Zbrodnicza ewakuacja więzienia w Berezweczu w czerwcu 1941 r. W 70. rocznicę

Stalinowska Rosja, która we wrześniu 1939 r. wespół z
nazistowską III Rzeszą napadła na Polskę, była nie tylko państwem agresywnym,
ale także policyjnym. Jej aparat bezpieczeństwa – od 1934 r. noszący nazwę
Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych (NKWD ZSRS) – trzymał sowieckie
społeczeństwo w żelaznym uścisku, szerząc terror, którego skala poraża także
dzisiaj, kiedy znamy rozmiary zbrodni popełnionych w latach najstraszliwszej z
wojen w dziejach ludzkości – II wojny światowej (sama "Wielka Czystka"
pochłonęła około 700 tys. ofiar). Nie może więc dziwić, że społeczeństwo polskie
z ogromnymi obawami oczekiwało na to, co przyniosą bolszewickie rządy.
Potwierdziły się one niemal od razu: kiedy przez ziemie Kresów Wschodnich
przetoczył się walec Armii Czerwonej, do akcji przystąpiła sowiecka policja
polityczna, przeprowadzając na masową skalę aresztowania "elementu
antysowieckiego": oficerów Wojska Polskiego, policjantów, urzędników państwa
polskiego, ziemian itd. W przededniu wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej w
więzieniach kresowych przebywało około 40 tys. obywateli polskich. Po agresji
niemieckiej 22 czerwca 1941 r. NKWD dokonało istnej hekatomby więźniów, mordując
ich w więzieniach i w trakcie marszów ewakuacyjnych – według różnych szacunków –
od 10 do 20 tysięcy. Te straszne wydarzenia miały miejsce w wielu znanych
miejscowościach, takich jak Lwów, Łuck czy Stanisławów, ale też w takich, które
dziś są już zapomniane. Jak Berezwecz właśnie. Przypomnijmy je, "by czas nie
zaćmił i niepamięć".

 

* * *

Berezwecz koło Głębokiego w województwie wileńskim był jednym z wielu miasteczek
na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Niczym specjalnym się nie wyróżniał,
poza jednym: mógł się pochwalić wspaniałym, zbudowanym w XVIII wieku kościołem i
klasztorem zakonu Ojców Bazylianów – perłą barokowej architektury.
Położone blisko wschodniej granicy miasteczko zostało zajęte przez Armię
Czerwoną już pierwszego dnia inwazji sowieckiej na Polskę – 17 września 1939
roku. W październiku tegoż roku władze sowieckie zorganizowały w Berezweczu
więzienie, zajmując na ten cel budynki klasztorne.
W strukturach więziennictwa Białoruskiej SRS więzienie otrzymało numer 32 (potem
29); limit miejsc berezweckiej "tiurmy" określono na 530. Naczelnikiem więzienia
został sierżant bezpieczeństwa państwowego Michaił Prijomyszew. Więzienie w
Berezweczu szybko zaczęło zapełniać się ofiarami terroru NKWD. Osadzano w nim
aresztowanych w okolicy "wrogów władzy sowieckiej": oficerów Wojska Polskiego,
policjantów, urzędników państwowych, ziemian, "kułaków", "graniczników",
członków konspiracji antysowieckiej oraz osoby oskarżone o różne "przestępstwa
kontrrewolucyjne". Chociaż wśród uwięzionych byli przedstawiciele różnych
narodowości, dominowali, jak się zdaje, Polacy. Los aresztowanych był straszny.
Przebywali w zatłoczonych do niemożliwości celach, byli licho żywieni, stosowano
wobec nich bestialskie tortury. Epilog prowadzonego w więzieniu śledztwa był
rozmaity. Część osadzonych w Berezweczu – 500-800 osób najpewniej skazanych na
karę śmierci – rozstrzelano i pogrzebano na polanie w pobliskim lasku. Innych
wywieziono do obozów pracy przymusowej w głębi ZSRS. Nie udało się ustalić, ilu
więźniów przeszło przez więzienie w Berezweczu do chwili wybuchu wojny z
Niemcami. Z danych NKWD można wnosić, że średnio przebywało w nim 800-850
więźniów ("limit" miejsc był więc stale przekroczony niemal o połowę).
