Lipcowe ludobójstwo
11 lipca 1943 r. OUN-UPA przystąpiła do likwidacji Polaków na ogromnym
obszarze wchodzącym w skład powiatów horochowskiego i włodzimierskiego oraz na
skrawku powiatu kowelskiego. Była to największa akcja ludobójcza przeprowadzona
na Wołyniu w 1943 roku. Masowe mordy trwały w tym rejonie do 18 lipca. Niestety,
ofiary zbrodni OUN-UPA są dla niepodległego państwa polskiego nieistotne.
Zgłoszony przez PSL projekt Uchwały o ustanowieniu 11 lipca Dniem Pamięci
Męczeństwa Kresowian spadł z porządku obrad Sejmu.
Do zbiorowych mordów ludności polskiej Organizacja Nacjonalistów Ukraińskich (OUN)
Stepana Bandery przystąpiła w lutym 1943 r., chociaż pojedyncze osoby, małe
grupki (rodziny) były mordowane już w 1942 r. i w styczniu 1943 roku. Do
depolonizacji Wołynia, a później także pozostałych terenów wspólnie
zamieszkanych przez Polaków i Ukraińców, OUN przygotowywała się bardzo długo.
Koncepcję państwa ukraińskiego, w którym nie ma miejsca dla nie-Ukraińców, a
przede wszystkim dla Polaków jako narodu, który u końca I wojny światowej
wskrzesił państwowość polską, również na części przedrozbiorowego terytorium,
gdzie żyli Ukraińcy, OUN sformułowała już na założycielskim kongresie w 1929
roku. Późniejsze programowo-organizacyjne zjazdy OUN i powstające w ich
rezultacie postanowienia potwierdzały tę koncepcję i wytyczały sposób
realizacji, tj. w odpowiednim momencie bezwzględne, bezlitosne wyniszczenie
żywiołu polskiego i innych tzw. zajmańców ukraińskiej ziemi, do której prawo
mieli mieć wyłącznie Ukraińcy. W tym celu od początku istnienia OUN prowadziła
rozbudowę organizacji, szowinistyczne kształtowanie członków i indoktrynację
społeczeństwa ukraińskiego powodującą stopniowe rozszerzanie się wrogich
antypolskich nastrojów. II wojna światowa jawiła się nacjonalistycznym
przywódcom jako okazja pozbycia się Polaków i utworzenia niepodległego państwa
ukraińskiego. W 1942 r. na Wołyniu rozpoczęto tworzenie zbrojnych oddziałów
ukraińskich, zasilonych w marcu 1943 r. przez kilka tysięcy ukraińskich
policjantów zbiegłych na polecenie OUN ze służby u Niemców, z bronią i amunicją,
już wcześniej prześladujących ludność polską. Zostały one nazwane Ukraińską
Armią Powstańczą (UPA).
Lacham smert´
Złowróżbne zachowania ukraińskie zdarzały się od początku wojny. Polacy długo
traktowali je jako pojedyncze incydenty niemające istotniejszego znaczenia.
Latem 1942 r., tuż przed żniwami, w rozmowie dwu Ukraińców z Rudni w gm. Stydyń
w pow. kostopolskim jeden z nich zapowiadał, że najpierw będą żniwa "na żyto", a
później "na pszenicę". Po okazanym niezrozumieniu ze strony rozmówcy
wytłumaczył, że najpierw będzie "likwidacja" Żydów, a później Polaków. I właśnie
w powiecie kostopolskim w sierpniu 1942 r. Niemcy z udziałem policji ukraińskiej
wymordowali Żydów z gett. Potem słyszało się, jak policjanci zapowiadali:
"skończyliśmy z Żydami, skończymy z Polakami", i coraz częściej tu i tam
wymykały się ukraińskiemu sąsiadowi zapowiedzi "budemo lachiw rizaty".
Upowszechniła się, weszła do żelaznego repertuaru UPA wcześniej śpiewana przez
policjantów ukraińskich piosenka ze znamiennym refrenem "Smert´, smert´, lacham
smert´, smert´ moskowśko-żydiwśkij komuni".
Od lutego 1943 r. następowała eskalacja masowych mordów, które trwały przez 1943
r. na całym Wołyniu, z różnym natężeniem w poszczególnych powiatach i w
poszczególnych miesiącach. UPA i bojówki OUN, a także wciągnięte przez nie
rzesze ukraińskich chłopów, rozpętały piekło na wołyńskiej wsi. Bestialskie
traktowanie ofiar bez względu na wiek i płeć, pożoga, grabież, niszczenie
mienia, obławy na niedobitki, polowania na uciekających do miast, pracujących w
polu, ukrywających się, uniemożliwianie pochówków. Równolegle zbrodniczy terror
w stosunku do tych Ukraińców, którzy nie zatracili człowieczeństwa i nie chcieli
być uczestnikami zbrodni. Rejon po rejonie nacjonaliści ukraińscy usiłowali
unicestwić wszystkich Polaków, których udało się dosięgnąć, zniszczyć ich tylko
dlatego, że byli Polakami.
W marcu największe nasilenie napadów objęło powiaty kostopolski i sarneński oraz
część powiatu łuckiego. W kwietniu 1943 r. nastąpił znaczący wzrost napadów na
Polaków w powiecie krzemienieckim. W maju 1943 r. większa fala mordów przeszła
przez powiaty: sarneński, dubieński i zdołbunowski. W czerwcu 1943 r. najwięcej
ofiar było w powiecie łuckim w trzech sąsiadujących ze sobą gminach oraz w
powiecie zdołbunowskim.
Wołyńska rzeź
Przerażające wieści i mordy w bezpośrednim otoczeniu mobilizowały do działań
ochronnych. Większość Polaków spodziewających się napadu nocą i liczących na
tzw. uspokojenie sytuacji niezależnie od pogody noce spędzało w prowizorycznych
kryjówkach poza domem – w lesie, w zagłębieniach terenu, krzakach, na polu itp.
Niektóre rodziny, i to z małymi dziećmi, miesiącami w ten sposób lawirowały
między życiem a śmiercią. Uciekano też w miejsca uznane za bezpieczniejsze – do
miast i miasteczek, gdzie obecność niemieckich załóg w pewnym stopniu hamowała
zbrodnicze najazdy UPA, do majątków pod zarządem niemieckim, bo tam była
zorganizowana zbrojna ochrona, nieraz spośród polskich uciekinierów, a także do
nielicznych polskich ośrodków samoobrony.
Mimo solidarności Polaków, którzy jeszcze sami nie stali się ofiarami, wszędzie
brakowało dachu nad głową i panował głód. W najgorszej sytuacji byli ci, którzy
ocaleli z napadu, utracili bliskich i docierali do miasta tak, jak stali, w
bieliźnie, częściowo ubrani lub w poszarpanych łachach. Niemcy wykorzystywali tę
sytuację, zgarniając ich do tzw. obozów przejściowych, z których wywozili
uchodźców na roboty do Rzeszy. Ci, którzy nie chcieli wpaść w ręce niemieckie,
decydowali się na samodzielne przedzieranie się do Generalnego Gubernatorstwa
(województwa: tarnopolskie, lwowskie i lubelskie), oddzielonego od Wołynia
granicą, gdyż uważali, że nie ma tam banderowskiego zagrożenia. Gdy i tam
zaczęły się mordercze napady na Polaków, wędrowano dalej na zachód.
Z kolei w północnej części Wołynia, w powiatach sarneńskim i kowelskim, ratunku
szukano, uchodząc na północ, na bagnisto-lesiste Polesie, teren w mniejszym
stopniu zagrożony przez banderowskie bojówki. Polacy miesiącami wędrowali tam
dużymi grupami z dobytkiem na wozach po lasach, pustkowiach, zatrzymując się na
krótko w miejscowościach nieopanowanych przez UPA, zakładali obozy na terenach
śródbagiennych, które przenoszono z miejsca na miejsce.
Przed rodzinami, które mimo trudnych warunków zatrzymały się w jakimś
bezpieczniejszym miejscu, które zabrały ze sobą żywność, po pewnym czasie i tak
stawało widmo głodu. Zmuszało to do powrotu kogoś z rodziny na własne
gospodarstwo, by zaopatrzyć się w prowiant. Wracano też, by przeprowadzić prace
polowe i później móc zebrać jakiekolwiek plony na przeżycie. Często przypłacano
to życiem, a rodzina nawet nie znała szczegółów zabójstw.
Spontanicznie powstające placówki samoobrony, a więc takie miejscowości, w
których zorganizowano warty, patrole i gdzie była jakaś broń, w większości
stanowiły czasową ostoję Polaków. Tylko kilkanaście większych placówek
samoobrony na Wołyniu, które nazywano bazami samoobrony, utrzymało się,
staczając kilkakrotnie boje z UPA, do wkroczenia w 1944 roku Armii Czerwonej i
częściowego uspokojenia sytuacji na tym terenie. Pozostałe ulegały znajdującym
się w znacznej przewadze nacjonalistom ukraińskim: albo następował pogrom, w
którym ginęli ludzie, albo wyprzedzająca napad ewakuacja ludności z obrońcami do
miasta, gdy nie widziano szans na skuteczne przeciwstawienie się napastnikom.
Jednakże nie tylko udręczenie fizyczne nękało wołyńskich Polaków. Była to także
rozpacz po stracie najbliższych i lęk, nieopuszczający strach przed dostaniem
się w ręce upowca czy ukraińskiego chłopa z siekierą, toporem, widłami, nożami i
podobnymi gospodarskimi narzędziami, przed okrucieństwem wobec i dorosłych, i
dzieci, często tak barbarzyńskim, zwyrodniałym, że modlono się o śmierć od kuli
i błagano morderców o zastrzelenie. Makabryczne obrazy mordowania rodziny, od
których nie udawało się uwolnić wyobraźni – odbierały równowagę psychiczną.
Zboża takie wysokie…
Nieustanne śmiertelne niebezpieczeństwo, mordy i pożoga poderwały całkowicie byt
wołyńskich Polaków. Niemożliwe stało się wykonywanie prac gospodarskich w
normalnym trybie nawet w pobliżu miasta czy silnego ośrodka samoobrony. W
północno-wschodnich rejonach Wołynia już wiosną trudno było obrobić pola. Mimo
wszystko, i jak długo się dało, polscy chłopi starali się albo indywidualnie,
albo grupowo, czy też z obstawą grupy samoobrony choć częściowo uprawiać ziemię.
Z potrzeby życiowej, potrzeby serca i chłopskiego obowiązku.
Kilkanaście tysięcy, szacując skromnie, zamordowanych bezbronnych wołyńskich
Polaków, kilka dziesiątków tysięcy rozproszonych w wyniszczającej tułaczce,
tysiące spalonych i obrabowanych gospodarstw – to bilans nienawiści i zbrodni
OUN-UPA pierwszego półrocza 1943 r., nazywanej walką o niepodległą Ukrainę,
jeszcze nieskończoną, bo przecież pozostały spore połacie Wołynia, gdzie Polacy
wbrew złowieszczym okolicznościom uparcie tkwili "na swoim". Liczyli na
opamiętanie ukraińskich sąsiadów, że może ich okolica zostanie oszczędzona. Nie
rozumieli, dlaczego ich sąsiedzi, z którymi się nie wadzili, mogliby ich
mordować. Mieli nadzieję, że skończy się na pogróżkach, a ucieczka gdzieś w
nieznane, gdzie nie wiadomo, z czego żyć i jak utrzymać rodzinę – przerażała. I
żal porzucić gospodarstwa, gdy tak dobrze zapowiadają się zbiory, bo mimo
ludzkich dramatów, to, co posadzono i posiano, rosło wspaniale. Urodzaj był
wyjątkowy, jakby przyroda chciała wynagrodzić wszystkie krzywdy wojny i wesprzeć
niedożywioną ludność, ograbianą przez niemieckiego okupanta i "bojowników" o
niepodległą Ukrainę. Zboża tak wysokie, że nawet dorosłego człowieka zasłaniały
przed niepożądanym wzrokiem, ratując wielu od siekier i noży.
Zbrodnicze żniwa
Nastał lipiec 1943 r., w którym OUN-UPA przystąpiła do zmasowanego uderzenia na
Polaków w rejonach, w których się skupili, by przetrwać, wspólnie czuwając i
broniąc się, oraz w powiatach zachodnich, gdzie wcześniej napadano sporadycznie.
W nocy z 4 na 5 lipca 1943 r. OUN-UPA zaatakowała szeroko zakrojonym
pierścieniem Polaków żyjących we wsiach wokół ośrodka samoobrony Przebraże w
powiecie łuckim. Od wiosny 1943 r. w tej kolonii chronili się Polacy z okolicy w
obawie przed napadami ukraińskimi, jednakże nie wszyscy się tam przenieśli.
Celem akcji było "oczyszczenie" dużego obszaru z Polaków i zlikwidowanie silnego
ośrodka samoobrony. UPA nie zdobyła Przebraża, ale zginęło kilkaset osób w
dwudziestu kilku spalonych koloniach. 8 lipca 1943 r. w okolicach Kustycz (gm.
Turzysk, pow. Kowel) okrutnie została zamordowana przez UPA delegacja Okręgowej
Delegatury Rządu na Wołyniu na czele z Zygmuntem Rumlem "Krzysztofem Porębą",
podążająca na przygotowane wcześniej pojednawcze rozmowy. Trzy dni później, tj.
11 lipca 1943 r. (niedziela), OUN-UPA przystąpiła do likwidacji Polaków na
ogromnym obszarze wchodzącym w skład powiatów horochowskiego i włodzimierskiego
i na skrawku powiatu kowelskiego. Była to największa akcja ludobójcza
przeprowadzona na Wołyniu w 1943 r., której przebieg doskonale oddaje akowski
raport Jana Cichockiego "Wołyniaka", nauczyciela z powiatu włodzimierskiego:
"O godz. 2 min. 30 po północy w dniu 11 lipca 1943 r. rozpoczęła się rzeź. Każdy
dom polski okrążało nie mniej jak 30-50 chłopów z tępym narzędziem i dwóch z
bronią palną. Kazali otworzyć drzwi albo w razie odmowy rąbali drzwi. Rzucali do
wnętrza domów ręczne granaty, rąbali ludność siekierami, kłuli widłami, a kto
uciekał, strzelali doń z karabinów maszynowych. Niektórzy ranni męczyli się po 2
lub 3 dni, zanim skonali, inni ranni zdołali resztkami sił dotrzeć do granicy
powiatu sokalskiego (…). Po morderstwie, zaraz po południu tegoż dnia,
nastąpił rabunek. Chłopi z sąsiednich wsi przychodzili i zabierali: konie, wozy,
ubrania, pościel, krowy, świnie, kury – inwentarz żywy i martwy".
Masowe mordy trwały w tym rejonie do 18 lipca. Szczególna uwaga należy się
napadom na kościoły i kaplice, w których byli zgromadzeni na Mszach św. Polacy.
11 lipca 1943 r. w czterech kościołach (Kisielin, Chrynów, Poryck, Zabłoćce) i
jednej kaplicy (Krymno) Ukraińcy wymordowali około 540 osób, w tym trzech
księży.
