Wielki odwrót
Wykorzystując amerykańską prośbę o umożliwienie transportu zaopatrzenia
dla wojsk NATO przez rosyjskie terytorium, Moskwa dołączyła ten postulat do
pakietowych negocjacji w sprawie porozumienia rozbrojeniowego START oraz
dyskusji na temat tarczy antyrakietowej. Zezwolenie na amerykańskie transporty
zaopatrzeniowe dla wojsk w Afganistanie stało się jednym z elementów gry z USA o
ponowne uznanie mocarstwowej roli Moskwy. USA i NATO zapewne będą konsultować
się z Rosją co do przyszłości Afganistanu. Można być pewnym, że Moskwa
wykorzysta to nie tylko do poszukiwania sposobów stabilizacji Afganistanu, lecz
także do wzmacniania swoich interesów w regionie oraz pozycji vis-á-vis USA i
NATO.
Kilka dni temu amerykański prezydent obwieścił, że Stany Zjednoczone rozpoczną
wycofywanie wojsk z Afganistanu. Jeszcze w tym roku do domu miałoby powrócić
blisko 10 tysięcy żołnierzy. Dalsze 23 tysiące zostanie wycofane w roku
następnym. Pozostali z 97-tysięcznego kontyngentu amerykańskiego będą wycofywani
stopniowo do 2014 roku. W czasie tego odwrotu odpowiedzialność za bezpieczeństwo
poszczególnych prowincji będzie przekazywana władzom afgańskim.
Tło decyzji
W kampanii wyborczej w 2008 roku Barack Obama prezentował pogląd, iż – w
przeciwieństwie do Iraku – to operacja w Afganistanie jest właściwą wojną z
terrorystami, którzy zaatakowali Stany Zjednoczone. Mimo generalnie antywojennej
postawy dał się przekonać generałom do szybkiego zwiększenia amerykańskiej
obecności wojskowej i podjęcia radykalnych działań zbrojnych. Polityka ta nie
przyniosła jeszcze pożądanych skutków, zdaniem amerykańskich ekspertów
wojskowych i generałów. Według prezydenta Obamy, należało jednak zmienić
charakter amerykańskiego zaangażowania i przesunąć ciężar z działań wojskowych
na polityczne.
Zatem decyzja głowy amerykańskiego państwa o wygaszaniu zaangażowania w
Afganistanie była w zasadzie spodziewana, a w Europie nawet oczekiwana.
Spodziewana, ponieważ już na szczycie NATO w Lizbonie w listopadzie ubiegłego
roku Sojusz przyjął strategię przechodzenia od operacji bojowych do zadań
szkoleniowych. Spodziewano się również, że w roku rozpoczęcia kolejnej kampanii
prezydenckiej Obama będzie musiał zapowiedzieć pozytywną zmianę strategii dla
wewnątrzamerykańskiej sceny politycznej. Taki krok był oczekiwany po tym, gdy
doszło do roszad na szczytach amerykańskich instytucji odpowiedzialnych za wojnę
w Afganistanie. Właśnie następują zmiany na stanowiskach sekretarza obrony,
dyrektora CIA i w samym dowództwie w Afganistanie. Najistotniejszą zmianą jest
nominacja gen. Davida Petraeusa na dyrektora CIA, a zatem odsunięcie go od
dowodzenia operacją w Afganistanie i – jak się zdaje – odsunięcie go od
możliwości rywalizowania z Obamą o fotel prezydencki. Spodziewano się wreszcie
zmiany strategii, kiedy Amerykanom udało się odnaleźć i zabić Osamę bin Ladena.
Barack Obama mógł odtąd ogłosić, że cele operacji afgańskiej zostały
zrealizowane. Rządy talibów obalone, przyjazne władze trwale zainstalowane,
Al-Kaida rozbita i przegnana do innych krajów, a jej przywódca zlikwidowany,
atak podobny do tego z 11 września 2001 roku się nie powtórzył.
Polskie rozterki
Już w ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej kandydat obozu rządzącego zapowiadał
prawie natychmiastowe wycofanie się z Afganistanu w przypadku zwycięstwa
wyborczego. Jednym z powodów były rosnące koszty obsługi tej operacji w
kontekście kryzysu gospodarczego. Odmiennie niż w operacjach ONZ, gdzie była
prawie pełna refundacja naszego udziału, odmiennie niż w operacji irackiej,
gdzie Amerykanie pokrywali 60 proc. naszych kosztów, w przypadku Afganistanu,
uczestnicząc w operacji NATO, musimy ją prawie w całości finansować
samodzielnie.
Istotniejszym jednak powodem naszego wycofania się były zawiedzione nadzieje
polityczne. Strona polska zakładała, że poprzez zwiększenie zaangażowania
wojskowego w Afganistanie i przejęcie samodzielnej odpowiedzialności za jedną z
prowincji wzmocni swoje znaczenie w Sojuszu, a może nawet zdobędzie stanowisko
sekretarza generalnego NATO dla polskiego ministra spraw zagranicznych. Odkąd
takie nadzieje się nie zrealizowały, Polska straciła zainteresowanie operacją w
Afganistanie. Warto też wspomnieć w tym kontekście, że Polska nie przejawiała
żadnych ambicji politycznego wykorzystania obecności naszych wojsk w
Afganistanie, aby zaistnieć w regionie Azji Środkowej gospodarczo czy
politycznie. Poza rutynowymi wizytami naszych władz w polskich bazach wojskowych
i kurtuazyjnymi spotkaniami z przedstawicielami afgańskiego rządu, dygnitarze
polscy nie raczyli przez lata odwiedzić regionu. Nawet w czasie porwania
polskiego inżyniera w Pakistanie minister spraw zagranicznych nie zdecydował się
na wizytę w tym kraju, tak istotnym w przypadku powodzenia operacji wojskowej w
sąsiednim Afganistanie.
Zwiększenie naszego zaangażowania wojskowego w Afganistanie w 2008 roku było też
kwestionowane przez wielu ekspertów wojskowych. Do 2008 roku byliśmy tam z
blisko tysiącem żołnierzy w dwóch prowincjach pod komendą amerykańską. Oznaczało
to, że korzystaliśmy też z amerykańskiego wojskowego i logistycznego wsparcia.
Od 2008 roku ze względów politycznych, o których wspomniałem wyżej,
zdecydowaliśmy się na samodzielny nadzór jednej z prowincji. Biorąc pod uwagę
tylko spodziewane polityczne korzyści, nie obliczono dobrze wojskowych potrzeb.
W ciągu niedługiego czasu zatem należało zwiększyć nasz kontyngent z 1600
żołnierzy do ponad 2000, następnie do 2600, aż w końcu nawet podzielić się
prowincją z Amerykanami. Po odejściu z prowincji amerykańskich musieliśmy
również poważnie zwiększyć liczbę sprzętu wojskowego. Wszystko to nie przyniosło
politycznych korzyści, a co gorsza, niewiele pomaga w podnoszeniu zdolności
bojowej naszej armii w obronie polskiego terytorium. Zdaniem wielu analityków,
doświadczenia uzyskane na specyficznym terenie afgańskim oraz w trakcie walk z
partyzantami nie przyniosłyby pożytku w ewentualnym konflikcie na równinach
europejskich.
Koszty i problemy odwrotu
Wojna w Afganistanie jest bardzo kosztowna dla Stanów Zjednoczonych. Ze względu
na położenie geograficzne Afganistanu oraz zacofanie tego państwa olbrzymia
część środków na utrzymanie wojska musi być importowana. Oznacza to, że np.
sprowadzenie litra paliwa kosztuje ok. 100 dolarów, a całkowite utrzymanie
amerykańskiego żołnierza sięga miliona dolarów rocznie. Jednak liczenie na
szybkie oszczędności w wyniku wycofania się jest bezpodstawne. Zakładając, że
nie byłoby chaotycznego odwrotu na wzór ucieczki z wietnamskiego Sajgonu w
latach 70., wojska amerykańskie i sprzęt mogą być wycofane albo przez
pakistański port Karaczi, albo przez Rosję do portów bałtyckich. Oznacza to
spore koszty lub pozostawienie sprzętu w Afganistanie.
Oprócz wydatków materialnych pospieszne wycofanie może spowodować negatywne
koszty polityczne. Pozostawiona bez wsparcia wywiadowczego czy logistycznego
afgańska armia może nie zdołać przejąć kontroli nad prowincjami, co umożliwi
powrót talibów. Zatem najbliższe dwa lata to okres wytężonej pracy wojskowej
oraz politycznej w Afganistanie.
Wojska NATO będą musiały przyspieszyć proces szkoleniowy afgańskich sił
bezpieczeństwa. Jeszcze ważniejszy będzie jednak proces budowania pojednania
narodowego lub poszerzania bazy politycznej władz afgańskich. Oznacza to
podjęcie rozmów z siłami opozycyjnymi wszelkiej maści, również z talibami. I tu
jest istotny problem. Odtąd czas zaczyna działać na korzyść opozycji. Zgodnie z
popularnym powiedzeniem w Afganistanie: choć żołnierze NATO mają zegarki, to
jednak talibowie mają czas! Talibowie mogą zatem przeczekać do czasu wycofania
się sił zachodnich. Mogą starać się powrócić do władzy, korzystając z legendy
niezwyciężonej siły, nieskompromitowanej konszachtami z okupantem i korupcyjnymi
praktykami obecnych władz w Kabulu.
Najbliższe lata to również dla koalicji zachodniej ważny czas na zbudowanie
regionalnego klimatu do samodzielnego funkcjonowania Afganistanu. To wyjątkowo
trudne zadanie, biorąc pod uwagę, iż od lat trwa tam rywalizacja między
Pakistanem, Indiami i Iranem, ale także Rosją i Chinami o wpływy w tym kraju.
Afganistan bowiem posiada ważne minerały, jest równocześnie niezwykle istotny
dla tranzytowego przesyłu gazu z Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego do Indii i
na Daleki Wschód. Biorąc pod uwagę antyzachodnią postawę rządów w Pakistanie i
Iranie, doprowadzenie do współpracy regionalnej jest zadaniem niezwykle trudnym.
