Jaka jest zgodność między Chrystusem a Beliarem?
W życiu społecznym funkcjonuje powszechnie od tysiącleci hasło o potrzebie
jedności i zgody. Jest ono bardzo słuszne i wspaniałe, jednakże musi być
właściwie rozumiane. Może być bowiem również znieprawione i używane jako
narzędzie do walki z innymi ludźmi w celu podporządkowania ich sobie, co np.
miało u nas miejsce w czasie niedawnej kampanii wyborczej przed wyborami
prezydenckimi. Dla ludzi i społeczności nierefleksyjnych hasło jedności może
kryć w sobie groźną zasadzkę pod pozorami piękna i wzniosłości.
Święty Paweł pisze: "Co łączy sprawiedliwość z bezprawiem? Cóż ma wspólnego
światło z ciemnością? Jaka jest zgodność między Chrystusem a Beliarem? Co łączy
wierzącego z niewierzącym? (…) Co ma wspólnego świątynia Boga z posągami
bożków? (2 Kor 6, 14-16). I oto wielu ludziom nierefleksyjnym może się wydawać
dziś, że Sobór Watykański II w życiu społecznym odrzucił tę naukę św. Pawła i
głosi w życiu społecznym jedność i zgodę sprawiedliwości z bezprawiem, prawdy z
fałszem, dobra ze złem, świętości z grzechem, Chrystusa z Antychrystusem, wiary
z ateizmem. Mówi się bowiem, że Sobór każe katolikom jednać się ze światem,
dialogować ze wszystkimi, rozwijać ekumenizm i reinterpretować Biblię i wiarę
dla osiągania zgodności ze współczesnymi prądami intelektualnymi. I faktycznie
tak uczą całe grupy nawet teologów zachodnich, oszołomionych liberalizmem.
Czego uczą św. Paweł i Sobór?
Uczą jednakowo o konieczności jedności i zgody z innymi ludźmi, ale tylko w
prawdzie, dobru, wierze w Boga, fundamentalnej moralności. Kiedy nie ma
wspólnych tych podstaw, to jedność ma sens tylko na obszarach neutralnych
aksjologicznie. W ogóle tych "innych" należy miłować jako ludzi, nie tylko ich
tolerować, i należy zgodnie współpracować z nimi, wspólnie prowadzić całe życie
społeczne, polityczne i kulturalne w tym, co prawdziwe, dobre, pożyteczne, ale
bez relatywizacji systemów, bez przechodzenia na ich systemy wartości, bez
mieszania naszych wartości z tamtymi wartościami i bez wyrzekania się swoich
podstawowych wartości także na płaszczyźnie życia publicznego. Czyli poglądy
osobiste inne nie mogą różnić się od publicznych. Jeśli wartości nasze i ich są
fundamentalnie sprzeczne, to taka jedność byłaby fałszywa, bezsensowna i
całkowicie rujnująca całe życie społeczne. W ten sposób katolicy niemieccy
znieprawili życie społeczno-polityczne, godząc się na system hitlerowski, tak
znieprawili Rosję prawosławni, utożsamiając się ze zbrodniczym stalinizmem, i
tak, niestety, znieprawiają życie, nie tylko państwowe, ale i kościelne,
współcześni katolicy, przyjmując wielki obszar zgodności z nihilistycznym
liberalizmem. I jest bardzo niepokojące to, że katoliccy teoretycy życia
społecznego często nie dostrzegają tych problemów.
Z kolei zasada jedności i zgody jest absolutnie konieczna wewnątrz danej
społeczności, choć tylko w sprawach fundamentalnych, jak np. jedna i ta sama
wiara wewnątrz Kościoła. Natomiast na całym obszarze spraw wtórnych zachodzą i
powinny zachodzić różnice w ujęciach, sposobach życia i realizacji celów na
drogach do dobra społecznego. Nasze bowiem ujmowanie prawdy czy wartości, nawet
najwyższej, jest zawsze aspektowe. I tutaj powinno być wiele kierunków i partii.
Wszakże pluralizm liberalistyczny, według którego wszystkie ujęcia są prawdziwe
i dobre, np. że Bóg istnieje i zarazem, że Bóg nie istnieje, jest
samozniszczeniem umysłu. Zresztą pluraliści są albo ciemniakami, albo oszustami,
gdyż w praktyce chcą, żebyśmy pod hasłem jedności i zgody przechodzili tylko na
ich pozycje.
Szczególnym przypadkiem jest ateizm społeczny i państwowy. Otóż ateizm
teoretyczny i praktyczny w wymiarze jednostkowym jest sprawą sumienia danego
człowieka i jest – możemy powiedzieć – uprawniony w życiu zbiorowym. Zresztą
może on być pokusą każdego człowieka, bo całą problematykę Boga i wiary wprost
trudno w głowie pomieścić. My, wierzący, takich ateistów szczególnie miłujemy,
choć w zatroskaniu ducha, i współpracujemy z nimi jak z braćmi. Z chwilą jednak,
gdy ateista, zwłaszcza społeczność lub organizacja ateistyczna, chce urządzać
nasze życie na bazie ateizmu, chce człowieka wierzącego i wspólnotę wierzących
ograbić z wiary i czyni to z nienawiścią do naszej wiary i do nas samych, to
jest to już wielkie zło moralne i przestępstwo prawne. Taki ateizm wojujący jest
wielkim złem społecznym i indywidualnym. Toteż nie możemy czuć się jednością w
sprawach ateistycznych. Zresztą ateizm społeczny niszczy samą istotę życia
społecznego, co można dostrzec w hitleryzmie, marksizmie, nihilizmie i
dzisiejszym liberalizmie skrajnym. Ostatnio widzimy dobrze, jakie spustoszenie
poczynił ateizm marksistowski w wyższych sferach rosyjskich. Trwa ono do dziś i
widoczne jest choćby w sposobie prowadzenia śledztwa w sprawie przyczyn
katastrofy smoleńskiej. Toteż Kościół katolicki w Polsce nie może się chować po
piwnicach, lecz powinien otwarcie i mężnie stawić czoła wojującemu ateizmowi
złych partii, a współpracować z tymi partiami na neutralnych obszarach dopiero
po zabezpieczeniu się przed bezwzględną agresją ateistyczną, którą teraz
niestety uprawiają np. SLD i inne ugrupowania ateizujące. Katolicy nie mogą być
w życiu społecznym tylko chłopcami do bicia przez wojujących ateistów. My, tzn.
nie tylko duchowni, ale także wszyscy polscy obywatele katoliccy, którzy też są
Kościołem. Musimy to zrobić, bo za kilkadziesiąt lat będą w Polsce rządzili sami
ateiści publiczni, bo już i teraz oni wiodą prym. Na przykład PiS jest dlatego
tak gwałtownie atakowane, że przychyliło się zdecydowanie do postawy
katolickiej. Również pan prezydent najchętniej odznacza wysokimi orderami
społecznych i politycznych ateistów. Widocznie uważa, że oni najlepiej Polsce
służyli i służą.
Szaleństwo władzy
Jakkolwiek od tysiącleci trwa walka o władzę, nieraz bratobójcza, to jednak,
jeśli ta władza jest zła, jeśli ma na celu tylko rozkosz władania ludźmi, a nie
dobro wspólne, to jest to wielka tragedia społeczna. U nas budzi się lęk, co
będzie się działo tuż przed wyborami jesiennymi, skoro już teraz partia źle
rządząca organizuje wszystkie siły, nie tylko swoje, ale i państwowe,
instytucjonalne i medialne, często niepewne co do legalności, żeby utrzymać się
przy władzy, choćby po trupach w sensie metaforycznym. Całe życie społeczne
zostało u nas zredukowane jedynie do wygrania wyborów i to zatruwa całą
atmosferę. Władza jest uważana za wartość wyższą niż sam człowiek i Bóg. Postawę
taką przypomina w pewnym sensie scena biblijna. Oto król żydowski Herod Wielki,
władca bardzo okrutny, ale wynoszący swą władzę wyżej od Boga, wpadł we
wściekłość, kiedy się dowiedział, że narodził się "nowy król Izraela" w sensie
religijnym: "Gdy to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima
(…) i kazał zabić w Betlejem i w całej okolicy wszystkich chłopców" (Mt 2,
3.16). Jeśli więc władza jest pojmowana i realizowana moralnie i po Bożemu, to
należy o taką władzę walczyć, bo od niej zależy prawie całość życia państwowego,
nie wolno jej zostawiać Beliarowi. Ale jeśli walczy się o władzę tylko dla niej
samej, dla samej pychy władzy i odrywa się ją od najwyższych wartości i od Boga,
co łączy się zwykle z deptaniem przeciwników i niszczeniem kraju, to dzieje się
wtedy bardzo ciężkie zło społeczne i ogromne nieszczęście. Z taką postawą
katolik nie może się jednoczyć, wręcz odwrotnie – musi społeczeństwo przed nią
ratować.
