BOR to nie dorożkarze
Z płk. Andrzejem Pawlikowskim, szefem Biura Ochrony Rządu w latach
2006-2007, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
W raporcie Millera nie ma słowa na temat odpowiedzialności BOR za
niezabezpieczenie wizyty prezydenta w Katyniu. Jest Pan zaskoczony?
– Stanowczo nie zgadzam się z przedstawionym 29 lipca br. stanowiskiem pana
Jerzego Millera, ministra spraw wewnętrznych i administracji, a jednocześnie
przewodniczącego komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, zrzucającym
całkowitą odpowiedzialność z Biura Ochrony Rządu za fatalnie przygotowaną pod
kątem bezpieczeństwa – w mojej ocenie – wizytę pana prezydenta Lecha
Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 roku na terenie Federacji Rosyjskiej. Pan minister
Miller, odpowiadając na pytanie jednego z dziennikarzy, stwierdził, że Biuro
Ochrony Rządu nie zawiniło w tej kwestii, i zaznaczył, wymieniając bodajże tylko
trzy podstawowe zadania BOR, że Biuro Ochrony Rządu miało zadanie jedynie
dowieźć pana prezydenta z Pałacu Prezydenckiego na lotnisko, a później odebrać
go z lotniska w Smoleńsku i bezpiecznie dowieźć na miejsce ceremonii w Katyniu.
Proponuję panu ministrowi Millerowi, zanim zabierze głos na temat form i zakresu
działań Biura Ochrony Rządu, aby najpierw dokładnie zapoznał się z ustawą o
Biurze Ochrony Rządu i wszystkimi rozporządzeniami ministra spraw wewnętrznych i
administracji do tej ustawy, a nie sprowadzał w swych opiniach tak poważnej
formacji do poziomu firmy usługowo-transportowej.
Instrukcja HEAD i ustawa o BOR zobowiązują szefa MSWiA do wyznaczenia sił i
środków do bezpośredniej ochrony prezydenta?
– Tak. Więc pan minister Miller mija się tutaj z prawdą. W rozporządzeniach czy
instrukcjach jest wyraźnie napisane, jakie są zadania BOR, a także i w innych
dokumentach, czemu pan minister, wypowiadając się na ten temat, zaprzecza. Dla
mnie dokumenty są bardziej wiarygodne niż słowo pana ministra. Podtrzymuję to,
co już wcześniej powiedziałem, że BOR, a pośrednio także pan Miller jako
nadzorujący i przełożony szefa BOR zgodnie z ustawą o BOR ponoszą – w mojej
ocenie – odpowiedzialność za niedopełnienie obowiązków służbowych w trakcie
przygotowania zabezpieczenia delegacji polskiej w zeszłym roku na terenie
lotniska w Smoleńsku. BOR nie zajmuje się bowiem tylko – tak jak to powiedział
pan Miller – zapewnieniem bezpiecznego przejazdu osób ustawowo ochranianych z
punktu A do punktu B, ale ma w szczególności ustawowy obowiązek właściwie
zaplanować zabezpieczenie osób, obiektów i urządzeń. Następnie Biuro Ochrony
Rządu powinno rozpoznać i przeanalizować potencjalne zagrożenia, zapobiec ich
powstaniu, skoordynować realizację działań ochronnych zarówno w kraju, jak i
poza jego granicami, zabezpieczyć obiekty i urządzenia, mam tu na myśli także
samochody i samoloty. Myślę tu też o koordynacji i nadzorze nad służbami
ratowniczymi, takimi jak straż pożarna czy pogotowie ratunkowe, które powinny
być w pełnej gotowości w celu udzielenia natychmiastowej pomocy w razie wypadku
czy katastrofy. Do obowiązków BOR zarówno przed, jak i 10 kwietnia 2010 roku
należało także m.in. sprawdzenie pirotechniczno-radiologiczne statku
powietrznego Tu-154M z oznaczeniem bocznym 101 w celu wyeliminowania wszelkich
urządzeń lub materiałów mogących stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia osób
ochranianych, a także jego pokładu na obecność jakichś ewentualnych
zainstalowanych urządzeń podsłuchowych. Przecież samolot wrócił z przeglądu w
Samarze. Na to powinny być protokoły sporządzone przez BOR.
Minister tłumaczył, że funkcjonariusze BOR nie odpowiadają za bezpieczeństwo
samolotu w locie. Nie znają się na systemach lotniskowych.
