Teatrzyk Jerzego Millera
Z dr. Dariuszem Fedorowiczem, lekarzem, oficerem rezerwy Wojska Polskiego,
bratem Aleksandra Fedorowicza, prezydenckiego tłumacza, który zginął na
Siewiernym, rozmawia Marta Ziarnik
Minęło już trochę czasu od publikacji raportu Millera, rodziny miały czas na
zapoznanie się z jego treścią. Jak Pan ocenia ten dokument?
– Po pierwsze, ten raport nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem, nie spodziewałem
się po nim żadnych rewelacji. Bo czegóż można się spodziewać po dokumencie,
który powstał na podstawie zbadania materiału dostarczonego przez stronę
rosyjską, bez – a co najwyżej z bardzo skromnym udziałem ustaleń własnych, bez
zbadania wraku i własnych ekspertyz? To wszystko czyni z raportu Millera
właściwie kalkę raportu MAK, z niewielkimi tylko modyfikacjami, które miały na
celu jedynie uwiarygodnić polski raport i uczynić rodzaj pewnego "teatrzyku" dla
polskiego społeczeństwa, jakoby to strona polska prowadziła jakieś rzetelne
śledztwo. Niestety, to śledztwo nazywamy śledztwem jedynie umownie, a właściwie
jest to jedynie dzieło medialne, które niewiele ma wspólnego z prawdziwym
dochodzeniem przyczyn katastrofy. Ostatecznie dokument ten nie wniósł przecież
nic dla wyjaśnienia przyczyn tragedii smoleńskiej i nazywanie go mianem
"ostatecznego" raportu określającego przebieg i przyczyny tej tragedii to już
jest kompletny absurd. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że raport Millera nie
jest na arenie międzynarodowej żadną przeciwwagą dla raportu MAK, bo nie ma
praktycznie większych międzynarodowych podstaw prawnych. I te mankamenty prawne
sprawiają, że nie możemy ze stroną rosyjską dyskutować za pomocą ustaleń komisji
pana ministra.
Część bliskich ofiar odbiera go jednak inaczej. Siostra posła Leszka Deptuły
zaraz po ogłoszeniu raportu powiedziała, że rozwiał on wiele wątpliwości rodzin.
– Dla mnie jest to kompletnie bezwartościowy świstek. Oczywiście jest tu pewien
element łagodzenia nastrojów społecznych i poruszania kwestii, które dzięki
m.in. "Naszemu Dziennikowi" i przedstawianym przez państwa ustaleniom
niezależnych ekspertów musiały wyjść na jaw. Dzięki tej pracy społeczeństwo
poznało wiele faktów i teraz żąda rzetelnego wyjaśnienia przyczyn tragedii, bez
przemilczania spraw już poznanych, które jednak nie pasują do MAK-owskiej
układanki. Media niezależne zrobiły bardzo dużo dobrej roboty w tej kwestii,
publikując różnego rodzaju wątpliwości i ustalenia. To przecież "Nasz Dziennik"
jako pierwszy ustalił i podał, że załoga Tu-154M nie podchodziła – jak to
twierdził MAK – do lądowania, a robiła jedynie zejście do wysokości decyzji. I
tutaj nie należy już nad tym dyskutować. Podobnie zresztą wyglądała kwestia
wyssanych z palca rzekomych nacisków. Przecież nie ma na to nawet najmniejszych
dowodów. Kolejny przykład to skandaliczna praca rosyjskich kontrolerów i podobny
stan lotniska w Smoleńsku. To były sprawy oczywiste i myślę, że nie ma już w
polskiej opinii publicznej na ten temat wątpliwości.
Co najbardziej zaniepokoiło Pana w tym dokumencie?
– Chociażby to, że nie ma w nim najmniejszego wspomnienia o tym, jak strona
rosyjska potraktowała wrak samolotu. Dzięki materiałowi filmowemu pani Anity
Gargas wszyscy byliśmy świadkami, jak w Rosji traktuje się wrak naszego samolotu
rządowego, w ramach – jak się nas zapewniało – jego rekonstrukcji. Widzieliśmy,
jak "pieczołowicie" wyglądały te badania. Porównajmy to chociażby ze słynną
katastrofą z 1988 roku nad Lockerbie i późniejszymi działaniami śledczymi, które
w konsekwencji doprowadziły do wykrycia, że doszło tam do zamachu. Proszę
zauważyć, w jaki sposób śledczy doszli do tego ustalenia, na podstawie bardzo
drobnych fragmencików odnalezionych na miejscu katastrofy. Jeśli chodzi o
katastrofę smoleńską, to mamy tutaj podstawowe wątpliwości co do wyglądu miejsca
katastrofy i jej przebiegu, bo jeśli samolot rozpadł się na aż tak drobne
kawałki, to musiałby z ogromną siłą uderzyć o ziemię. Tymczasem na miejscu nie
ma żadnego krateru czy leju, który powstałby w takim przypadku. Do tego dodajmy
zamrożenie pamięci komputera pokładowego i wyłączenie zasilania na kilkanaście
metrów nad poziomem pasa. Moim zdaniem oś przebiegu zdarzeń także całkiem
inaczej wyglądała, podczas gdy w polskim raporcie jest jedynie powtórzeniem
wersji rosyjskiej, która pokrywa ją z rozbiciem się o drzewo. I takie przykłady
moglibyśmy jeszcze mnożyć, przy czym żadnej z tych wątpliwości nie rozwiewa
raport Millera. Dlatego też nazywanie tego dokumentu raportem ostatecznym,
autorytatywnie stwierdzającym przyczyny katastrofy, jest dla mnie zwykłą farsą.