Chociaż do czerwca 1941 r. w więzieniu w Berezweczu działy się rzeczy
przerażające, najgorsze było jeszcze przed ludźmi, którzy cierpieli tu katusze.
Tym najgorszym okazała się ewakuacja więzienia. Oto bowiem 22 czerwca 1941 r.
niedawny sojusznik, hitlerowska III Rzesza, rozpoczęła wojnę ze Związkiem
Sowieckim. Wojska niemieckie przekroczyły granicę i parły na wschód. W tej
sytuacji w Moskwie przystąpiono do tworzenia planu ewakuacji więzień
białoruskich. Nie zdawano sobie przy tym najwyraźniej sprawy, że niemieckie
natarcie to prawdziwy Blitzkrieg. Według planu, podpisanego przez zastępcę
ludowego komisarza spraw wewnętrznych ZSRS Wasilija Czernyszowa, więźniów
Berezwecza – w liczbie 678 – miano wywieźć do więzień Uzbeckiej SRS dopiero 3
lipca 1941 r., czyli niemal w 2 tygodnie od wybuchu wojny. Plan, nie dość że
nierealistyczny, operował błędną, bo zaniżoną liczbą więźniów. W rzeczywistości
w Berezweczu w dniu inwazji niemieckiej więźniów było więcej, aniżeli podano w
planie ewakuacji. Jeszcze tego samego dnia centralne władze NKWD uświadomiły
sobie nierealność planu wywózki więźniów, wobec czego wieczorem 23 czerwca 1941
r. ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRS Ławrientij Beria polecił ludowemu
komisarzowi spraw wewnętrznych Białorusi Aleksandrowi Matwiejewowi niezwłocznie
przystąpić do ich ewakuacji. Zarządzenie o ewakuacji zostało nocą z 23 na 24
czerwca telefonicznie przekazane do Berezwecza. Z dokumentów NKWD wynika
zresztą, że kierownictwo NKWD BSRS już poprzedniej nocy, nie czekając na rozkaz
z góry, wydało rozkaz ewakuacji więzienia.
24 czerwca do rozkazów dotyczących ewakuacji przybył najważniejszy, jawnie
ludobójczy rozkaz, podpisany przez Berię (obwodowe zarządy NKWD otrzymały go
najprawdopodobniej zaraz po północy). Szef NKWD polecał w nim rozstrzelać
wszystkich więźniów skazanych na karę śmierci, oskarżonych bądź już osądzonych
za "przestępstwa kontrrewolucyjne" zagrożone wysokimi wyrokami, za "dywersję"
oraz "działalność antysowiecką". W świetle rozkazów centrali nakazany tryb
ewakuacji przedstawiał się jasno: należało podjąć ją natychmiast, niektóre
kategorie więźniów rozstrzelać, resztę przetransportować w głąb kraju. Tak
przedstawiała się sytuacja w nocy z 23 na 24 czerwca 1941 roku.
Ilu więźniów było wówczas w Berezweczu? Pierwszą grupę stanowili więźniowie
przebywający w więzieniu od dłuższego czasu. Nie wiadomo dokładnie, ilu ich
było. Drugą grupę tworzyli "kontrrewolucjoniści" aresztowani w nocy z 19 na 20
czerwca 1941 r. w ramach przeprowadzanej właśnie wielkiej akcji deportacyjnej:
"kierownicy i członkowie różnych polskich, białoruskich, ukraińskich i
żydowskich organizacji i formacji kontrrewolucyjnych, urzędnicy byłego państwa
polskiego, białogwardyjscy oficerowie, którzy uciekli ze Związku Sowieckiego i
inny element kontrrewolucyjny". Ludzi tych zabrano wraz z rodzinami z
okolicznych miejscowości (Głębokiego, Brasławia, Dzisny, Hermanowicz, Plissy,
Postaw, Szarkowszczyzny itd.) i załadowano do transportu deportacyjnego
zmierzającego na wschód. Na stacji kolejowej w Głębokiem zostali oni wyładowani
i zabrani do więzienia w Berezweczu (transport natomiast pojechał do Barnaułu w
Kraju Ałtajskim). Nie ma pewności co do liczby aresztowanych. Świadkowie mówią
najczęściej o 500 osobach. Liczba ta wydaje się jednak zbyt wysoka. Z dokumentów
NKWD wiadomo bowiem, że w całym obwodzie wilejskim, na terenie którego leżał
Berezwecz, aresztowano podczas deportacji "jedynie" 420 osób. Z całą pewnością
nie wszystkich umieszczono w Berezweczu – w obwodzie tym były wszak jeszcze 3
inne więzienia, do których kierowano wówczas aresztowanych – w Wilejce,
Oszmianie i Mołodecznie. Aresztowani w czasie deportacji znaleźli się w
berezweckim więzieniu najprawdopodobniej 21 czerwca 1941 roku.
Tak więc krytycznej nocy z 23 na 24 czerwca 1941 r. w więzieniu znajdowały się
dwie grupy więźniów: uwięzieni przed rozpoczęciem akcji deportacyjnej oraz
aresztowani w ramach deportacji. Właśnie wtedy, kierując się otrzymanymi
rozkazami, władze więzienne postanowiły dokonać egzekucji przewidzianych do
rozstrzelania kategorii więźniów. Przebieg zbrodniczej akcji nie jest łatwy do
odtworzenia. Wynika to z faktu, że znana obecnie dokumentacja NKWD pokrywa
wymordowanie więźniów w Berezweczu iście grobowym milczeniem. Dramatyczne
wypadki w więzieniu możemy zatem zrekonstruować niemal wyłącznie na podstawie
wyglądu miejsca egzekucji i pochówku w kilka dni później.
Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa przebieg wypadków wyglądał następująco.
Przed egzekucją NKWD-ziści wykopali w głębi dziedzińca doły przeznaczone do
ukrycia zwłok ofiar zbrodni. Następnie, w celu zagłuszenia odgłosów strzałów,
włączono bardzo głośną muzykę. Po tych wstępnych przygotowaniach funkcjonariusze
NKWD przystąpili do mordowania więźniów. Zbrodni dokonano w "klasyczny" dla
sowieckiej policji politycznej sposób – po skrępowaniu rąk na plecach strzelano
z pistoletu w tył głowy. O takiej technice zabijania świadczyły zarówno ślady po
wlocie kuli widoczne na głowach ofiar, jak i wygląd pomieszczeń piwnicznych, w
których dokonano mordu: grube, zakrzepłe kałuże krwi na podłogach oraz ściany
dosłownie "zryte" kulami. Dość zagadkową okoliczność stanowi fakt, iż ofiary
zbrodni miały zadzierzgnięte na szyjach pętle z grubego sznura lub drutu.
Przypuszcza się, że były one pomocne przy wyciąganiu zwłok z piwnic przez
wąskie, piwniczne okienka. Ślady na zwłokach wskazywały, że przed zamordowaniem
więźniowie byli bici, maltretowani i okaleczani. Część więźniów, o nieustalonej
liczebności, zamurowano żywcem w celach więziennych. Zwłoki pomordowanych
transportowano do dołów i tam układano rzędami twarzą do ziemi. Na koniec
przykryto je warstwą ziemi – pospiesznie i niestarannie. Ofiarami zbrodni byli
wyłącznie lub prawie wyłącznie mężczyźni, mieszkańcy wschodnich powiatów
województwa wileńskiego: m.in. brasławskiego, dziśnieńskiego i postawskiego.
