Wartość dowodu spada

Z Wiesławem Johannem, sędzią Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku,
rozmawia Paulina Jarosińska

Po rozmowach polskich prokuratorów z przedstawicielami rosyjskiej prokuratury
w Moskwie dowiedzieliśmy się m.in., że niebawem polscy biegli zbadają oryginały
czarnych skrzynek. Pytanie: Dlaczego tak późno?

– Należałoby w tej materii uporządkować kilka spraw. Pomijam już wszystkie
nieprawidłowości związane z decyzją o wyborze podstawy prawnej śledztwa, tzn.
konwencji chicagowskiej, której wybór był już wystarczającą porażką godzącą w
interes nie tylko całego postępowania, lecz także w interes narodowy. Tę sprawę
na razie zostawiam, o niej już wielokrotnie dyskutowano. Od wielu miesięcy
przekonywano nas, że polscy biegli dysponowali zapisem z czarnych skrzynek. Nie
wyobrażam sobie sytuacji, w której kopia różni się od oryginału. Ostatnie
doniesienia oznaczają, że albo nas okłamywano i rok temu dostaliśmy jakiś
niepełny materiał, albo teraz polscy biegli będą badali te zapisy na nowo. Po co
mieliby to robić, skoro już zapisy zbadali w ubiegłym roku? Mam ogólnie bardzo
krytyczny stosunek do sposobu prowadzenia śledztwa w sprawie katastrofy
smoleńskiej i postawy polskich organów ścigania, a te ostatnie informacje tylko
mnie w nim przekonują. Okazuje się bowiem, że polscy prokuratorzy nie są w
stanie zdobyć podstawowego dowodu i dokonać jego analizy. Odnoszę wrażenie, że
prowadzone przez polską prokuraturę śledztwo jest jakimś marginesem w sprawie
wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Czy materiał, który otrzymała polska strona
prawie rok temu, był niepełny? Jeśli nie, to dlaczego dopiero teraz nasi biegli
mają dostęp do oryginałów czarnych skrzynek? Czy oryginał jest inny od kopii?
Jesteśmy w niezwykle trudnej sytuacji. Po czternastu miesiącach otrzymujemy
informację, że polscy biegli "pod nadzorem" rosyjskich ekspertów będą mieli
możliwość zbadania oryginałów czarnych skrzynek. Pod nadzorem, czyli
niesamodzielnie zbadają podstawowy w śledztwie dowód. Z wymiarem sprawiedliwości
mam do czynienia już pięćdziesiąt lat i trudno mi sobie wyobrazić, że polski
śledczy ma pracować pod czyimś nadzorem. Czy to oznacza, że jeśli nadzorujący
będzie miał jakieś wątpliwości co do wykonywanych przez polskiego biegłego
czynności, wówczas będzie miał prawo je przerwać? Nadzór oznacza kontrolę. Albo
polska prokuratura ma autonomię, albo jej nie ma i podlega całkowicie woli
rosyjskich organów. Mało tego, ten komunikat jest przez polską prokuraturę
przedstawiany jako "sukces"…

A trudno sukcesem nazwać sytuację, w której jedna ze stron jest zupełnie
zależna od drugiej i musi miesiącami czekać na wgląd do zasadniczych dla
śledztwa materiałów…

– Oczywiście. Nie można absolutnie nazwać tego sukcesem. Jaki ma być efekt tych
badań? Okazuje się, że zostaliśmy w ubiegłym roku po prostu oszukani.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy, ale do Polski ma wrócić wrak samolotu – latem
mają rozpocząć się prace nad jego przeniesieniem.

– Moje pytanie brzmi: W jakim celu? Z punktu widzenia postępowania karnego wrak
nie ma już żadnego znaczenia. Jako dowód w sprawie powinien on wrócić do Polski
już następnego dnia po katastrofie. Samolot Tu-154M był własnością państwa
polskiego i tylko ono powinno nim dysponować. Jakie dzisiaj ma znaczenie badanie
tego wraku – pociętego, zniszczonego, zardzewiałego, który miesiącami leżał pod
gołym niebem? Weźmy pod uwagę przeciętny wypadek drogowy. Biegli mają ustalić,
kto za niego odpowiada, kto zawinił. Proszę mi powiedzieć, jakie znaczenie w
takim postępowaniu miałaby ekspertyza samochodu dokonana po roku od wypadku –
samochodu zardzewiałego, bez jakichkolwiek śladów, które mogłyby być dowodem w
śledztwie? Nasi prokuratorzy natomiast chlubią się faktem, że wrak wróci do
Polski po kilkunastu miesiącach od katastrofy i będzie przedmiotem badań. To nie
jest żaden sukces, ale gigantyczna porażka polskiej strony, w tym przede
wszystkim polskiego wymiaru sprawiedliwości! Przekonywanie opinii publicznej, że
mamy do czynienia z jakimś sukcesem, jest działaniem czysto propagandowym. Nie
przybliżono nas do poznania prawdy nawet o krok. Wciąż tkwimy w tym samym
miejscu.