Przesuwanie w czasie publikacji raportu tłumaczono trudnościami związanymi z
przekładem na język rosyjski.
– Właśnie się zastanawiam, czy tak mało mamy w Polsce tłumaczy z języka
rosyjskiego (bo ciągle nas się zbywało, mówiąc, że trwa tłumaczenie). Przecież w
zasadzie przetłumaczenie tych wszystkich ustaleń powinno trwać nie dłużej niż
dwa tygodnie. Nie chcę nawet tego komentować, bo jest to po prostu żałosne.
Przyczyny są najprawdopodobniej właśnie natury politycznej i na upublicznienie
tego raportu wybrano taki moment, który – jak sądzono – będzie najbardziej
korzystny ze względu na zbliżające się wybory, a może czekano, aż w
społeczeństwie kontury tej tragedii zaczną się pomału zacierać. Prawdopodobnie
to miało ogromne znaczenie. A to są działania natury czysto propagandowej, które
nie mają nic wspólnego z dążeniem do prawdy i rzetelnością ustaleń.
Większość rodzin, z którymi rozmawiałam w ostatnim czasie, podkreślała, że
spodziewa się upublicznienia raportu raczej po wyborach.
– Myślę, że wybranie terminu publikacji raportu było dla rządzących wielką
zagwozdką. Bo gdyby raport nie pojawił się przed wyborami, mogłoby być duże
niezadowolenie społeczne wynikające z tego, że jednak ten rząd wymiguje się od
wyjaśnienia katastrofy. A tak poczyniono jakieś pozory działań, które mają
symulować rzetelność w tej sprawie, i dzięki temu rząd uznaje już sprawę za
zamkniętą. Proszę zwrócić uwagę na to, jak temat ten przemknął przez media
masowe z szybkością błyskawicy. Lekkim echem odbiło się jeszcze tylko
skomentowanie przez MAK kwestii dotyczącej rosyjskich kontrolerów. To zresztą
było wielkim upokorzeniem dla strony polskiej, bo przecież nawet te w sumie
niewiele znaczące dla tej osi "ustaleń" zmiany, które się w polskim raporcie
znalazły, zostały z całą stanowczością przez stronę rosyjską odrzucone.
Podkreślono natomiast z całą stanowczością, że ten raport to jest wyłącznie
wewnętrzna sprawa Polski i że nie ma on rzeczywiście żadnego znaczenia ani na
arenie międzynarodowej, ani dla Rosji. Znalazło się tam także chociażby
odniesienie – mówię o podchwyceniu przez media rosyjskie wypowiedzi ministra
Millera dotyczącej dysponenta samolotu, czyli w domyśle prezydenta Lecha
Kaczyńskiego, który miał jakoby poprzez niepowzięcie decyzji o wyborze lotniska
zapasowego uniemożliwić podjęcie tej decyzji przez załogę. A to jest przecież
czysta insynuacja, jakich doświadczyliśmy już przez ostatnie miesiące wiele,
ponieważ – jak sądzę – każdy rozsądnie myślący człowiek decyzję dotyczącą wyboru
lotniska zapasowego pozostawiłby specjalistom, czyli pilotom. Jest to tym
bardziej absurdalne, że wcześniej czyniono zarzut z tego, jakoby prezydent Lech
Kaczyński miał wywierać na pilotów naciski, by lądowali w Smoleńsku. Teraz czyni
się zarzut z czegoś biegunowo różnego. W tym momencie nie pozostaje mi nic
innego, jak tylko przywołać porzekadło ludowe, mówiące, że "jak się chce psa
uderzyć, to się kij znajdzie".
Wiele medialnych hipotez krzywdzących rodziny załogi czy gen. Andrzeja
Błasika nie znalazło potwierdzenia w raporcie.
– Większość tych informacji była wyssana z palca i trudno je było poprzeć
jakimikolwiek choćby śladami dowodów. I w tym momencie takowe są zupełnie
bezwartościowe. Natomiast mamy oczywiście do czynienia z pewną medialną narracją
i rzeczywiście stara goebbelsowska zasada, że kłamstwo tysiąckrotnie powtórzone
staje się prawdą, wydaje się tutaj jak najbardziej stosowana. W takim sensie
nieważne, czy ma to poparcie w faktach, czy nie. Jeżeli się o tym mówiło – i to
często – to zaczyna taka informacja funkcjonować w świadomości społecznej jako
fakt. Mamy tutaj więc do czynienia z tzw. prawdą medialną. To, co się dzisiaj
dzieje, to jest, niestety, propaganda, która ma społeczeństwu całkowicie ten
obraz zafałszować i wskazać na jakieś rzekome, a nie rzeczywiste przyczyny
katastrofy. Ma na celu odwrócić uwagę od tych niepokojących spraw, które w
formie drobnych przecieków co jakiś czas się pojawiają i które niosą w sobie
duży ładunek prawdy.