Łączna liczba zamordowanych nie jest dokładnie znana, jako że nigdy nie
przeprowadzono pełnej ekshumacji grobów, poprzestając na ich otwarciu i
stosunkowo płytkich sondażach (po ucieczce władz sowieckich, w lipcu 1941 r.).
Świadkowie, którzy oglądali doły śmierci, skłonni są szacować liczbę ofiar na
360-800.
O drugiej nad ranem NKWD przystąpiło do ewakuacji pozostałych przy życiu
więźniów. Wypędzono ich na podwórzec więzienny, jednak dopiero po 3 godzinach
oczekiwania rozpoczęto formowanie kolumny marszowej. Na przedzie ustawiono
niedawno aresztowanych, za nimi stanęli więźniowie z dłuższym stażem. Kolumna
liczyła, według źródeł NKWD, 830, 855 lub 915 więźniów. Wraz ze skazanymi
ewakuował się cały personel więzienia – z rodzinami i dobytkiem. Więźniowie,
otoczeni przez eskortujących ich strażników więziennych, żołnierzy wojsk NKWD i
milicjantów, ruszyli w kierunku Witebska.
Marsz odbywał się w bardzo ciężkich warunkach, w olbrzymim upale. Udrękę
potęgowali eskortujący, nie dając więźniom nie tylko jeść, ale nawet pić. W tych
warunkach co słabsi zaczęli zwalniać kroku, a nawet upadać. Dla opóźniających
posuwanie się nie było żadnej litości: zabijano ich strzałem, uderzeniem kolby
karabinu, przebijano bagnetem. Drogę, którą posuwała się kolumna, usłały ciała
pomordowanych. Do zbiorowego mordu doszło w miejscowości Sierocino, gdzie w
związku z ucieczką więźnia naczelnik więzienia Prijomyszew oraz 5 innych
konwojentów rozstrzelało 27 (lub 32) więźniów. 28 czerwca 1941 r. nastąpił
ostatni akt tragedii, jaką była ewakuacja więzienia w Berezweczu. Kiedy kolumna
przekroczyła Dźwinę w okolicach kołchozu Taklinowo (niedaleko Ułły; obecnie
znajduje się tu miejscowość Nikołajewo), pojawił się niemiecki samolot i
zbombardował drewniany most, który chwilę wcześniej opuścili więźniowie. Atak z
powietrza wzbudził zrozumiałe przerażenie u ewakuowanych. Kolumna więźniów
rozsypała się: ludzie starali się kryć wzdłuż drogi. Naczelnik więzienia
tłumaczył potem, iż sądził, że więźniowie uciekają, wobec czego wydał
konwojentom rozkaz otwarcia ognia. Od kul z broni maszynowej zginęło, według
źródeł NKWD, 715 więźniów (rannych dobito strzałem z pistoletu lub bagnetem).
Również i tutaj naczelnik więzienia brał udział w zbrodni. W czasie całego
marszu zastrzelił on osobiście z pistoletu 55 osób. Więźniów, którzy ocaleli z
masakry i zostali schwytani przez strażników, skierowano do więzienia w
Witebsku. Ci, którzy przeżyli, a nie zostali dostrzeżeni przez konwój, powrócili
do Berezwecza, gdzie zdali sprawozdanie ze swoich strasznych przeżyć. Godzi się
wspomnieć, że absolutna większość zabitych koło Ułły nie miała nawet wyroków
(500 osób). Byli to więc, nawet z punktu widzenia sowieckiego prawa, niewinni
ludzie.
Z tego, co napisano, wynika, że łączna liczba zamordowanych w czasie ewakuacji
więzienia w Berezweczu z pewnością przekroczyła tysiąc osób. A przecież była to
tylko część obywateli polskich zamordowanych podczas ewakuacji kresowych więzień
przez NKWD latem 1941 roku. Łączna ich liczba przekroczyła 10 tysięcy. O tych
nieco zapomnianych ofiarach sowieckiego barbarzyństwa powinniśmy pamiętać zawsze
– nie tylko przy okazji okrągłych rocznic.

drukuj