Jeszcze o RAŚ
Nie można się godzić na perfidną walkę o głosy na Śląsku z wykorzystaniem
szkodliwych idei Ruchu Autonomii Śląska. Oto Platforma Obywatelska z jednej
strony po cichu wspiera dążenia RAŚ do uznania "narodowości śląskiej", co wyszło
na jaw w wyborach samorządowych, w zamieszczeniu w spisie powszechnym pytania o
"narodowość śląską" i w ideowym wspieraniu daleko idącej regionalizacji państwa
polskiego, a z drugiej strony podniosła histeryczny krzyk, gdy Jarosław
Kaczyński mocno zanegował tendencje separatystyczne Śląska, i zarzuciła mu
perfidnie, że to on już uznał cały Śląsk za niepolski. Takie zagrania PO,
trwające już ponad trzy lata, bardzo zatruwają całą atmosferę życia publicznego
w Polsce. Nie można się na nie godzić.
Nie mówimy tu o całym Śląsku ani nawet o całym Górnym Śląsku, lecz tylko o RAŚ,
który niewątpliwie ma na celu ostatecznie całkowicie oderwać Śląsk od Polski.
Zanalizujmy krótko, co mówi szef RAŚ. Powtarza on wyraźnie: "Nie jestem
Polakiem, tylko Ślązakiem". Co to konkretnie znaczy? W sensie etnicznym oznacza
to narodowość nie polską, lecz śląską. W sensie obywatelsko-państwowym oznacza:
nie jestem obywatelem państwa polskiego, tylko śląskiego, zaś w sensie
historyczno-kulturowym – nie należę do kultury polskiej, tylko do śląskiej. Przy
tym śląskość została oddzielona od polskości, a nie została oddzielona od
niemieckości czy od śląskości niemieckiej, co już zahacza o problem granic. W
ogóle ideologów RAŚ cechuje duży mętlik pojęciowy, chyba po to, żeby ogłupić
resztę Ślązaków, których jest ok. 3-4 mln, a którzy byliby w autonomii tylko
masą służącą 200 czy 300 tysiącom Górnoślązaków.
Bez zgody na złą gospodarkę
Nie można tworzyć jedności z samochwalcami, którzy faktycznie prowadzą kraj do
ruiny gospodarczej, przyjmując – bardziej dosłownie niż Zachód – wszystkie
błędne doktryny ekonomiczne liberalizmu, ponoszące totalną już klęskę w Grecji,
Irlandii, Portugalii, Hiszpanii, we Włoszech i powoli w całej UE.
Rośnie u nas w niezwykłym tempie dług publiczny, który pod koniec roku 2011 może
sięgnąć 800 mld zł, i jeśli tak dalej pójdzie, to w roku 2060 wyniesie 500 proc.
PKB (prof. A. Kaźmierczak).
Następuje gwałtowny spadek rozwoju gospodarczego. Około 7 mln ludzi żyje na
granicy ubóstwa, a ok. 2 mln w nędzy. Mamy ponad 13 proc. bezrobotnych i ok. 500
tys. bezdomnych. Prawie połowa dzieci w szkołach jest niedożywiona. Z powodu
złej organizacji pracy miliony młodych Polaków wyjeżdżają za granicę za chlebem,
teraz zapewne około dwóch milionów wyjedzie do Niemiec. Naród Polski traci siły.
Źle się dzieje właściwie w każdej dziedzinie życia. Nie sposób tu wszystkiego
opisać. Wspomnijmy tylko, że gospodarze liberalni zapomnieli u nas o rzemiośle.
Brakuje rzemieślników. A rząd nie ma na to żadnego pomysłu. Ministerstwa są
zupełnie niekompetentne. Oto np. tnie się płace stażowe dla uczniów
przygotowujących się do rzemiosł, dając im 200 zł na miesiąc, podczas gdy Niemcy
zapraszają ich do siebie i w pierwszym roku nauki oferują im 3 tys. zł, a na
trzecim roku już 7 tys. złotych. A ministerstwo liberalistyczne ma wspaniałe
samopoczucie. Albo weźmy przykład z cukrem. W ciągu ostatnich lat nasi rządcy
zlikwidowali 20 cukrowni w kraju, niektóre – jak w Lublinie –
najnowocześniejsze, a prawie całą resztę sprzedali Niemcom. Teraz Polacy muszą
sprowadzać cukier z niemieckich cukrowni w Polsce, a ten już kilka razy
podrożał. W źle prowadzonej gospodarce unijnej jest po prostu dużo idiotyzmów, a
polskie władze to kupują, bo chcą być "postępowe".
