Faustowskie dusze?

Proaborcyjne ośrodki na całym świecie ogromnie się radują z ostatniego,
kolejnego sukcesu odniesionego w Europejskim Trybunale Praw Człowieka już w
drugiej sprawie przeciwko Polsce dotyczącej aborcji. Nie słychać jednak, by
rodacy martwili się poniesioną klęską, zgotowaną nam zresztą w całkowitej
konspiracji pod koniec maja bieżącego roku. Nie uderzyły zatem u nas dzwony na
trwogę, kiedy Trybunał orzekł w ubiegłym miesiącu, że skoro Polacy zezwolili w
1993 roku na zabijanie dzieci chorych przed urodzeniem, to musimy być
konsekwentni wobec tej decyzji.

Sędziowie Trybunału Praw Człowieka zadziałali zatem niczym Mefistofeles
przypominający Faustowi podpisany wcześniej piekielny cyrograf. Skoro sprzedało
się duszę diabłu – w rozmaity sposób składając poparcie dla ustawy aborcyjnej –
to trzeba dzisiaj wywiązać się z zaciągniętych zobowiązań, przekonują sędziowie
ubolewający, iż w Polsce aborcja "eugeniczna" (jak wprost nazwano ją w wyroku)
jest tylko teoretycznie dostępna, ale w praktyce ma być niedostępna, co jakoby
ma łamać prawo "do prywatności" gwarantowane w art. 8 Europejskiej Konwencji
Praw Człowieka.
Czy z tej zarzucanej nam niekonsekwencji należy się smucić? Przeciwnie, ze
szlachetnych niekonsekwencji należy oczywiście być dumnym, jeśli np.
przechodzimy z fałszu do prawdy, ze zła do dobra. To są szlachetne
niekonsekwencje, czy też raczej konsekwencje istoty rozumnej wobec bycia istotą
rozumną, czyli otwartą na prawdę. Nie martwimy się zatem, że nasi szlachetni
lekarze nie chcą wykonywać funkcji kata wobec niewinnych i bezbronnych poczętych
dzieci.
Jesteśmy zatem dumni, że życie chorego dziecka zostało uratowane dziewięć lat
temu przez lekarzy, a dzisiaj raduje się ono tym życiem (dziewczynki z zespołem
Turnera kończą także medycynę). Z tego uratowanego ludzkiego życia sędziowie
ETPCz i aborcjoniści jednak się nie cieszą, a nawet zdają się z tego smucić. Źle
się stało – ich zdaniem, jak wynika z orzeczenia i ze światowych radości w
związku z wyrokiem przeciwko Polsce – że aborcyjny zamysł nie został
zrealizowany i dziecko żyje. Radość aborcyjnej międzynarodówki (na proces
przyjechał nawet specjalny przedstawiciel ONZ, aby przypilnować sprawy!) budzi
pewnie orzeczenie ETPCz z tego powodu, że zakłada ono, iż jakoby Bóg nie miał
racji, mówiąc na widok stworzonego przez siebie człowieka – a zatem i KAŻDEGO
człowieka – iż to dzieło jest BARDZO dobre. Zdaniem sędziów i ich "ekspertów",
nie jest dobrem, jeśli żyje dziecko z zespołem Turnera, jeśli przeszkadza ono w
"prawie do prywatności" swojej matki.
My natomiast radujemy się, że ETPCz znajduje właśnie u nas, w Polsce,
prawdziwych lekarzy. Nie tylko podczas II wojny światowej ratowaliśmy Żydów
przed zagładą, ale i dzisiaj bronimy kolejnych eksterminowanych, czym pozytywnie
wyróżniamy się wśród wielu innych narodów Europy. Za to jednak nasi lekarze
ciągani są przed europejskie sądy.
Mimo to jest wiele powodów, żeby jednak dzwony uderzyły na trwogę po kolejnym
skazaniu nas przez ETPCz za niewywiązywanie się z ustawy aborcyjnej. Z
omawianego dokumentu wynika, że nie wszyscy polscy lekarze okazali się wierni