Nie można w tym kontekście pominąć dwuznacznego zachowania Rosji, która
werbalnie wspierała zachodnią wojnę z terroryzmem. Po latach obserwowania z
dystansu sytuacji w Afganistanie skwapliwie skorzystała w 2009 roku z
amerykańskiej oferty resetu – wyzerowania i budowania jakby od nowa relacji z
USA. Można być pewnym, że Rosja użyje tego nie tylko do poszukiwania sposobów
stabilizacji Afganistanu, ale i do wzmacniania swoich interesów w regionie oraz
pozycji vis-á-vis USA i NATO.
Test NATO
Wiele lat temu, kiedy Sojusz Północnoatlantycki rozpoczynał operację w
Afganistanie, dominowało przekonanie, że będzie to test skuteczności NATO.
Solidarny świat zachodni miał zademonstrować siłę bojową, technikę, znakomitą
organizację, wrażliwość na problemy społeczne i kulturowe odmiennej cywilizacji.
Niestety, szybko wyszło na jaw, że zawodzimy na licznych polach. Najszybciej
pękła solidarność. Kiedy się okazało, że wojska nie tylko będą biernie
nadzorowały pierwsze wybory i proces tworzenia się administracji afgańskiej, ale
muszą przystąpić do czynnej obrony, pojawiły się liczne, narodowe wyłączenia.
Wielu sojuszników wyreklamowało swoje kontyngenty z czynnych akcji bojowych lub
narzuciło liczne warunki ograniczające udział w walce. W prowadzeniu akcji na
szerszą skalę szybko zaczęło brakować europejskiego sprzętu i żołnierzy, mimo iż
na Starym Kontynencie jest ich pod bronią prawie 2 miliony. Wreszcie okazało
się, że zwycięstwo nie zostanie osiągnięte jedynie przez wojskowe pokonanie
talibów. Zwycięstwo – ustabilizowanie Afganistanu – wymagałoby zaangażowania
sojuszu wojskowego w eksperyment z dziedziny inżynierii społecznej. I tak
zamiast mówić o teście wiarygodności NATO, szybko zdewaluowano operację Sojuszu
do zwykłego zadania wojskowego.
Co dalej z NATO?
Decyzja Obamy o rozpoczęciu odwrotu wojskowego z Afganistanu zbiega się z
kompromitacją sojuszniczej operacji w Libii. Powoduje to natężenie poważnej
debaty nad przyszłością NATO. Wielu ekspertów zapowiada, że Sojusz może nie
przetrwać tych niepowodzeń i rozpadnie się za kilka lat. Wielu spodziewa się, że
Stany Zjednoczone, rozczarowane postawą Europejczyków, dokonają znaczących
redukcji zaangażowania na Starym Kontynencie i skierują uwagę na inne regiony,
podtrzymując jedynie bilateralne więzi z wybranymi państwami. Stąd wywodzą
wniosek, iż należy podjąć szybkie działania na rzecz stworzenia nowej
europejskiej struktury obronnej. Tak myśli m.in. nasza obecna dyplomacja,
stawiając sobie ten cel za jeden z priorytetów rozpoczynającej się naszej
prezydencji w Unii Europejskiej. To niedobra tendencja. Nawet jeśli daje się
zauważyć mniejsze zaangażowanie USA w Europie, to nie powinniśmy przyczyniać się
do wzmacniania tego trendu. Wręcz odwrotnie – trzeba zachęcać USA do utrzymania
silnych więzi z Europą, aby nie musiały kolejny raz wracać tu w atmosferze
wojennej zawieruchy.
Jednak gros europejskich analityków i polityków przychylnie patrzy na rosyjskie
propozycje stworzenia tzw. nowej architektury bezpieczeństwa. Przypominając o
fundamentalizmie islamskim i strasząc ekspansywnością Chin, Moskwa kusi świat
zachodni swoimi zasobami i namawia do stworzenia nowej instytucji
polityczno-wojskowej opartej na zasadach zbliżonych do dziewiętnastowiecznego
koncertu mocarstw. Znalezienie nowego, silnego i zdeterminowanego sojusznika w
rozwiązywaniu światowych problemów jest dla wielu Europejczyków zajętych
własnymi problemami atrakcyjną perspektywą. I nieważne, że jest to sojusznik
mało demokratyczny. Czy jednak eksperci zważają na cenę, jaką przyjdzie
zapłacić? Oni może nie muszą. My jednak musimy uważać, komu i na jakich
warunkach powierzamy bezpieczeństwo regionu. Budowanie bezpieczeństwa regionu
Azji Środkowej i Afganistanu przy udziale Rosji powinno być zatem dla nas
właśnie takim testem sprawdzającym rzeczywiste intencje asertywnego państwa
rosyjskiego.
Dr Witold Waszczykowski
Autor jest ekspertem Instytutu Sobieskiego, dyplomatą, byłym zastępcą szefa
Biura Bezpieczeństwa Narodowego (2008-2010); w latach 2005-2008 pełnił funkcję
podsekretarza stanu w MSZ.
