Polityczny makijaż Platformy

"Polska i Polacy nie są skazani na fałszywy wybór między cynicznym
konformizmem a cynicznym radykalizmem. Jest wielka przestrzeń, przestrzeń, w
której żyją normalni ludzie. Przestrzeń, w której nie ma i nie powinno być
miejsca na polityczny oportunizm, na cwaniactwo, na gotowość wykorzystania
władzy wyłącznie dla własnych interesów" – powiedział w listopadzie 2007 r.
premier Donald Tusk w najdłuższym po 1989 r. exposé. Jak zatem z perspektywy
ostatnich czterech lat wygląda przestrzeń i rzeczywistość polityczna pod rządami
Platformy Obywatelskiej?

Codziennie spoglądają na nas z telewizyjnych ekranów przypudrowane twarze
polityków. Wielu z nich poświęca dużo czasu na nałożenie politycznego makijażu,
dla wielu jest to podstawa codziennej pracy. Kreują swój pozytywny wizerunek,
flirtując za pośrednictwem mediów ze swoim elektoratem. Politycy chcą uchodzić
przed wyborcami za piękność, dlatego poprzez stosowanie tej politycznej
charakteryzacji maskują autentyczne poglądy niepodzielane na ogół przez
zgromadzoną przed telewizorami publiczność.

PR zamiast rządzenia
Współczesna polityka coraz bardziej przypomina teatr, a nie rzeczywiste
sprawowanie władzy. Coraz mniej polityków powierzoną im władzę traktuje jako
służbę. Wielu z nich – zarówno po prawej, jak i po lewej stronie sceny
politycznej – wie, że zwycięstwa wyborczego czy politycznej popularności nie
zdobywa się włącznie przez charyzmę i skuteczne działanie partii. Do sukcesu w
życiu publicznym potrzebni są tzw. specjaliści od wizerunku politycznego, z
których usług politycy chętnie korzystają, choć przyznają się do tego już mniej
ochoczo. Stosowanie technik PR (z ang. public relations, czyli relacje
publiczne, kontakt z otoczeniem) nie jest, w mojej ocenie, czymś nagannym. W
Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej działa on już od wielu lat. Świat
polityki funkcjonuje za pośrednictwem mediów, dlatego politycy zmuszeni są
właśnie tą drogą kontaktować się ze swoimi wyborcami. Nie wszyscy uczestnicy
życia politycznego wiedzą, jakimi prawami rządzą się media, dlatego zwracają się
o pomoc do specjalistów w tej dziedzinie, czyli do tzw. spin doktorów
(specjalistów od wizerunku).
O ile troska o zachowanie zrozumiałego i jasnego przekazu społecznego jest czymś
pozytywnym, o tyle negatywnym elementem działań speców od wizerunku politycznego
jest reglamentowanie informacji, manipulowanie nimi, co najprościej nazwalibyśmy
uprawianiem propagandy. Narzędziami pracy spin doktorów są tzw. kontrolowane
przecieki do prasy, wypuszczanie plotek, odpowiednia interpretacja faktów, aby
stawiała ona polityka w dobrym świetle oraz mu nie szkodziła. Odwróceniem roli i
znaczenia doradców od wizerunku politycznego jest sytuacja, gdy rządzący
bardziej troszczą się o swój odbiór w społeczeństwie niż o rzeczywiste
sprawowanie władzy. Rządzenie bowiem to nie tylko troska o słupki wyborcze.
Realne sprawowanie władzy wymaga czasem od polityków podejmowania niepopularnych
decyzji, w dłuższej perspektywie korzystnych dla kraju. Z drugiej strony
posiadanie szerokiej władzy nie uprawnia do jej nadużywania.

Media pod kontrolą
O mediach mówiło się do niedawna, że są czwartą władzą zajmującą miejsce tuż za
władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Obserwując ostatnie lata, można
jednak stwierdzić, że media wyprzedziły wymienione w Konstytucji sfery
funkcjonowania państwa i stanęły na najwyższym stopniu podium. Dlatego politycy
zabiegają i będą zabiegać o wpływy w mediach, a ci, którzy sprawują władzę,
próbują podporządkować sobie media. W tym kontekście pojawiła się informacja o
sprzedaży pakietu większościowego udziałów spółki Presspublica. Jest to jeden z
największych wydawców w Polsce, właściciel m.in. pism "Rzeczpospolita" i
"Parkiet" oraz ostatnio świetnie radzącego sobie na rynku medialnym tygodnika
"Uważam Rze". Pojawiły się obawy, czy nowy właściciel pozostawi dawny profil
pism i czy sama transakcja nie ma podłoża politycznego. Istnienie tych dwóch
gazet budziło już od dawna irytację obozu rządowego. Władze być może zdenerwował
również fakt, że młody tygodnik "Uważam Rze" szybko i sprawnie wypełnił lukę po
"Wprost" i wyprzedził w sprzedaży potentatów prasowych wspierających obecny
układ rządowy. Niepokój budzi przede wszystkim to, że operacje z rządem w tle
zmierzają do spacyfikowania tytułów prasowych nawet ostrożnie krytycznych wobec
obecnej władzy.

Polityczny oportunizm
W 2007 r. ekipa Donalda Tuska przejmowała władzę, obiecując odejście od poetyki
konfliktu, poszukiwania wrogów i prowadzenia wojen. Hasła przez nią głoszone
spotkały się z poparciem społeczeństwa. Tymczasem praktyka rządu Tuska nie
wygląda najlepiej, gdyż na dłuższą metę nie da się rządzić bezkonfliktowo i
permanentnie unikać rozwiązywania i eliminowania problemów. Tusk nie dość, że
nie potrafi ich rozwiązywać, to pozwala sobie na partyjny nepotyzm. Docenia i
stosuje zabiegi politycznego marketingu, rezygnuje z własnych poglądów, byle
przypodobać się swoim wyborcom. Przekonanie, że premier niewiele robi, dociera
już do znacznej liczby osób, zauważają to nawet publicyści "Polityki" i "Gazety
Wyborczej". W tym momencie pojawia się duża szansa dla polityków Prawa i
Sprawiedliwości, którzy mają okazję, aby stworzyć nową jakość w życiu
politycznym. PiS jednak nie wypełnia właściwie funkcji partii opozycyjnej i
można odnieść wrażenie, że nie chce wygrać najbliższych wyborów.

Niebezpieczna bezideowość
Marketingowcy Platformy Obywatelskiej uważają, że idee szkodzą polityce. Dlatego
w PO możemy spotkać zarówno ludzi związanych z antykomunistyczną
"Solidarnością", jak Antoni Mężydło, jak i polityków z PZPR-owską przeszłością –
Dariusza Rosatiego, Danutę Hźbner oraz wabionego przez PO Włodzimierza
Cimoszewicza. Miejsce tam znajdowali liberalni katolicy, jak Jarosław Gowin,
oraz antykościelny i opowiadający się za swobodą obyczajową Janusz Palikot.
Platforma puszcza teraz oko do wyborcy lewicowego, pragnie umocnić swój
elektorat tymi, którzy głosowali na SLD. Świadczy o tym transfer polityczny
Bartosza Arłukowicza, który dla wielu stał się dobrym przykładem bezideowości.
Liczna grupa młodych polityków nie chce ponosić kosztów trwania przy ideach, nie
chce czekać na swoją szansę. Szybkie robienie kariery i chęć bycia "na topie"
wygrywają z ideami.
Jak pokazały ostatnie miesiące, transfery polityczne do PO nie zawsze dobrze się
kończyły dla samych przechodzących. Przykładem jest wymieniany już poseł
Mężydło, którego rola w PO jest niewielka, ponieważ partia wypycha ze swoich
list polityków konserwatywnych. Głos lewicy w PO staje się więc ważniejszy niż
głos środowiska prawicowego.

Pytanie o kondycję demokracji
Jedną z podstawowych zasad demokracji jest swoboda wypowiedzi i możliwość
wyrażania własnych opinii. Należy jednak pamiętać, że nie jest ona bezwarunkowa.
Jej granicą jest dobre imię i godność drugiego człowieka. Politycy są
szczególnie narażeni na krytykę, jest to uzasadnione prawo ich wyborców i
przeciwników politycznych. Tymczasem w ostatnich miesiącach obserwujemy, że
krytyka władzy kończy się dla wielu konsekwencjami sądowymi czy utratą pracy.
Przykładami tego są przejęcie kontroli nad "Rzeczpospolitą", rozwiązywanie umów
o pracę i zwalnianie dziennikarzy z telewizji publicznej, a także spektakularne
zatrzymanie przez ABW studenta, który prowadził krytyczną stronę internetową o
prezydencie. O debatę w sprawie stanu polskiej demokracji oraz wolności słowa
zaapelowali europosłowie PiS: Zbigniew Ziobro, Jacek Kurski, Mirosław
Piotrowski, Janusz Wojciechowski i Tadeusz Cymański. Wysłali w tej kwestii dwa
listy – do Guya Verhofstadta, szefa Grupy Porozumienia Liberałów i Demokratów na
rzecz Europy, oraz Martina Schulza, przewodniczącego Grupy Postępowego Sojuszu
Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim. Apelują w nich o to, by
"masowe zwalnianie z pracy dziennikarzy z powodu ich poglądów" stało się tematem
dyskusji na forum Parlamentu Europejskiego. Europosłowie napisali, że "w Polsce
w ciągu ostatnich miesięcy doszło do wydarzeń godzących w niezależność
środowiska dziennikarskiego, prawo do wyrażania opinii i wolność słowa,
niemających precedensu w krajach Unii Europejskiej. Dochodzi do usuwania z
oferty mediów publicznych wszystkich programów i autorów reprezentujących punkt
widzenia odmienny od rządzącej obecnie koalicji. W ten sposób opinie około 30
proc. aktywnych politycznie obywateli naszego kraju zostały wyeliminowane z
debaty publicznej w mediach w ramach programów informacyjnych i
publicystycznych. Ubolewamy, że do tej pory żadna z instytucji europejskich nie
pochyliła się nad tym problemem, mimo że na Węgrzech, w przeciwieństwie do
Polski, dziennikarze nie byli masowo usuwani z pracy z powodu poglądów".

Falstart nowicjuszki
Premier Donald Tusk 6 lipca br. w tradycyjnym wystąpieniu w Parlamencie
Europejskim zarysował wizję polskiej prezydencji oraz przypomniał o podstawowych
celach, które Polska stawia sobie na kolejne sześć miesięcy. Po wystąpieniu
Tuska rozpoczęła się debata, podczas której głos zabrali politycy Prawa i
Sprawiedliwości. Zaapelowali do premiera o ochronę w Polsce europejskich
wartości, takich jak wolność słowa i swoboda działania mediów. Spokojny i
rzeczowy apel PiS ostro skrytykowali przedstawiciele PO. Przebieg spotkania
skomentowała dla "Gazety Wyborczej" w Lublinie (wydanie internetowe z 6 lipca
2011 r.) europosłanka PO z tego regionu Lena Kolarska-Bobińska, która
stwierdziła, że "PiS pokazało obraz kłótliwych, swarliwych Polaków". Tymczasem,
według relacji innych europosłów, posłanka Kolarska w ogóle w spotkaniu nie
uczestniczyła. Czy nie była zainteresowana wystąpieniem polskiego premiera i
lidera swojego ugrupowania? Czy było ono dla niej tak mało ważne, że wybrała
inne zajęcia?
Należy nadmienić, że debaty w związku z rozpoczęciem prezydencji to w
Parlamencie Europejskim normalna sprawa. Odbywały się one nie tylko sześć
miesięcy temu, gdy przewodnictwo w Radzie UE przejmowali Węgrzy, a premier
Viktor Orbán był krytykowany przez swoich rodaków za wprowadzenie ustawy
medialnej. W 2010 r. z krytyczną reakcją spotkali się przejmujący przewodnictwo
w Radzie UE Belgowie. Ujemnych ocen nie uniknęli też Anglicy, gdy w 2005 r.
rozpoczynali prezydencję. Występujący wtedy w PE Tony Blair został skrytykowany
przez swoich rodaków z brytyjskiej Partii Niepodległości (UKIP) oraz z Partii
Konserwatywnej. W porównaniu z krytyką, której doświadczył Blair, opinie posłów
PiS były "lajtowe", ale pani Lena Kolarska-Bobińska, jako debiutantka, nie
musiała przecież o tym wiedzieć.
Pieczołowicie nakładany polityczny makijaż, choć częściowo przykrywa szpetną
twarz Platformy, to nałożony w zbyt dużej ilości odpada jak tynk z
nieremontowanej kamienicy. Pozostaje mieć nadzieję i zachować niepoprawny
optymizm, że Polacy będą potrafili dostrzec prawdziwe oblicze Platformy i w
jesiennych wyborach zdecydują o zmianie aktorów na polskiej scenie politycznej.

 

Dr Ewa Rzeczkowska
 

drukuj