Zły budżet ratuje się przez podniesienie podatku VAT, przez przeniesienie części
OFE na ZUS i przez liczne, ostrzejsze niż na Zachodzie, cięcia budżetowe, często
przy przerzucaniu bardzo wielu dziedzin na samorządy. Tnie się wszystkie
fundusze socjalne, likwiduje się niektóre szpitale, przychodnie, nawet oddziały
dziecięce, szkoły (w tym roku ma być zlikwidowanych ok. 500 szkół), niektóre
apteki, biblioteki, punkty oświatowe, mniejsze oddziały pocztowe, muzea,
placówki kulturalne, placówki dyplomatyczne. Wstrzymuje się repatriację w
szerszym zakresie. Okrawa się po części budżety na drogi, autostrady,
uniwersytety, na naukę, na wojsko, na kulturę, na studentów ubogich, na cały
szereg instytucji pozarządowych. Cofa się dotacje na czasopisma, zwłaszcza
patriotyczne. Wszystkich tych posunięć nie sposób wyliczyć. Dzieje się tak po
części dlatego, że władze są nieudolne i nie dokonują reformy podatków przed
wyborami, a po części dlatego, że są zafascynowane doktrynami unijnymi, dla
których ludzie niebogaci są "sami sobie winni" i nie powinni być specjalnym
przedmiotem troski w nowoczesnym państwie. Są oni przydatni współczesnej
arystokracji różnego autoramentu jedynie jako masa głosująca, która zresztą
powinna być odpowiednio manipulowana przez media.
Nie podzielamy błędnej tezy liberalizmu, że jedynie i wyłącznie prywatne
posiadanie przedsiębiorstw, firm, spółek i zakładów jest pożyteczne i sensowne
oraz że posiadanie społeczne i państwowe jest zawsze szkodliwe dla gospodarki.
Jest to dogmat sekciarzy. W tym duchu, niestety, prowadzi się u nas od roku 2009
prywatyzację ponad 170 tych jednostek, wśród nich nawet takich jak: Grupa Lotos,
KGHM Polska Miedź, Polska Grupa Energetyczna itd. (zob. "Nasza Polska",
6.10.2009, s. 4). Rząd myśli nawet o sprzedaniu wszystkich lasów. Kraj staje się
wyprzedany, nie mamy nic swojego, produkcyjnie jesteśmy bankrutem, wszystko
musimy kupować od obcych właścicieli. Tymczasem obcy nabywcy na początku długo
nie płacą podatków, szybko, wbrew umowom, zwalniają pracowników, często ukrywają
właściwe dochody, zarobki wywożą do swoich krajów i narzucają nam swoje prawa
gospodarcze. Powstaje wręcz wrażenie, że taką pełną i powszechną prywatyzację
powoduje od lat nieudolność rządzących, jednocześnie pozbawionych zmysłu
polskiego (por. Maria Adamus, "Nasza Polska", 21-28.12.2010).
Nie można również przechodzić na pozycje tych ministerstw, które rozwalają całą
służbę zdrowia, oświatę polską, edukację i szkolnictwo wyższe. Przecież służba
zdrowia jest tak "reformowana", że spośród uboższych będą się mogli leczyć tylko
nieliczni szczęśliwcy. Edukacja zaś niszczy ducha dzieci i młodzieży. A
uniwersytety, poza "flagowymi", będą musiały zejść do poziomu jakichś prywatnych
kolegiów samowystarczalnych finansowo. Ostatnio wywołało sensację to, że pewna
wysoka figura zrobiła trzy proste błędy ortograficzne w jednym krótkim zdaniu.
Ale po takim "zreformowanym" nauczaniu liberalnym absolwent będzie mógł bić
rekordy Guinnessa, robiąc w jednym słowie kilka błędów ortograficznych: zamiast
"Łódź" pisząc po prostu "uć".
Nie ma jedności między prawdą a fałszem
Zgadzać się możemy tylko z politykami i władcami, którzy nie traktują polityki
jako jedynie sztuki oszukiwania, grabienia i zdobywania sobie głosów ciemnych
lub złych obywateli, lecz traktują ją jako zaszczytne powołanie do pełnego
służenia społeczeństwu na sposób materialny i duchowy. Nie możemy się godzić na
politykę opartą na ideologii liberalnej, która ostatecznie zmierza do ateizacji,
zniesienia ogólnoludzkiego kodeksu moralnego, niszczenia najwyższych wartości, a
przez to w dużym stopniu sprzyja zakłamaniu, korupcji, złemu prawodawstwu,
deprawacji dzieci i młodzieży, narkomanii, znieprawieniu sądownictwa i do
ogólnej przestępczości (w 2011 r. w Polsce działa ok. 500 grup przestępczych).
