Między dżumą a tyfusem

"My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli!" –
tłumaczył robotnikowi Deptale towarzysz Szmaciak w znakomitym poemacie Janusza
Szpotańskiego "Towarzysz Szmaciak". 30 sierpnia upłynął termin rejestracji list
kandydatów na Umiłowanych Przywódców i właśnie dzisiaj Państwowa Komisja
Wyborcza ma ogłosić, kto się zarejestrował, a kto jest "tylko dumny". Oczywiście
nie wszyscy zarejestrowani zostaną Umiłowanymi Przywódcami; co to, to nie!


Nad uszczelnieniem grona Umiłowanych Przywódców przed napływem osób
niepowołanych czuwają zarówno Siły Wyższe z okupujących Polskę tajniaczych
gangów, jak również – we własnym interesie – ścisłe sztaby partyjne, w
większości zresztą przez tajniacze gangi penetrowane. W rezultacie wyborcy będą
mieli alternatywę między dżumą a tyfusem – bo przecież zdecydowana większość
faworytów to ludzie, którzy Umiłowanymi Przywódcami już byli, i to często nawet
przez ostatnie 20 lat, zatem to właśnie na nich spoczywa odpowiedzialność, jeśli
nie za doprowadzenie państwa do obecnego stanu, to przynajmniej za żyrowanie
działań Sił Wyższych, które państwo do obecnego stanu doprowadziły. Jednak o
żadnym egzekwowaniu odpowiedzialności nie ma oczywiście mowy; w najbliższych
tygodniach będziemy bezsilnymi świadkami "debat", których uczestnicy nie tylko
będą przypisywali sobie wszelkie możliwe zasługi, ale i licytowali się na wizje
świetlanej przyszłości.
Tymczasem coraz wyraźniej widać, że najważniejszą przyczyną większości, a może
nawet wszystkich gnębiących nas paroksyzmów jest właśnie państwo, to znaczy
okupująca nasz nieszczęśliwy kraj klasa próżniacza, która swoje dochody
najzwyczajniej w świecie wymusza siłą. Tak jest oczywiście we wszystkich
państwach i pod tym względem nasz nieszczęśliwy kraj nie jest żadnym wyjątkiem.
Różnica leży w tym, że o ile okupanci w innych krajach starają się jakoś – po
swojemu oczywiście, ale na to nie ma rady – o nie dbać, o tyle nasi okupanci
prowadzą gospodarkę rabunkową, licząc na to, że ktoś w końcu tę masę
upadłościową po nich weźmie, a im samym w nagrodę zapewni bezpieczeństwo. I tak,
na nasze nieszczęście, pewnie będzie, bo rządząca światem nieubłagana zasada
przyczynowości głosi, że z określonych przyczyn MUSZĄ wyniknąć określone skutki.
Tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy postępują według logiki zaprezentowanej przez
wspomnianego towarzysza Szmaciaka, który tłumacząc robotnikowi Deptale, jak się
rzeczy mają, deklarował: "Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje – drugi
zbiera". Właśnie jeden z moich korespondentów, pan Czesław Stoma, zwrócił moją
uwagę na informację Banku Światowego o niedowładzie państwa polskiego w
segmentach, gdzie jest niezastąpione, oraz stopniu zbiurokratyzowania naszej
gospodarki. Okazuje się, że zwykły spór sądowy wymaga przejścia przez 38
procedur, a średni czas trwania tej drogi krzyżowej wynosi 830 dni, czyli co
najmniej dwa lata i trzy miesiące. Uzyskanie pozwolenia budowlanego wymaga
przejścia przez 32 procedury, co średnio trwa 311 dni, a więc prawie rok.
Zakładanie firmy – sześciu procedur, co średnio trwa 32 dni. Trudno się temu
dziwić, skoro liczba urzędników na przestrzeni ostatnich 20 lat wzrosła ze 159
tys. w roku 1990 do pół miliona w roku bieżącym (niektórzy twierdzą, że jest ich
więcej, bo aż 633 tysiące). Ponieważ średnie wynagrodzenie w administracji
publicznej jest większe od średniej krajowej, każdy urzędnik chce się czymś
zajmować – i to jest właśnie najgorsze. Na przykład tylko rolnikom "doradza" aż
kilkanaście państwowych instytucji. No to czegóż chcieć więcej? Jest dobrze, a
będzie jeszcze dobrzej!

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj