeniem może zostać zatrzymany. W USA dr Alberto
Costa spowodował jednak, że poważne koncerny farmaceutyczne zaczęły się
interesować jego badaniami w nadziei na zyski ze sprzedaży leku na tę chorobę.
Można będzie wyleczyć zespół Downa? – zapytaliśmy prof. Andrzeja Kochańskiego,
lekarza genetyka z Polskiej Akademii Nauk. – Wszystko zależy od tego, jak
rozumiemy pojęcie nieuleczalności. Ten zespół chorobowy jest nieuleczalny, ale
zaraz trzeba dodać, że jedynie na chwilę obecną. Przecież na przykład cukrzyca
była nieuleczalna przez całe wieki, a teraz chorzy mogą z nią normalnie żyć. Tak
samo zespół Downa może stać się uleczalny w tym sensie, że problemy z niego
wynikające zostaną zniwelowane u podstaw, a nie tylko w leczeniu objawowym.
Trudno oczywiście odpowiedzieć na pytanie, kiedy może się to stać – tłumaczy
naukowiec. – Jeżeli będą prowadzone intensywne badania podstawowe, takie jak dr.
Alberta Costy, to ten moment kiedyś nastąpi i tę chorobę będzie można leczyć –
podkreśla. – Nie można wykluczyć, że istnieje nieznany jeszcze medycynie środek,
który "wyciszy" aktywność dodatkowych pięciuset genów (ich nadmiar wywołuje
zespół Downa). Jeżeli udałoby się to zrobić na bardzo wczesnym etapie rozwoju
dziecka, to mówilibyśmy o sukcesie leczenia zespołu Downa – dodaje.
Badania są prowadzone systematycznie. Co do tej pory udało się osiągnąć? Dorobek
zespołu Costy jest oceniany jako duży, o randze międzynarodowej. – Podziwiam
heroizm i postawę dr. Costy, który podjął tak niesamowitą i samotną walkę.
Największe osiągnięcie jego grupy badawczej polega na dojściu do dobrego modelu
zwierzęcego zespołu Downa. Umieją hodować myszy, u których występują podobne
zaburzenia jak u człowieka. Można teraz na tym modelu prowadzić bardzo różne
badania. Zawsze jeżeli w chorobie genetycznej pojawia się dobry model zwierzęcy,
to jest to wielki przełom. A więc ten przełom już nastąpił – zaznacza prof.
Kochański.
Zespół Downa to najczęściej występująca w populacji choroba genetyczna. Powstaje
podczas zapłodnienia. Jak tłumaczy genetyka, zwykłe komórki ludzkie mają 46
chromosomów ułożonych w parach, a komórki rozrodcze, służące do zapłodnienia
(gamety), tylko połowę, czyli 23. Podczas zapłodnienia chromosomy pochodzące od
obojga rodziców łączą się i powstaje pełna ludzka komórka – nowy człowiek. Ten
mechanizm może jednak dobrze nie zadziałać. Zjawisko aneuploidii polega na
zaburzeniu ilości materiału genetycznego. Skutkuje wieloma chorobami. W
przypadku zespołu Downa gameta (najczęściej żeńska) posiada podwójny 21.
chromosom, tak jak zwykła komórka. Jednak po zapłodnieniu chromosomów na miejscu
21. są już trzy, stąd nazwa medyczna tego zaburzenia: trisomia 21. chromosomu.
Pojawia się około 500 genów, których nie powinno być. Ich oddziaływanie jest
przyczyną szeregu fizycznych i psychicznych zaburzeń.
Po raz pierwszy objawy tego schorzenia opisał angielski lekarz John Langdon Down
w 1862 roku, nie potrafił jednak nic powiedzieć o mechanizmie choroby. Nie znano
jeszcze wtedy budowy jądra komórkowego, nie wiedziano nic o genach,
dziedziczeniu itd. Związek zespołu Downa z cechami genetycznymi zauważył w 1959
roku francuski genetyk Jérôme Lejeune, pierwszy przewodniczący Papieskiej
Akademii Życia. Niestety, jego odkrycie zamiast – jak tego pragnął – przyczynić
się do przybliżenia odkrycia skutecznej terapii zespołu Downa, spowodowało
skutek wręcz przeciwny. Skoncentrowano się na wczesnej diagnostyce, mającej na
celu wykrycie jeszcze w fazie prenatalnej genetycznej anomalii z myślą o
aborcji.

Piotr Falkowski

drukuj