Zwrócony polskiej stronie wrak nie będzie miał już żadnej wartości dowodowej?
Według Pana, nie ma szans na to, aby jeszcze zachowały się na nim ślady
pomagające ustalić nowe okoliczności katastrofy? Przecież zdarzają się wypadki
lotnicze, w których wrak maszyny wydobywany jest po jeszcze dłuższym czasie np.
z oceanu, a mimo to prace nad takim wrakiem są podejmowane, ba, ich wyniki
bywają nawet kluczowe w śledztwie.

– Jedną z podstawowych czynności śledczych w każdym postępowaniu są oględziny
miejsca zdarzenia i przedmiotów, które na tym miejscu się znajdują – to jest
rutynowa czynność zarówno w wypadku drogowym, włamaniu, jak i w przypadku
katastrofy lotniczej. Pierwszą zasadniczą czynnością jest wykonanie dokumentacji
miejsca zdarzenia i oględziny wszystkich przedmiotów, które mają bezpośredni
związek ze zdarzeniem. Takie są zasady kryminalistyki. Oczywiste jest, że im
wcześniej te oględziny zostaną wykonane, tym mają one większą wartość dowodową.
Spójrzmy teraz na wrak rządowego samolotu Tu-154M rozbitego pod Smoleńskiem 10
kwietnia. Wszyscy widzieliśmy nagrania przedstawiające funkcjonariusza służb
Federacji Rosyjskiej tnącego i tym samym niszczącego wrak maszyny w niedługim
czasie po tragedii. Dopiero po kilku miesiącach ten sam wrak został przykryty
brezentem. Moim zdaniem, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że kluczowe ślady
zostały zatarte. Nie twierdzę, że na wraku nie ma żadnych śladów. Dobrze, że on
nawet po takim czasie wróci do Polski. Jednakowoż oględziny po czternastu
miesiącach nie mogą mieć takich samych rezultatów jak natychmiast po
katastrofie. Przytoczyła Pani przykład z maszyną wydobytą z morza po długim
czasie od zdarzenia. Owszem, takie sytuacje się zdarzają. W podobnych
przypadkach najczęściej wpływ mają czynniki zewnętrzne, nazwijmy je
atmosferycznymi. Raczej nie zdarza się, aby wkład w zniekształcenie leżącego w
szczątkach na głębokości kilkuset metrów wraku miał czynnik ludzki. Natomiast
wrak samolotu był poddawany cięciu i niszczeniu za całkowitym przyzwoleniem
konkretnych ludzi. Zatem podstawowy dowód rzeczowy był systematycznie niszczony,
a więc jego wartość dla sprawy jest, w mojej ocenie, bliska zeru. Inną wartość
dowodową ma badanie wraku samolotu pod kątem pirotechnicznym, laserowym,
biologicznym, chemicznym wykonane od razu po katastrofie, a zupełnie inną będzie
miało dzisiaj. Podkreślę raz jeszcze: nie uważam, aby wrak, który zawsze był
własnością strony polskiej, był zupełnie nieużyteczny. Pragnę tylko zaznaczyć,
że jego wartość jako dowodu w sprawie z każdym dniem spada.

Czy nie spotkał się Pan z sytuacją, w której dowód w sprawie pomimo że był
zmodyfikowany przez czynniki zewnętrzne i zwrócony po długim czasie – był
użyteczny dla śledztwa?

– Oczywiście, że zdarzają się wypadki, w których np. narzędzie zbrodni
odnajdywane jest po wielu latach i istnieje szansa, że jakieś ślady wnoszące
nowe przesłanki do śledztwa na nim będą. Tutaj jednak mamy do czynienia ze zgoła
inną sytuacją: możemy domniemywać, że w przypadku wraku samolotu ślady były
celowo zacierane, co w pewnym sensie blokuje obecnie możliwość przeprowadzenia
rzetelnych badań. Ślady chemiczne np. są poddawane działaniom atmosferycznym.
Upływ czasu – co zupełnie oczywiste – jest niekorzystny dla wartości dowodu.

I wciąż zadajemy sobie pytanie: Czy takiej sytuacji można było uniknąć?
– Prawda jest bolesna: to Rosjanie od początku dyktowali warunki. W normalnych
warunkach międzynarodowych, to znaczy, gdyby zdarzenie miało miejsce na terenie
innego państwa europejskiego, sprawa wyglądałaby zapewne inaczej. Błędem
podstawowym i fundamentalnym było całkowite poddanie się warunkom strony
rosyjskiej. Na ile polska strona w ogóle uczestniczy w tym śledztwie? Moim
zdaniem, nie uczestniczy. Godzi się tylko na to, co dyktują przedstawiciele
Federacji Rosyjskiej. W obecnej sytuacji jest tylko jedno wyjście, aby śledztwo
smoleńskie "uratować". Dokonałoby się to, gdyby została powołana międzynarodowa
komisja do zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Na razie jednak widzimy
usilne starania obecnej władzy, aby taka komisja nie powstała. Moim zdaniem,
mogłyby ją powołać instytucje Paktu Północnoatlantyckiego – w końcu Polska jest
jego członkiem, a na pokładzie rządowego samolotu znajdowali się natowscy
generałowie. Taka komisja mogłaby pomóc w śledztwie smoleńskim i – co ciekawe –
wskazywało na to wielu zachodnich komentatorów. Rosji bowiem nie zależy na
wyjaśnieniu katastrofy, a polska strona staje się całkowicie podległa działaniom
strony rosyjskiej.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj