Sikorski w kolejce do dymisji
Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem, wykładowcą na
Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz Uniwersytecie w
Bremie, rozmawia Maciej Walaszczyk
Jak przyjął Pan raport komisji Millera? Po miesiącach rządowych kłamstw
usłyszeliśmy m.in., że był to lot wojskowy, nie cywilny, ale nikt nie poczuwa
się do odpowiedzialności choćby za to jedno kłamstwo. Ani premier, ani jego
ministrowie, ani dziennikarze, którzy kłamali.
– Nie myślę, by ktokolwiek z nich chciał się dziś z czegokolwiek tłumaczyć, coś
wyjaśniać. Od chwili, gdy obecnie rządzący dowiedzieli się o tej katastrofie,
zatroszczyli się przede wszystkim o przekaz. O to, jak zapanować nad nastrojami,
wykręcić się od odpowiedzialności i utrzymać się. Wszystkie odtąd podejmowane
działania mieszczą się w tej logice. Nie rozważano przecież, na jakiej podstawie
prawnej będzie się to wszystko dokonywać. Nie konsultowano jej choćby z
ekspertami. To są przecież podstawowe sprawy. A potem przez ponad rok nastąpiła
kampania dezinformacyjna mówiąca o "najbardziej przejrzystym śledztwie",
świetnej współpracy ze stroną rosyjską itd. Trwało to właściwie do tej pory.
Raport spowodował jednak oczekiwaną przez ponad rok dymisję ministra Bogdana
Klicha.
– Raport ma dwa nowe w stosunku do raportu MAK elementy główne. Mówi się w nim o
odpowiedzialności rosyjskiej, choćby o tym, że komendy podawane z wieży były
fałszywe i błędne, a więc wina po stronie rosyjskiej jest ewidentna. Jednak –
jak się okazuje – tego wątku jakoś szczegółowo dalej nie badano. Skoncentrowano
się głównie na badaniu błędów i przyczyn po stronie polskiej. Drugą nowością
jest to, że – jak się okazuje – żadnych nacisków na załogę samolotu nie było i
nie ma na to żadnych dowodów. To uderza zresztą w jedną z głównych tez tej
kampanii dezinformacyjnej oraz wyznających ją najbardziej fanatycznych
zwolenników Platformy, a zarazem przeciwników nieżyjącego prezydenta i PiS. Poza
tym potwierdza się to, o czym mówiono od dawna, że pilot nie lądował, a w
krytycznym momencie próbował odlecieć na drugi krąg. Z drugiej strony raport
zawiera niewiele informacji na temat przygotowań do wizyty prezydenta w Katyniu
10 kwietnia. Tymczasem okazuje się, że to lotnisko nie było przygotowane do
przyjęcia samolotu – nie było choćby służb ratunkowych, które nie przybyły na
czas. O tym wszystkim szczegółowo z raportu się nie dowiemy. Nie mamy
informacji, gdzie dokładnie leżało ciało prezydenta, gdy zostało odnalezione,
gdzie leżały ciała innych członków delegacji. Podobno komisja nie dysponowała
odpowiednimi dokumentami na ten temat.
Dokument komisji Millera odbiera Pan jako fachową analizę ekspercką czy jest
jednak na tym dokumencie odciśnięte polityczne piętno?
– Zapewniano nas, że ten raport będzie zupełnie merytoryczny, a nie polityczny.
Że nikt nie zmieni w nim ani przecinka. Teraz jednak podejrzewam, że miniony
miesiąc mijał na naradach, podczas których zastanawiano się, co należy w
raporcie opublikować i wyeksponować, a czego nie. Wyłączono z niego wątki, które
prowadziłyby do odpowiedzialności politycznej ministrów rządu Donalda Tuska,
która jest ewidentna.
Kogo dokładnie?
– Choćby odpowiedzialności Radosława Sikorskiego, który wraz z ministrem Klichem
i ministrem Arabskim powinni podać się do dymisji już ponad rok temu, zaraz po
katastrofie. Gest ministra obrony to decyzja spóźniona. Zakres odpowiedzialności
ministra spraw zagranicznych jest wiadomy, ustalali go dziennikarze. Znane są
relacje pracowników Kancelarii Prezydenta, którzy byli wtedy w Smoleńsku.
Wówczas Radosław Sikorski całkowicie zdyskwalifikował się jako minister,
lansował fałszywą informację, że "piloci lądowali za wszelką cenę i należy
jedynie ustalić, kto ich do tego przymusił". Przecież jeszcze w tamtym tygodniu
pan minister powtarzał publicznie tezę o winie i odpowiedzialności pilotów, a
więc wersję najbardziej skrajną, lansowaną w stanowisku rosyjskim. Poza tym
raport pomija odpowiedzialność za organizację tej wizyty spoczywającą na Tomaszu
Arabskim, odpowiedzialność BOR i nadzorującego je ministra Millera, a także – co
najważniejsze – pomija zupełnie samego premiera Tuska. W raporcie nie ma również
nic na temat tego, co działo się po katastrofie. A przecież widzieliśmy, że
państwo polskie wówczas zawiodło. Ta bezradność w relacjach z premierem Rosji,
brak przygotowania merytorycznego skutkująca oddaniem śledztwa obcemu państwu.
A dobre strony dokumentu?
– Zaleta tego raportu polega chyba tylko na tym, że wszystkim oszołomom, którzy
wierzyli, że jakiś pijany generał wykrzykiwał na pilotów, a oni jak samobójcy
rzucali się, by lądować we mgle, udowadnia, że tego rodzaju teoria była fałszywa
i została przez rządową komisję obalona.
Raport tropi błędy pilotów, zaniechania, a nawet chaos w pułku. Kwestie winy
strony rosyjskiej – choć podane jasno i otwarcie – mającej kluczowy wpływ na
katastrofę zeszły na margines.
– Kiedy w Niemczech rozmawia się z ludźmi na temat tej katastrofy, to
dostrzegalne jest ugruntowane w nich przekonanie, że po stronie rosyjskiej było
coś nie w porządku. Wielu sądzi, że śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego mogła
nie być przypadkowa. Informacje na temat bałaganu, który panował na rosyjskim
lotnisku, a także na temat tego, co zrobiono z wrakiem już po katastrofie, czy o
zmianie zeznań przez kontrolerów lotu, traktowane są jako potwierdzenie tych
intuicji. W każdym razie w tej sprawie ich obawy są podobne do obaw odczuwanych
przez wszystkich rozsądnych ludzi w Polsce. Ich postawa w tej sprawie jest dość
ciekawa, gdyż w innych sprawach, np. tych dotyczących problemów
polsko-niemieckich, trudno jest znaleźć zrozumienie i czasem trudno wyjaśnić
przyczyny takiego, a nie innego stanowiska. Tej postawie ludzi towarzyszy jednak
niemal całkowite milczenie mediów i polityków. Jeśli jednak chodzi o Smoleńsk,
to media na Zachodzie nie informowały o wielu niewygodnych dla Rosjan wątkach,
które wówczas były ujawniane. Wiąże się to oczywiście z ogólnym interesem
politycznym świata zachodniego, choć podejrzewam, że dla wielu polityków kwestia
rosyjskiej odpowiedzialności jest jasna. Jednak na podnoszeniu tego tematu
nikomu nie zależy, bo najważniejsze jest to, by w Polsce był spokój i tzw.
pojednanie polsko-rosyjskie.
Tylko to jest powodem milczenia w tej kwestii?
– Powodem są pewnie interesy gospodarcze i polityczne. Po pierwsze, jest to
interes w podtrzymaniu słabego i uległego rządu w Polsce, którego trwanie przy
władzy jest bardzo wygodne. Po drugie, to kwestia polityki wschodniej tych
krajów, bo wiemy, że prezydent Lech Kaczyński i jego działalność na tym polu
między innymi była dla nich niewygodna. Chodzi o podtrzymanie tych dobrych
kontaktów z Rosją, która jest dziś bardzo ważnym partnerem dla wielu krajów
unijnych, i nie tylko. Francja sprzedała jej ostatnio nowoczesne okręty wojenne,
Niemcy budują wspólny gazociąg. A w Polsce ma być spokój i dlatego wszystko inne
są gotowi poświęcić. W tym wypadku analogie do sprawy katyńskiej są uderzające.
Wtedy również wszystkim zależało na wschodnim aliancie, a stanowisko polskiego
rządu emigracyjnego generała Sikorskiego, który chciał dotrzeć do prawdy w tej
sprawie, było im nie na rękę. Wspierano w związku z tym wszystkie te siły, które
stawiały na polsko-sowieckie pojednanie. Dziś jest podobnie, choć oczywiście
mamy inne realia: nie ma wojny, wokół mamy właściwie same
liberalno-demokratyczne państwa. Jednak potrzeba utrzymania Donalda Tuska u
władzy jest bardzo silna, jako gwaranta spokoju na linii Rosja – Polska, by nikt
nie podsycał krytycznych nastrojów wobec tego państwa.
Jak odbiera Pan milczenie prezydenta. Bronisław Komorowski już pół roku temu
mówił, że sprawa jest prosta: zawinili piloci i prezydent.
– Znamy wypowiedzi Bronisława Komorowskiego jeszcze z okresu, gdy był
marszałkiem Sejmu, szczególnie w odniesieniu do prezydenta Lecha Kaczyńskiego i
jego stosunek do niego. Wiemy także, że jedną z przyczyn, dla których doszło do
tej katastrofy, była kampania nienawiści, jaką wtedy prowadzono. Pan Komorowski
brał w tym udział. Dzisiaj jako prezydent milczy dlatego, żeby się od tych spraw
zdystansować, a fakt wyjazdu za granicę tylko mu w tym pomaga i jest tego
milczenia pretekstem.
Prawda na temat tej katastrofy i wszystkich okoliczności, w jakich do niej
doszło, również politycznych, dotrze w końcu do opinii publicznej? Czy jednak
będzie przez długie lata rozbrajana niczym tykająca bomba, by nie wybuchła i nie
pociągnęła za sobą skutków politycznych, niewygodnych i dla Rosji, i dla krajów
zachodnich?
– Nie wiem, jak będzie w najbliższej przyszłości, bo to zależy od jakości
polskiego społeczeństwa. Ono w swojej wielkiej masie jest podatne na manipulacje
i pasywne. Właściwa reakcja powinna polegać na wymuszeniu protestami społecznymi
dymisji rządzących w sytuacji, gdy oni sami do dymisji się nie podali. Już nie
mówię o instytucjach i mechanizmach państwa, w których zmiany we władzach
powinny być wymuszone. Chodzi mi po prostu o poczucie godności narodowej,
odpowiedzialności obywatelskiej, poczucie prawa. Niestety, tutaj mamy deficyt
tych wartości. A jeśli chodzi o ocenę historyczną, to jestem zupełnie spokojny.
To, co wydarzyło się zarówno przed katastrofą, jak i po niej, jest tak
niebywałym skandalem, że już dziś stoi w rzędzie najbardziej bulwersujących
wydarzeń w polskiej historii i tak będzie przedstawiane przez historyków. Nie
wiem, kiedy to się stanie, ale w ocenie tego wydarzenia na pewno sprawiedliwość
zostanie przez historyków wymierzona. My jednak nie powinniśmy rezygnować z
walki o nią i doprowadzić do ukarania winnych.
Dziękuję za rozmowę.
