Skąpienie na rodzinę?
Zanim dziecko zacznie samodzielnie się przemieszczać, potrzebuje najpierw
prowadzenia za rękę przez osobę dorosłą. Nasz Naród chyba także jeszcze
potrzebuje rzetelnego moralnego pouczenia. Służyło temu nauczanie Kościoła
podczas długiego czasu niewoli, okupacji i zaborów, ale także po odzyskaniu
niepodległości, bo wskutek wysiłku sąsiadów i własnych narodowych wad nabraliśmy
wielu błędnych moralnych przekonań.
W PRL wielokrotnie słyszeliśmy w nauczaniu Kościoła o zbrodniczym błędzie
likwidacji własności prywatnej czy też raczej – oddania jej w ręce partyjnego
aparatu totalitarnej władzy. Mało chyba jednak dzisiaj słyszymy i orientujemy
się, że własność prywatna dóbr materialnych ma służyć najpierw nie jednostkom,
ale całemu społeczeństwu. Ta niewiedza przejawia się w powszechnym zjawisku
rozrzucania pieniędzy przez nowobogackich i władzę, a skąpienie jej na społeczne
dobro. Tymczasem według nauczania Kościoła posiadanie własności prywatnej
nakłada poważny obowiązek dzielenia się zgromadzonym bogactwem z innymi. Wydaje
się, że rozumienie tego obowiązku i jego tłumaczenie jest zaniedbane, inaczej
niż zakończona sukcesem walka z komunistycznym hasłem rewolucjonistów
francuskich: "własność jest kradzieżą". Doskwiera nam zatem w życiu zbiorowym ta
wada główna, którą nazywamy "skąpstwem". Polityka kolejnych rządów z uporem
skąpi na najważniejszą dla nas wszystkich rodzinę. Może już niedługo, po
wyborach, będzie inaczej, bo uwolniliśmy się od "feministycznego" balastu pani
Kluzik-Rostkowskiej i jej kolegów z PJN.
"Skąpstwo" to wada moralna odnośnie do wydatkowania dóbr materialnych, służących
innym, wyższym dobrom. Skąpi się u nas nade wszystko na rodzinę uważaną przez
marksistowskich ideologów za instytucję podejrzaną, a nawet wrogą dobru
człowieka. Według marksistów, rodzina stanowi pierwsze miejsce ekonomicznej
eksploatacji człowieka przez człowieka. Ponieważ w PRL wszyscy studenci (oprócz
KUL i ATK) musieli przejść przez marksistowską propagandę, to dzisiejsi
politycy, wyuczeni na reżimowych wydziałach "filozofii i socjologii
marksistowskiej", w większości mają dzisiaj problemy z dowartościowaniem
rodziny. Ale uczyć się nigdy nie jest za późno.
Skoro rodzina jest instytucją, która rodzi, to miejsce szczególne w tej
instytucji zajmuje matka. Ona najbardziej bezpośrednio bierze udział w tej
funkcji rodzenia i wymaga tutaj szczególnego wsparcia, również przez państwo.
Nic zatem dziwnego, że w lepszych okresach starożytności pogańskiej kobieta w
sposób szczególny była chroniona, aby dobrze tę funkcję rodzicielską wypełniać i
aby być w pełni sobą. Na przykład w Atenach okresu klasycznego obywatelka tego
miasta – inaczej niż mężczyźni oraz niewolnice i przybyszki z dalekich stron –
nie trudniła się pracą zarobkową, z wyjątkiem jakiś szczególnych okoliczności,
jak np. prowadzona przez miasto wojna. Przy pomocy tego kryterium nawet
dowodzono w sądzie (jak czytamy w jednej mowie Demostenesa) własnego
obywatelstwa ateńskiego: skoro matka nie trudniła się pracą zawodową, to znaczy,
że miała obywatelstwo ateńskie i przeszło ono na dzieci Ateńczyka. Wolna kobieta
chlubiła się zatem swoją zależnością ekonomiczną od męża, możliwością
znalezienia w nim męskiego oparcia. Dzisiaj damy zazwyczaj już się tym nie
chlubią, raczej szczycą się ze swojej samodzielności ekonomicznej.
Coś się jednak w świecie zmienia, skoro nowa, wreszcie własna konstytucja
Węgrów, przegłosowana przez parlament 18 kwietnia br., stara się również chronić
kobiecość kobiety i jej miejsce w rodzinie. W konstytucji tej nie tylko
znajdujemy rewolucyjny zapis o ochronie prawnej życia człowieka od momentu
poczęcia i jednoznaczne uznanie, że małżeństwo to związek tylko mężczyzny i
kobiety. Warto uwydatnić i inne niezmiernie ważne elementy tej konstytucji.
Po pierwsze, odrzuca się w niej bezpośrednio homoseksualną propagandę, która
umieszcza we wszystkich możliwych dokumentach prawnych bełkot o tzw.
orientacjach seksualnych, które winno się uwzględniać i chronić przy pomocy
prawa przed jakąś "dyskryminacją". Nawet w Polsce także katolicy już od dawna
nie protestują przeciwko takim pojęciowym manipulacjom, a na etapie wkraczania
do UE uważano je za niegroźną dekorację. Węgrom jednak niestraszne są unijne
kazamaty i nie ma w ich konstytucji uderzającego w rodzinę zapisu o obowiązku
niedyskryminacji z racji "orientacji seksualnej". Zakłada się zatem w
konstytucji naszych "bratanków", że różnica pomiędzy kobietą i mężczyzną i
wzajemna atrakcyjność obydwu płci są czymś ważnym i państwo powinno tę różnicę
chronić swoim prawem. Nie poprzestaje się jednak tylko na skreśleniach i pięknej
deklaracji, ale ukonkretnia się ją w szczególe. Czytamy zatem z wypiekami na
twarzy, że mocą swojej konstytucji Węgrzy deklarują się chronić płodność rodziny
i wesprzeć finansowo kobiety dźwigające ciężar macierzyństwa. Nowa konstytucja
ma zatem pomóc węgierskim kobietom być sobą, a nie zapominać o swojej kobiecości
w zbiorowym wyścigu o pieniądze i tzw. karierę. Nie udało się w okresie
renesansu stworzyć na Węgrzech "republiki sokratejskiej", krainy rządzonej przez
mędrców, chociaż poważne plany w tym kierunku zostały wtedy podjęte. Dzisiaj te
plany się realizuje i ten kraj jako pierwszy wkroczył w nową epokę w dziejach,
którą Jan Paweł II określił jako "epokę rodziny". My, Polacy, niestety tkwimy
jeszcze w innej epoce – epoce "walki z rodziną", co nie jest mądre. Potrzebujemy
zatem w dalszym ciągu politycznego pouczenia ze strony wielowiekowej instytucji
Kościoła katolickiego.
Marek Czachorowski
