Ryba psuje się od głowy
Dowcip, jaki Adam Michnik opowiadał cztery lata temu warszawskim studentom
na UW o tym, co to jest radość, gdy o szóstej rano puka do naszych drzwi
mleczarz, a nie – w domyśle – tajne pisowskie służby, miał zapowiadać policyjny
terror w IV RP. Ponad miesiąc temu antyterroryści wdarli się do domu pana
Henryka Kordasa i jego 81-letniej żony w poszukiwaniu narkotyków.
Rzucony na beton starszy człowiek leżał bez przytomności ponad godzinę, gdy
tymczasem policja szturmowała sąsiedni budynek, gdzie mieszkał sparaliżowany syn
pana Henryka. Akcję tę podjęto na podstawie niesprawdzonego donosu. Nie wiem,
czy ten fakt dostrzegła "Gazeta Wyborcza", może tak, ale gdyby to wydarzyło się
za rządów PiS, czytalibyśmy o tym wydarzeniu, jak czyta się powieść kryminalną w
odcinkach, a TVN zamieniłaby to wydarzenie w thriller nadawany o każdej porze
dnia i nocy. Gdy 18 maja ośmiu funkcjonariuszy z podpułkownikiem ABW na czele
wdarło się do mieszkania administratora strony internetowej AntyKomor.pl,
Roberta Frycza, w "Wyborczej" nie było wrzasku.
Wolność słowa w Polsce jest dziś zagrożona, gdyż wpływowe, prorządowe media
(tzw. głównego nurtu) stosują podwójne standardy. Podobnie jak spora część
naszych sądów. Nikt nie ścigał i nadal nie ściga właściciela strony
internetowej, na której jeszcze teraz można postrzelać do śp. prezydenta Lecha
Kaczyńskiego. Nikt też nie ściga autorów witryny o drugim tupolewie, gdzie można
poznać nazwiska następnych pasażerów lotu Tu-154 w drodze po śmierć. Czy
dlatego, że na liście znajdują się same prawicowe nazwiska?
Nazwanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego przez posła Janusza Palikota "chamem",
nie było zdaniem sądu publicznym znieważeniem. Zupełnym kuriozum okazała się
tutaj ekspertyza językoznawcy prof. Jerzego Bralczyka, który stwierdził, że
Palikot nie powiedział wprost, że "prezydent to cham", tylko że on uważa go za
chama.
Żadna instytucja prawna nie zainteresowała się groźbą Palikota pod adresem
Jarosława Kaczyńskiego, że wspólnie z Bronisławem Komorowskim pójdą na polowanie
i zabiją oraz wypatroszą Jarosława Kaczyńskiego. Nazwanie Lecha Kaczyńskiego
"durniem" przez Lecha Wałęsę także nie nosiło znamion przestępstwa, choć przepis
o znieważeniu głowy państwa zawarty w rozdziale XVII części szczególnej kodeksu
karnego (przestępstwa przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej) przewiduje za to karę
nawet do trzech lat więzienia. Nie było też żadnych reperkusji po "dorzynaniu
watahy" zapowiedzianym przez Radosława Sikorskiego, który dziś jako obrażony
pozywa do sądu internautów. Tzw. autorytety co najwyżej uśmiechały się, gdy
Bronisław Komorowski stwierdził w odniesieniu do prezydenta Kaczyńskiego: "jaka
wizyta, taki zamach". Reasumując, instytucje prawne nie doszukały się w tych czy
innych równie szokujących wypowiedziach cech znieważenia czy groźby karalnej.
Ów przemysł pogardy był bardzo niedobrą lekcją ze strony polityków, od których
mamy prawo i obowiązek wymagać przyzwoitego zachowania. Dziś dziwią się, że ta
ich agresja i nienawiść zbierają swój plon. Nie chcą pamiętać, o czym już 2200
lat temu pisano w biblijnej księdze Mądrość Syracha, że "jaki władca miasta,
tacy i jego mieszkańcy" (10, 2), czyli, że "ryba psuje się od głowy".
Jestem przeciwny wszelkim przejawom agresji i nienawiści w internecie.
Szczególnie haniebne jest wirtualne strzelanie do wizerunku człowieka, który
istnieje w realu, nie w jakiejś komputerowej grze. Wyniosłem z domu naukę, że
nie celuje się do człowieka z żadnej broni, nawet jeśli jest to drewniany
karabin czy dziecięcy pistolet na kapiszony lub własnoręcznie zrobiona proca.
Człowiek nie może być tarczą strzelniczą, także w internecie. Wirtualne
strzelanie powinno być zakazane, a osoby wyżywające się w tym "sporcie", o
którym w żaden sposób nie można powiedzieć, że jest satyrą, powinny być pod
obserwacją, a zachowania takie napiętnowane. Jeżeli ktoś uważa, że przesadzam,
to niech sprawdzi, ilu ludzi popełniło zbrodnie pod wpływem filmów i literatury,
szczególnie ludzi bardzo młodych, jeszcze niedojrzałych, którzy mają problemy z
odróżnianiem rzeczywistości od fikcji.
Żadnego strzelania, podrzynania, dorzynania, patroszenia, ćwiartowania, żadnych
zamachów, wybuchów, podżegania do zbrodni, przestępstw, występków itd. Satyra,
byle nie chamstwo, na każdego polityka, urzędnika, łącznie z prezydentem,
powinna być zaś dopuszczalna.
Skandaliczna akcja ABW (ponoć na zlecenie prokuratury) w domu Roberta Frycza
została przeprowadzona zgodnie z wybiórczym (dwustandardowym) scenariuszem.
Skoro jednak już do niej doszło, Ministerstwo Sprawiedliwości i prokuratura
powinny podać, co jest – ich zdaniem – dopuszczalne w internecie (na pewno nie
strzelanie). Taka wykładnia wsparta wypowiedziami specjalistów prawa mogłaby
powstrzymać narastającą agresję w cyberprzestrzeni bez nowelizowania prawa
karnego, a tym bardziej tej jego części o ochronie naczelnych organów władzy
państwowej. Państwo powinno zachować przepisy o szczególnej ochronie godności
prezydenta, tak samo jak o ochronie polskiego godła, flagi i hymnu.
Najbardziej zadziwiające jednak jest zachowanie premiera Donalda Tuska, który
nadzoruje służby specjalne. Niedwuznacznie i wręcz asekuracyjnie sugeruje
mediom, że o akcji ABW nic nie wiedział. Rodzi się zatem pytanie, czy służby
specjalne są pod jakąkolwiek kontrolą. Czy akcja u Roberta Frycza to nie
początek jakiejś ich walki z każdą formą opozycji względem obecnie rządzących. A
może chodziło o zastraszenie? Jeżeli udało się zastraszyć tych, którzy chcą
sobie w internecie postrzelać, to dobrze, ale jeżeli chodziło o pogrożenie tym,
którym nie podoba się obecna władza, to bardzo źle. Bo nadgorliwość służb,
zwłaszcza bez kontroli, jak każda nadgorliwość, jest gorsza od piekła.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3. Polskiego Radia SA.
