Mówmy o faktach, nie odczuciach
Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, byłym zastępcą dowódcy Wojsk
Lotniczych Obrony Powietrznej, mającym duże doświadczenie w wyjaśnianiu przyczyn
katastrof lotniczych, rozmawia Marcin Austyn
Za sprawą medialnych wystąpień płk. Edmunda Klicha powrócił temat nacisków na
załogę ze strony gen. Andrzeja Błasika. Akredytowany przyznał jednak, że bazuje
tu na własnych odczuciach, a nie dowodach.
– W badaniu katastrof – na etapie wstępnym – oczywiście można kierować się
odczuciami, ale trzeba też umieć wyważyć, co z tych odczuć można wziąć do
oficjalnych badań. Ekspert jednak nie powinien publicznie mówić o swoich
przypuszczeniach, ale winien sprawdzić, czy mają one odzwierciedlenie w faktach.
Kiedy już pracuje się na rzeczywistym materiale, na odczucia nie ma już miejsca,
bo najważniejsze są te wnioski, które płyną z analizy faktów. Wyrażanie poglądów
opartych na domniemaniach, z równoczesnym przyznaniem się do nieznajomości
materiału dowodowego w danym zakresie, jest – delikatnie mówiąc – niepoważne.
Akredytowany wykluczył awarię samolotu, sugerując, że piloci o niej nie
mówili i nie widać jej śladu w rejestratorach. To wystarczający dowód?
– Niesprawność samolotu w 90 procentach wykrywa się z zapisów czarnych skrzynek.
Proszę jednak zauważyć, że tych zapisów nigdy nam nie pokazano i trudno oceniać,
co w nich się znajduje. Z pewnością mając dane z polskiej skrzynki szybkiego
dostępu, można było wydobyć wiele informacji na temat lotu z 10 kwietnia 2010
roku, sadzę nawet, że więcej niż z rejestratorów katastroficznych. Te zapisy
pozwalają odczytać nie tylko to, czy samolot był do końca sprawny, czy też nie,
ale również można znaleźć tam ślady ewentualnego zamachu. Oczywiście parametry
tego wprost nie mówią, ale na podstawie ich analizy można domniemywać przyczyn
takiego, a nie innego zachowania maszyny. Przykładowo w normalnej eksploatacji
bardzo mało prawdopodobne jest, że wyłączają się równocześnie wszystkie silniki
samolotu. Z zapisów można odczytać, jak załoga sterowała samolotem. Na podstawie
analizy przeciążeń można wnioskować o tym, czy na pokładzie doszło do jakichś
anomalii, które mogłyby wskazywać np. na wybuch. Te zapisy to kopalnia wiedzy, a
my jedną taką kopalnię mamy. To skrzynka ATM, i jej analiza już dawno powinna
zostać zrobiona. Rosyjskie skrzynki – w zakresie badania sprawności samolotu,
trajektorii lotu – zapewne niewiele więcej wniosą. My jednak wyników wciąż nie
znamy i nasza obecna wiedza bazuje tylko na tym, co przekazali nam Rosjanie, na
tym, co nam odbili na ksero. Dlatego z niecierpliwością czekam na wyniki prac
polskiej komisji, bo może okazać się, że albo ktoś coś próbuje ukryć, albo
jesteśmy na tyle sprytni, by wytknąć stronie rosyjskiej wszystkie błędy i
nieprawidłowości w poczynionych ustaleniach na temat przebiegu katastrofy.
Teorię Klicha można zamknąć w tezie, że wszystkiemu winny jest generał
Błasik, bo to on jako dowódca Sił Powietrznych odpowiadał za złe wyszkolenie
załogi, a w dniu katastrofy na nią naciskał…
– Myślę, że przyjdzie czas, że wszyscy "eksperci" i "badacze" wypowiadający się
w podobny sposób odpowiedzą za swoje postępowanie. Takie nieustanne serwowanie
opinii publicznej bezpodstawnych ocen nie powinno mieć miejsca. Proszę zwrócić
uwagę, że w praktyce Edmund Klich jako akredytowany nic nie badał, a jedynie
przyglądał się temu, co robią Rosjanie. Trzeba też pamiętać, że w sprawie
okoliczności katastrofy samolotu Tu-154M to nie zdanie Klicha będzie się liczyć.
A skoro przyczyny tej katastrofy są takie oczywiste, to dlaczego komisja od
ponad roku nie może zakończyć prac nad swoim raportem?
Ekspert może posuwać się do emocjonalnych wystąpień uderzających w osoby,
które straciły bliskich, zarzucając im brak zainteresowania prawdą?
– Ekspert powinien postępować nieco inaczej, winien zachować wstrzemięźliwość i
pozostać przy kwestiach technicznych oraz ustaleniach związanych z badaniem
katastrofy. Z pewnością nie można badań mieszać z polityką.
Dziękuję za rozmowę.