W dniach 16-18 lipca całkowitą klęskę poniósł duży ośrodek samoobrony w powiecie
kostopolskim, ochraniający skupisko polskich osiedli w gm. Stepań i Stydyń wokół
dwóch wsi Huta Stepańska i Wyrka oraz kilka kolonii w sąsiedniej gminie
Antonówka w powiecie sarneńskim. Po dwóch dniach dramatycznej walki z
przeważającymi siłami UPA zgromadzona w Hucie Stepańskiej ludność polska wraz z
samoobroną ewakuowała się do gmin Antonówka i Rafałówka w powiecie Sarny,
poniósłszy wcześniej i w drodze ogromne straty. 30 lipca 1943 r. nastąpiło
kolejne zmasowane uderzenie UPA na skupisko osiedli polskich w gminie Antonówka
i Włodzimierzec powiatu sarneńskiego, w wyniku którego zostało ono zlikwidowane
-wszystkie polskie osiedla spalono, polska ludność uciekła do stacji kolejowych
na linii Kowel – Sarny. 31 lipca OUN-UPA podjęła drugą, również nieudaną próbę
unicestwienia Polaków w Przebrażu. Ośrodek samoobrony stoczył wówczas ciężką
walkę z przeważającymi siłami UPA, dzięki czemu kilka tysięcy koczujących w
obozie przebrazkim Polaków ocalało.
Lipcowe ludobójstwo nie ograniczało się do opisanych wyżej wielkich akcji –
Polacy byli mordowani we wszystkich powiatach, oprócz lubomelskiego, w
mniejszych napadach. W tym jednym miesiącu zginęło kilkanaście tysięcy Polaków,
kilkadziesiąt opuściło Wołyń, a wciąż jeszcze nie udało się "oczyścić Ukrainy z
Lachów", którzy nie mieli gdzie uciekać i bardziej niż o śmierci, myśleli o
żniwach. Toteż sierpień stał się kolejnym miesiącem wołyńskich rzezi.
Masowymi ludobójczymi akcjami w dniach 29-31 sierpnia, podobnymi do akcji z 11
lipca, dotknięte zostały tereny północnej części powiatu włodzimierskiego i
powiat lubomelski. Zaatakowano też Polaków w innych powiatach i w innych dniach
sierpniowych – w nielicznych już polskich osiedlach i w miejscowościach
mieszanych narodowościowo, gdzie pokładano nadzieję w dobrosąsiedzkich
kontaktach z miejscowymi Ukraińcami – kowelskim, horochowskim, łuckim,
rówieńskim, dubieńskim i wszędzie tam, gdzie Polacy przybywali na żniwa. Żniwa
te były szczególne – opóźnione, niedokończone i nawet niezaczęte przez ich
prawowitych polskich gospodarzy. "Udane" było za to żniwo śmierci: w kolejnym
miesiącu, w sierpniu, zamordowano kilkanaście tysięcy Polaków, zaś przez cały
okres ludobójczych działań OUN-UPA – 60 tysięcy.
Ofiary lepsze i gorsze
Gehenna kresowych Polaków, ofiar zbrodni wołyńsko-małopolskiej, w której
ludobójcze akcje pochłonęły na całym obszarze ich dokonywania przez OUN-UPA, nie
tylko na Wołyniu, 130 tys. śmiertelnych ofiar, tysiące sierot, ludzi
okaleczonych fizycznie i psychicznie, zmarłych z ran i w wyniku nieludzkich
warunków spowodowanych przez nacjonalistów ukraińskich – nadal nie jest
odpowiednio traktowana przez państwo polskie. Wciąż mamy "gorsze" i "lepsze"
ofiary zbrodniczych ideologii. Po kilkudziesięciu latach należytego miejsca w
narodowej pamięci słusznie doczekały się ofiary katyńskie. Niestety, ofiary
zbrodni OUN-UPA są dla niepodległego państwa polskiego nieistotne. Zgłoszony
przez PSL projekt Uchwały o ustanowieniu 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa
Kresowian spadł z porządku obrad Sejmu. Nasuwają się pytania: z kim solidaryzuje
się polski Sejm – z ofiarami czy z katami i ich ideowymi spadkobiercami, co z
sumieniami przedstawicieli polskiego Narodu i gdzie się podziała zwykła ludzka
przyzwoitość?
Ewa Siemaszko
Autorka jest badaczką zbrodni nacjonalistów ukraińskich dokonanych na
ludności polskiej Wołynia w czasie II wojny światowej, twórcą książek i wystaw
poświęconych tej problematyce.
