Nie ulegajmy panice
Jeden komunikat, w dodatku błędny, informujący, że źródłem fali zakażeń
bakteriami Escherichia coli w północnych Niemczech są ogórki z Hiszpanii,
wstrząsnął całym europejskim rolnictwem. Wywołał on panikę wśród konsumentów,
którzy przestali kupować nie tylko ogórki, ale i wiele innych warzyw, w wyniku
czego ich ceny gwałtownie spadły. Skutki tej paniki boleśnie odczują przede
wszystkim gospodarstwa warzywnicze. Wiele z nich stanęło już przed widmem
bankructwa. Jeśli nawet, zdaniem specjalistów, uda się przekonać opinię
publiczną, że reakcja ta była nadmierna, minie jeszcze wiele tygodni, zanim
warzywa wrócą do łask.
Komunikat wydany przez służby sanitarne w Hamburgu o tym, że zakażenie groźnym
szczepem bakterii Escherichia coli wywołują hiszpańskie ogórki, przerwał wydania
programów radiowych i telewizyjnych. Niemców ogarnęło przerażenie, gdy okazało
się, że w północnych landach rośnie lawinowo liczba chorych (obecnie przekracza
3 tys.), a niektórzy z zarażonych nawet umierają (ponad 30 zgonów). W związku z
tym Niemcy natychmiast przestali kupować ogórki i inne warzywa, mimo że
Hiszpanie próbowali przekonywać, iż zarzuty im stawiane są bezpodstawne. Co z
tego, że kilka dni później ogórki zostały "oczyszczone z zarzutów", a niemieckie
służby sanitarne znalazły kolejnego "winnego", a mianowicie kiełki fasoli i inne
warzywa hodowane w jednym z gospodarstw w Dolnej Saksonii. Z czego zresztą
również szybko się wycofały, by w ostatni piątek znowu poinformować o
znalezieniu skażonych kiełków w jednym ze sklepów.
Niewątpliwie Niemcy zbyt późno poinformowali opinię publiczną o zakażeniach
(pierwsze przypadki miały miejsce już na początku maja br.). Raport na ten temat
opublikowano dopiero po kilku tygodniach, gdy chorych było już ponad 200, a
kilku z nich zmarło. Czyżby Niemcy zbagatelizowali zagrożenie? Być może, ale
niewykluczone też, że byli przekonani, iż szybko ustalą źródło
rozprzestrzeniania się bakterii, zlikwidują je i będzie po sprawie. Problem
jednak ich przerósł, bo mimo posiadania ogromnej ilości laboratoriów,
specjalistów oraz pieniędzy do tej pory nie udało się ustalić czynnika, który
"produkuje" groźne dla człowieka szczepy bakterii Escherichia coli. I zapewne to
właśnie dążenie do jak najszybszego wyjaśnienia sprawy przyczyniło się do
pochopnych oskarżeń.
Poszukiwanie "winnych" trwa
Tymczasem zdaniem ekspertów, warzywa są najmniej prawdopodobnym źródłem zakażeń,
gdyż toksyczne odmiany Escherichia coli trafiają do naszego organizmu głównie po
spożyciu zakażonego mięsa i mleka lub mogą znajdować się w wodzie. Dlatego
źródła zatruć w Niemczech należy raczej szukać w zakładach garmażeryjnych,
cateringowych czy produkujących wędliny oraz w restauracjach.
Obecnie niemieckie władze sanitarne stały się ostrożniejsze. Sugerują, że być
może nigdy nie uda się w pełni wyjaśnić powodu wybuchu fali zachorowań. Z kolei
ze strony społeczeństwa niemieckiego padają zarzuty, że sytuacja ta zaistniała z
powodu bałaganu i niekompetencji władz, czego dowodem jest choćby brak
koordynacji badań nad bakteriami Escherichia coli. Bowiem każdy instytut
badawczy czy laboratorium działa indywidualnie, gdyż część tych instytucji
podlega landom, część zaś rządowi federalnemu.
Przy okazji okazało się, że w Niemczech wiele do życzenia pozostawia nadzór nad
obrotem żywnością, czego skutkiem jest obniżenie poziomu bezpieczeństwa
konsumentów. Co ciekawe, polskie procedury są skuteczniejsze, a z informowaniem
o zagrożeniu nikt nie zwlekałby kilka tygodni. Mamy też ostrzejsze regulacje
dotyczące nadzoru nad żywnością i gdyby nasze przepisy zastosować w Niemczech,
to wiele tamtejszych hurtowni i zakładów spożywczych zostałoby natychmiast
zamkniętych.
Warzywa na cenzurowanym
Początkowo niemieckie raporty można było traktować jako element wojny
gospodarczej z Hiszpanią. Wydawało się, że to tylko rolnicy z Półwyspu
Iberyjskiego zapłacą rachunek za bakterię Escherichia coli i taka perspektywa
ucieszyła zapewne niejednego farmera z Niemiec, Francji czy Holandii, którzy w
ostatnich latach narzekali na hiszpańską konkurencję, która odbierała im rynek,
oferując tańsze i lepszej jakości warzywa. Konsumenci jednak przestali kupować
jakiekolwiek warzywa, nie tylko hiszpańskie. Zaczęło się od ogórków, ale panika
sprawiła, że ucierpiały również inne gatunki warzyw – wszystkie, które jemy na
surowo. Obecnie Niemcy nie kupują nawet niemieckich warzyw, Francuzi –
francuskich, Polacy – polskich.
Mimo że ceny gwałtownie spadły, tysiące ton żywności marnuje się, bo
niesprzedane ogórki i pomidory trafiają do utylizacji, zaś producenci swoje
straty liczą już w setkach milionów euro. Sami Hiszpanie przekonują, że od
początku wybuchu afery z Escherichia coli straty z powodu niesprzedanych warzyw
wynoszą ok. 250 mln euro, i wciąż rosną, tym bardziej że również Rosja, duży
odbiorca warzyw z UE, wprowadziła na nie embargo.
Polska również poniosła straty
Dość powiedzieć, że w Polsce ceny ogórków w hurcie spadły do około 50 groszy za
kilogram, podczas gdy zawsze o tej porze roku były kilka razy droższe. Podobnie
jest w przypadku pomidorów. Dlatego część rolników obawia się bankructwa, gdyż
nie odzyskają nawet połowy pieniędzy, które zainwestowali w tegoroczną
produkcję, a o zyskach nikt już nawet nie marzy. Trzeba zaś pamiętać, że roczna
produkcja ogórków i pomidorów pod osłonami wynosi w Polsce ponad 600 tys. ton.
Ile z nich w tym roku nie zostanie sprzedanych?
Cierpią na tym również hurtownie warzywno-owocowe i właściciele małych sklepów i
stoisk na targowiskach, którzy są omijani przez klientów szerokim łukiem. Dla
nich wiosna to zawsze był czas hossy, rosnących obrotów i zysków. Teraz zamiast
zarobku są straty.
Lekarze, epidemiolodzy uspokajają, iż jedzenie warzyw jest bezpieczne, a należy
jedynie umyć je przed zjedzeniem, i to wystarczy. Jednak siła medialnego
przekazu jest porażająca. Media alarmują, że bakteria zbiera śmiertelne żniwo,
jakby to była epidemia grypy hiszpanki po I wojnie światowej zalewająca całą
Europę. Ludzie więc wolą nie ryzykować. To właśnie w tej histerii wywołanej i
potęgowanej przez media trzeba widzieć źródło obecnej paniki.
Krzysztof Losz