– Biuro Ochrony Rządu zgodnie z ustawą odpowiada za kompleksowe zabezpieczenie
osób ochranianych, więc funkcjonariusze BOR powinni sprawdzać wszystkie
czynniki, które wiążą się z przewozem czy pobytem pana prezydenta. Jeżeli nawet
nie znaliby się na pewnych czynnikach czy działaniach, to po to mają
odpowiednich specjalistów i instytucje, które mają pomagać Biuru Ochrony Rządu,
żeby wszystkie sporne sprawy wyjaśniać i rozwiewać wątpliwości. Także BOR
powinno domagać się dokumentów i pytać o to, czy wszystko jest w porządku, co
powinno mieć swoje potwierdzenie w raportach końcowych. Przedstawiciele
lotnictwa czy wojska powinni te raporty okazać funkcjonariuszom Biura Ochrony
Rządu i przekazać ich egzemplarze czy kopie BOR w celu umieszczenia w teczce
operacyjnej. Do obowiązków BOR należało sprawdzenie lotniska w Smoleńsku oraz
terenu do niego przyległego, aby potwierdzić jego pełną sprawność i gotowość
przyjęcia samolotu o statusie HEAD z panem prezydentem na pokładzie. Mam tu na
myśli przede wszystkim sprawdzenie i potwierdzenie, czy wszystkie urządzenia
działają prawidłowo na tym lotnisku oraz czy nie ma innych przeszkód
technicznych i pogodowych mogących negatywnie wpłynąć na proces lądowania
samolotu z panem prezydentem i delegacją na pokładzie.
Szef MSWiA, mówiąc o zabezpieczeniu lotniska, uznał, że to gestia gospodarza
miejsca.
– Po to są wcześniejsze wyjazdy grup przygotowawczych i wcześniejsze ustalenia,
żeby określić dla poszczególnych grup osób zadania i zakres ich
odpowiedzialności. Oczywiście odpowiedzialność ciąży na kraju przyjmującym osobę
ochranianą, z tym że funkcjonariusze BOR państwa goszczącego muszą te zadania
koordynować. Jeżeli została tam wysłana grupa naszych funkcjonariuszy, a było
ich tam dwóch plus pirotechnik – bo nie mówię tu o kierowcy pana ambasadora – to
powinni być tam nie po to, żeby w połowie wizyty pana prezydenta zaczynać pracę,
lecz aby koordynować wszystkie działania ochronne od momentu przekroczenia
granicy państwa goszczącego. Pirotechnik i jeden funkcjonariusz odpowiedzialny
za wizytę pana prezydenta na terenie Federacji Rosyjskiej powinni znajdować się
na lotnisku w Smoleńsku już od momentu startu pana prezydenta z lotniska w
Warszawie.
Gdyby BOR było świadkiem nieudanego podejścia Iła-76, mogłoby zainicjować
proces przekierowania polskiego samolotu na inne lotnisko, poinformować załogę
czy dowódcę pułku o brakach w infrastrukturze etc.?
– Dokładnie. Powinni procedować informacje, że Ił-76 nie wylądował, że są
kiepskie warunki. Jeszcze raz podkreślę, tam, na miejscu powinien być
pirotechnik. Wielokrotnie w historii działań BOR stwierdzono, że np. na terenie
Polski samolot nie mógł wylądować na jakimś lotnisku, bo były złe warunki
pogodowe, zbyt gęsta mgła, wtedy samolot był kierowany na zapasowe lotnisko.
Były to informacje, które wychodziły od funkcjonariusza BOR odpowiedzialnego za
dane lotnisko z tzw. grupy lotniskowej, oraz pirotechników, ludzi, którzy byli
na miejscu, na lotnisku. Wiem, że dwa takie przypadki były z prezydentem Lechem
Kaczyńskim na pokładzie. Tych zabezpieczeń było multum. Należałoby sprawdzić w
dokumentach znajdujących się w BOR. Co do miejsc, to zdarzyło się to na pewno w
Krakowie i Łodzi, jak pamiętam, a także na mniejszych lotniskach krajowych.
Nawet zdarzało się, że samolot nie wystartował z Warszawy na lotnisko docelowe z
powodu mgły czy trudnych warunków pogodowych. Gdyby pirotechnik był na płycie
lotniska w Smoleńsku, też mógł stwierdzić, że są tam niesprawne urządzenia, źle
porozkładane latarnie, mógłby wtedy naciskać stronę rosyjską, żeby poprawiono
stan tych urządzeń.
Na Siewiernym, jak ustaliła komisja Millera, nie działało 30 proc. systemu
oświetlenia.
– To są sprawy techniczne, którymi powinien zainteresować się m.in. pirotechnik
BOR. Ponadto były kiepskie warunki pogodowe, mgła. Pirotechnik powinien
procedować informacje o złych warunkach pogodowych i niesprawności urządzeń na
Siewiernym poprzez oficera odpowiedzialnego za zabezpieczenie wizyty pana
prezydenta na terenie FR i oficera operacyjnego BOR, żeby ten ostatni powiadomił
o tym dowódcę 36. specpułku i załogę Tu-154M, przekazując im informacje, że BOR
nie wyraża zgody na lądowanie, bo stwarza to niebezpieczeństwo dla zdrowia i
życia pana prezydenta i osób mu towarzyszących. Gdyby tak postąpiło Biuro
Ochrony Rządu, a mimo to piloci zdecydowaliby się na lądowanie, powiedziałbym,
że BOR faktycznie zrobiło wszystko, co mogło, i winę ponosi wojsko. Tu jednak
nie było żadnej interwencji ze strony BOR, piloci wykonywali błędne polecenia z
wieży i w konsekwencji doszło do tragedii.
