Przecieki profilowane szkodzą

Z mec. Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem Jarosława Kaczyńskiego w
śledztwie smoleńskim, rozmawia Paulina Jarosińska

Warszawska prokuratura umorzyła pierwsze dwa z kilku śledztw o przecieki w
związku z postępowaniem w sprawie katastrofy smoleńskiej. Chodzi m.in. o
publikację tygodnika "Wprost" z listopada 2010 roku pt. "Prawda o Smoleńsku".
Prokuratura oceniła, że przecieki dziennikarskie nie wpłynęły jakkolwiek na
przebieg śledztwa.

– Powiem tak: w tym miejscu należy zadać pytanie, czy w ogóle prokuratura
zewnętrzna nieprowadząca śledztwa jest w stanie w sposób rzetelny udzielić
informacji, czy tzw. przecieki dziennikarskie zaszkodziły, czy nie zaszkodziły
śledztwu w sprawie katastrofy w Smoleńsku. Na to pytanie, w moim przekonaniu,
może odpowiedzieć tylko prokuratura, która to postępowanie prowadzi. Ja
zasadniczo stoję na stanowisku, że śledztwo smoleńskie jest tak wyjątkowym
śledztwem – dotkniętym licznymi przeciekami (które notabene wcale nie muszą
pochodzić z jednego źródła, czyli z prokuratury, ponieważ równolegle prowadzone
jest przecież śledztwo komisji ministra Millera) – śledztwem precedensowym i
należałoby rozważyć, czy nie powinno ono być jeszcze bardziej transparentne.
Owszem, są organizowane briefingi prokuratury, konferencje prasowe, jednak może
warto się zastanowić, czy jego przebieg nie powinien być szerzej dostępny dla
opinii publicznej. Pytanie: Dlaczego dozuje się informacje związane ze śledztwem
przy jednoczesnym umarzaniu śledztw w sprawie przecieków? Ktoś dokonuje
selekcji: akurat te informacje ujawniamy, a tych nie. Przecieki dziennikarskie i
tak doprowadzą do tego, że informacje nieujawniane zostaną upublicznione, rodzi
się tylko pytanie, czy aby na pewno w rzetelny sposób.
Jeżeli dziennikarze twierdzą, że są w posiadaniu lwiej części akt ze śledztwa,
to należy domagać się, aby była ona dostępna również dla opinii publicznej, a
nie tylko dla jakichś wybranych osób. Przy czym trzeba zdać sobie sprawę, że to
niekoniecznie prokuratura prowadząca śledztwo musi być źródłem tych przecieków,
które przecież są faktem. Zasadne jest więc pytanie, czy taka iluzoryczna
kontrola nad tym, co do mediów z przebiegu postępowania może się dostać, ma w
ogóle sens.

Zarówno pełnomocnicy rodzin, jak i same rodziny nieraz bardzo krytycznie
odnosili się do tzw. kaczek dziennikarskich, których celem było raczej
zmanipulowanie obrazu katastrofy poprzez wyrywanie z kontekstu zeznań, mieszanie
półprawd z kłamstwami, niedomówienia… Trudno te przecieki nazwać publikacjami
dążącymi do zaprezentowania stanu faktycznego.

– Uważam, że w sprawie śledztwa smoleńskiego przede wszystkim należy zachować
konsekwencję: albo ścigamy wszystkie przecieki, co mogłoby się wiązać z pewnymi
trudnościami, albo należy przyjąć, że to wyjątkowa sprawa i upubliczniamy na
bieżąco wszystkie informacje. Jest jeszcze aspekt, o którym pani wspomniała, a
mianowicie manipulacje: ten, kto dociera do akt ze śledztwa, jakąkolwiek
ścieżką, może tymi przeciekami manipulować i tym samym fałszować obraz
postępowania. Jeszcze inną sprawą jest to, że za każdym razem, kiedy pojawiają
się jakieś enuncjacje prasowe, powinno równolegle pojawić się stanowisko
prokuratury. Takie dementi pojawiło się po skandalicznych wypowiedziach Janusza
Palikota o rzekomym stanie nietrzeźwości pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Natomiast w istocie ogromna część publikacji o charakterze manipulatorskim nie
doczekała się żadnego stanowiska prokuratury, a przecież śledztwo ma taką
specyfikę, że budzi zainteresowanie opinii publicznej i mediów. Niebezpieczna
jest sytuacja, w której konkretne gazety czy portale mają dostęp do jakichś akt
ze śledztwa i publikują je w wybrany dla siebie sposób, pod jakąś tezę na
przykład, a prokuratura nie odnosi się do tego. Jest to narażanie opinii
publicznej na manipulacje. Takim rażącym przykładem była rzekoma kłótnia gen.
Andrzeja Błasika i mjr. Arkadiusza Protasiuka, która bardzo długa była w obiegu
medialnym. Dopiero post factum doczekaliśmy się stanowiska prokuratury w tej
sprawie. Podobnie było z naciskami, które istniały tylko w rzeczywistości
medialnej – prokuratura wykluczyła przecież ten wątek. Mało tego, prokuratura
nie dementowała na czas fikcyjnych doniesień – to znaczy tych, które nie miały
poparcia w materiale dowodowym. Powtórzę: od organów prowadzących śledztwo
powinniśmy oczekiwać konsekwencji – albo będzie ścigać wszystkie przecieki, albo
upubliczni śledztwo. Oczywiście nie może się to dziać ze szkodą dla
postępowania.

Czy według Pana przecieki, w sprawie których śledztwa zostały umorzone,
szkodziły śledztwu w sprawie katastrofy w Smoleńsku?

– Zasadniczo należy zastanowić się nad sytuacją, w której dana osoba przyznaje
się do tego, że jest w posiadaniu akt śledztwa, a nie jest do tego uprawniona.
Myślę, że prokuratura okręgowa, która umorzyła te śledztwa, nie była w stanie
ocenić, czy te przecieki spowodowały dla śledztwa jakąś szkodę, czy nie. Na
chwilę obecną nie jesteśmy w stanie tego wykluczyć. Jest to niewątpliwie
sytuacja bardzo niebezpieczna i powinniśmy oczekiwać teraz transparentnego
stanowiska. Może prokuratura opublikuje akta śledztwa? To niewątpliwie byłoby
lepsze rozwiązanie niż pozwalanie na manipulowanie opinią publiczną.

Dziękuję za rozmowę

drukuj