Dzień przed publikacją raportu do dymisji podał się Bogdan Klich, a nowy
minister rozformował specpułk.
– Działania, które zostały podjęte po publikacji raportu, przypominają raczej
leczenie migreny za pomocą gilotyny. Jeżeli mówimy o wojskowych, jest to kolejny
doskonały pretekst, aby uderzyć w armię, która – jak widzimy – nie cieszy się
zbytnią sympatią partii rządzącej. Dymisja ministra Klicha jest spóźniona, bo
jeżeli mowa o odpowiedzialności politycznej, to takową on przecież ponosił od
samego początku. Więc nie wiem, dlaczego musiało upłynąć aż kilkanaście miesięcy
do tej dymisji. Myślę, że honorowy minister powinien podać się do dymisji góra
kilka dni po zdarzeniu…
…zwłaszcza że nie była to pierwsza w jego karierze katastrofa lotnicza z
udziałem wysokich rangą dowódców wojskowych.
– Oczywiście. Dlatego więc jest to jakieś kuriozum w skali cywilizowanego
świata, gdzie tej rangi katastrofa musiałaby pociągnąć za sobą szereg dymisji.
To jest sprawa oczywista, także dla większości Polaków. A zrzucanie winy i
robienie czystek w 36. SPLT ma po raz kolejny charakter jedynie medialny, dzięki
któremu rząd może twierdzić, że już pociągnął winnych do odpowiedzialności.
Jednocześnie przymyka oko na bardzo wiele – mówiąc delikatnie – niedociągnięć po
stronie czynników odpowiedzialnych za organizację lotu do Smoleńska. A nie
wywiązały się z szeregu tych obowiązków między innymi kancelaria premiera i
służby podległe ministrowi Millerowi, wśród których nikt nie poniósł żadnych
konsekwencji. Mało tego, te aspekty pomijane są zupełnie w raporcie. Dlatego też
raz jeszcze powtarzam, że to jest kuriozum, którego nie jestem w stanie
zrozumieć. Minister zdrowia Ewa Kopacz, która również brała udział w delegacji
lecącej do Moskwy na identyfikację, także w wielu przypadkach kłamała, mówiąc
chociażby na temat zabezpieczania dowodów i przeprowadzania sekcji. I przecież
ta pani nie poniosła do dziś żadnych konsekwencji swojego postępowania, choć
zmyliła nie tylko rodziny i opinię publiczną, ale także organa państwa polskiego
– w tym prokuraturę, która nie dopilnowała należytego zabezpieczenia materiałów
dowodowych, jak sądzę, ufając w deklarację pani minister. My, rodziny ofiar,
mamy o to bardzo duży żal. I choć ten żal wielokrotnie wypowiadaliśmy, pani
minister w dalszym ciągu miewa się świetnie, nie ponosząc konsekwencji swoich
kłamstw. I niestety, to samo można powiedzieć nie tylko o niej, ale o wielu
jeszcze innych wysokich rangą politykach. I proszę się nie dziwić, że nam,
rodzinom, trudno jest takie sprawy zaakceptować i się z nimi pogodzić.
Ma Pan na myśli premiera?
– Załatwiono to bardzo sprytnie, podkreślając, że raport komisji Millera dotyczy
przebiegu katastrofy i jej przyczyn, a nie mówi już nic o tym, jak prowadzone
były działania po katastrofie. I sądzę, że te dymisje powinny nastąpić nie w
wyniku raportu Millera, tylko w wyniku samokrytyki rządu i oceny przez premiera
działań podległych mu ministrów i służb. To powinno być wykonane dużo, dużo
szybciej.
Podczas wakacji miałem okazję troszeczkę podróżować po Europie i rozmawiać z
różnymi ludźmi. I muszę powiedzieć, że wszyscy moi rozmówcy wyrażali szok i
niedowierzanie nie tylko z powodu tak niebywałej katastrofy, ale przede
wszystkim z powodu postępowania strony polskiej, która – i nikt tego nie określa
inaczej – oddała śledztwo stronie rosyjskiej. Bezwarunkowe oddanie śledztwa jest
niczym innym jak aktem wasalnym, który wzbudził niedowierzanie wśród obywateli
tych państw, z którymi rozmawiałem. Podobna sytuacja jest nie do wyobrażenia,
gdybyśmy wzięli pod uwagę chociażby Francję, Hiszpanię czy jakikolwiek inny kraj
unijny. Żaden inny kraj nie pozwoliłby prowadzić śledztwa w sprawie śmierci
głowy swojego państwa i czołowych osób życia politycznego i wojskowego krajowi,
na którego terenie doszłoby do katastrofy. Dla moich rozmówców było to wprost
niesamowite.
Dziękuję za rozmowę.