Po 10 kwietnia powinno być wewnętrzne postępowanie wyjaśniające w BOR?
– Te czynności powinny zostać wdrożone natychmiast z urzędu. Za moich
poprzedników, jak również za mojej bytności w BOR, gdy wydarzył się jakiś
incydent w Biurze lub miał z nim związek, zawsze była wszczynana czynność
wyjaśniająca. Brak takich czynności po katastrofie smoleńskiej świadczy – według
mnie – o braku chęci wyjaśnienia tej sprawy i wykazania błędów w Biurze Ochrony
Rządu, ale o to trzeba byłoby zapytać obecnego szefa BOR, bo to on odpowiada za
tego typu działania. Zastanawiam się tylko, dlaczego z góry przyjęto założenie,
że BOR nie ma sobie nic do zarzucenia. By wykluczyć jego winę, trzeba by było
podeprzeć się konkretnymi dowodami, a w przypadku ich braku wyciągnąć
konsekwencje personalne. Nie rozumiem, dlaczego generał Janicki awansował po
katastrofie smoleńskiej, dlaczego obecny rząd tak zaciekle go chroni.
Dam prosty przykład. To wydarzyło się kilkanaście lat temu, gdy pan prezydent
Kwaśniewski wraz z małżonką przebywali z wizytą w Paryżu. Doszło wtedy do
incydentu, w stronę pary prezydenckiej poleciały jajka. Po tym zdarzeniu na
wniosek ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji został
natychmiast odwołany ze stanowiska ówczesny szef BOR, pan generał Mirosław
Gawor. W tym przypadku ginie prezydent Polski z osobami mu towarzyszącymi, a
obecny minister spraw wewnętrznych i administracji pan Miller z obecnym szefem
BOR panem Janickim śmią twierdzić, że nie mają sobie nic do zarzucenia, tak
jakby nic nadzwyczajnego czy tragicznego się nie wydarzyło. Proszę porównać te
dwa incydenty i wyciągnąć wnioski. Trzeba przedstawić konkretne fakty i dowody,
że BOR nie ma sobie nic do zarzucenia, a nie tylko szermować politycznymi
sloganami.
Zgadza się Pan z tezą, że minister Miller jest sędzią we własnej sprawie?
– Choć jestem zbulwersowany wypowiedziami pana Millera, nie dziwi mnie jego
stanowisko, bo wskazując w raporcie winę BOR, jednocześnie wskazałby siebie jako
osobę współwinną, politycznie odpowiedzialną. Zastanawiam się także, dlaczego
wśród członków komisji nie znaleźli się eksperci od bezpieczeństwa
najważniejszych osób w państwie, eksperci od zwalczania terroryzmu. Odnoszę
wrażenie, że komisja Millera z góry założyła, że takiego wątku nie będzie
badała, a taki wątek – według mnie – powinien być zbadany.
Raport polskiej komisji rozpisał dokładnie wszystkie przyczyny katastrofy na
Siewiernym, pośrednie i bezpośrednie?
– W żadnym wypadku. Ten raport nic nowego nie wniósł, jedynie zrzucił winę na
pilotów samolotu i na złe szkolenie w 36. specpułku. Dużą odpowiedzialność
ponoszą tutaj polityczni przełożeni. Szefowie poszczególnych jednostek, widząc
jakieś problemy w kwestii szkolenia czy logistyki, zawsze zwracają się do swoich
przełożonych, czyli do ministrów, z prośbą o zwiększenie funduszy na dany cel,
tak by mogli zrealizować ustawowe zadania. Niestety, politycy wielokrotnie nie
odpowiadają na te potrzeby. Pokładam jeszcze nadzieję w niezawisłości
prokuratury i polskiego sądownictwa i mam nadzieję, że prokuratura rzetelnie i
uczciwie tę sprawę wyjaśni, przedstawi fakty na podstawie konkretnych dowodów i
dokumentów. Wierzę, iż po jesiennych wyborach nowy rząd zajmie się rzetelnie
wyjaśnieniem tej katastrofy, wykorzystując do tego celu wszelkie dostępne środki
prawne, a osoby odpowiedzialne za doprowadzenie do tej tragedii odpowiedzą przed
polskim wymiarem sprawiedliwości.
Dziękuję za rozmowę.