przysiędze Hipokratesa, ale wolą praktykować wedle wzoru doktora Fausta.
Sędziowie ETPCz bowiem przeciwstawili rzekomo negatywną postawę trzech polskich
lekarzy (z Małopolski) odmawiających uczestniczenia w zbrodni jakoby szlachetnej
aktywności profesora z Łodzi, który na wszelkie możliwe sposoby starał się pomóc
kobiecie w dostępie do aborcji. Poradził jej nawet zafałszowanie swojej sytuacji
medycznej (udawanie zagrożenia poronieniem, jak czytamy w punkcie 21, s. 4
orzeczenia; por. nr 26 i 27), aby tylko mogła dostać się na oddział szpitala w
Łodzi, dzięki czemu otrzymała potrzebne jej do aborcji badania prenatalne.
Podpisanie przez niektórych polityków paktu z Mefistofelesem w 1993 roku
zarzuciło sidła zatem nie tylko na lekarzy, ale i na wielu polskich prawników, a
może wśród nich także na samotnego podczas rozprawy – przeciwko całej gromadzie
oskarżycieli-ekspertów, zamówionych nawet z Toronto w Kanadzie – przedstawiciela
polskiego rządu. Przyjął on bowiem w obronie Polski przed zarzutami logikę zgody
na zbrodnię, bo starał się przekonać sędziów tylko o tym, iż polskie "prawo"
dotyczące aborcji nie zostało złamane. Inaczej w tej sprawie – ale w dalszym
ciągu zgodnie z logiką usprawiedliwienia zbrodni – zawyrokował 28 VII 2008 r.
Sąd Najwyższy w naszym kraju, gdzie trafiła sprawa pani R.R. Zdaniem sędziów
tego sądu, lekarze powinni działać zgodnie ze swoim sumieniem, ale powinni także
wskazać aborcjonistę, który za nich dokonałby aborcji, a co koniec końców
znaczy, że jednak lekarze powinni działać niezgodnie ze swoim sumieniem lub
powinni zostawić je w domu, gdy idą do pracy.
Innym powodem poważnego potraktowania wyroku przeciwko Polsce jest nowy element
w orzeczeniu, nieobecny dotychczas w sprawach dotyczących aborcji. Sędziowie
uznali bowiem, że kobieta życząca sobie od samego początku aborcji została
potraktowana w sposób nieludzki, poniżający przez wielokrotną odmowę
uczestniczenia w tym planie lekarzy, a co jakoby podlega pod art. 3 Europejskiej
Konwencji Praw Człowieka. Wynika stąd, że ci, którzy nie chcą uczestniczyć w
zabijaniu, znęcają się nad żywiącymi zbrodnicze plany.
Wreszcie, na trwogę powinny uderzyć polityczne dzwony, ponieważ sędziowie
europejskiego sądu zamiast poprzestać na swojej władzy sądowniczej, przypisują
sobie uprawnienia władzy ustawodawczej, poważnie naciskając na istniejące
polskie prawne zakazy aborcji, jakoby straszące lekarzy przed wykonywaniem nawet
legalnej aborcji. Sędziowie zatem zakładają, że dopiero całkowita legalność
aborcji umożliwiałaby lekarzom nieskrępowane działanie.
Rację miał zatem ks. Piotr Skarga, ostrzegając, że zbrodnicze prawa długo będą
zabijać nade wszystko dusze. Nieprzypadkowo zatem nie tylko polski kodeks etyki
sędziowskiej, ale także Europejska Konwencja Praw Człowieka domaga się od
sędziów "nieskazitelnego charakteru". Brak tego najwyższego moralnego poziomu
skutkuje uległością faustowskiej duszy wobec nacisku aktualnych decydentów, w
tym i anonimowego "tak się robi". Człowiek "nieskazitelnego charakteru" gotowy
jest raczej na śmierć niż na uczestniczenie w zbrodni.

Marek Czachorowski
 

drukuj