Nie możemy poczuwać się do jedności z premierem, który dąży uparcie do
zniesienia, wywalczonej z trudem przez Lecha Kaczyńskiego, klauzuli chroniącej
Polskę przed złą Kartą Praw Podstawowych i który nadal powtarza, że "polskość
jest nienormalnością" i że "patriotyzm polski to romantyzm" ("Gazeta Wyborcza",
19-20.03.2011), czyli jest czymś pozbawionym realizmu i wartości. Dla katolików
polskich nie może być wzorcem etycznym Elizabeth Taylor, która 8 razy wychodziła
za mąż, w tym 2 razy za tego samego mężczyznę. Nie pochwalamy też dewaluacji
polskości, według której jeśli ktoś tylko dłużej i mocniej atakuje polskość, to
zaraz otrzymuje wysokie ordery. Nie służy to jednoczeniu Polaków, lecz
relatywizacji patriotyzmu.
Nie możemy się godzić z PO, która redukuje życie państwa do samej partii. W
rezultacie Polską nie rządzi rząd polski, lecz rząd propartyjny i stąd
traktowanie wszelkiej opozycji jako wrogów całej Polski. Przy czym znowu życie
wewnątrz partii sprowadza się do walk frakcyjnych (akurat to samo, co prof. Adam
Gierek zarzuca PZPR w ostatniej fazie). Okazało się nawet, że Jerzy Buzek,
przewodniczący Parlamentu Europejskiego, nie reprezentuje tam Polski, tylko samą
PO, popiera ją na wszystkie sposoby w wyborach, nie przyszedł na wysłuchanie
publiczne w sprawie katastrofy smoleńskiej i nie przysłał żadnego ze swych 14
zastępców w PE. Może według Unii Europejskiej są w Europie tylko cztery państwa,
a reszta to zwykłe regiony, a może według Parlamentu Europejskiego nie ma już
państwa polskiego, jest tylko region nadwiślański?
Nie możemy godzić się na degradowanie kultury polskiej, materialnej i duchowej.
Liberalizm niszczy wszystkie wyższe wartości, a także autorytety, szczególnie
rodziców, bohaterów, profesorów, lekarzy, nauczycieli, doskonałych fachowców,
księży i wielkich moralistów. W tym ujęciu jakże często literatura staje się
plugawa, co zresztą jest kanonem dla postmodernistów. Kiedy ktoś np. napisał
książkę komiksową dla Polaków i Niemców "Chopin. New Romantic" językiem wprost
obrzydliwym, to nie miał sobie nic do zarzucenia, bo taki ma być dziś trend
literacki, "by Chopin nie wyszedł nadęty, uczesany i prostolinijny". Czyli
człowiek wielki i godny to sama nuda i politura.
Nie możemy się swatać z monopolistami mediów w postaci układu PO, SLD, PSL i
"Gazeta Wyborcza". Nie możemy się zgadzać ani z wyrzucaniem z mediów programów
rzetelnych, obiektywnych, patriotycznych i niecmokających władzy, ani z
programami nierzadko czysto propagandowymi, antypolskimi i antyreligijnymi. W
tej sytuacji zrozumiałe jest, że są tak gwałtownie zwalczane Radio Maryja i
Telewizja Trwam, gdyż mają autentyczną wartość, choć są ubogie. W mediach często
się mówi, że dla uzyskania jedności społecznej "trzeba nam zmienić język". Otóż
nie język, lecz treść, myślenie, po prosu trzeba przestać językiem oszukiwać.
Nie możemy się zgadzać z niskim poziomem intelektualnym mediów na płaszczyźnie
społeczno-politycznej i filozoficznej. Co bardziej inteligentni, zdolni i prawi
dziennikarze są usuwani na bok. Można wybaczyć nieudolne wystąpienia niektórych
polityków słabo wykształconych, przez to bardziej podatnych na otumaniającą
propagandę, ale jak usprawiedliwić najwyższe autorytety naukowe i państwowe,
które tak mówią, jakby przyleciały z Marsa i już niczego nie rozumiały.
Ciągle zarzuca się jeszcze, że pisowcy, patrioci i tradycjonaliści religijni
podzielili Polskę na dwie części. Czyż nie widzą, że podział ten powstał już
przy Okrągłym Stole, a nawet wcześniej, już w "Solidarności" w 1981 r., kiedy to
liberałowie nie chcieli dopuścić, by powstała Polska II Rzeczypospolitej? Potem
PiS i PO utworzyły dwie koncepcje Polski. A najostrzejszy konflikt wszczął
Bronisław Komorowski, który po wyborze na prezydenta zażądał usunięcia Krzyża
Pamięci, proklamując, zgodnie z UE i Unią Wolności, że Polska będzie państwem
ateistycznym, a religia musi zejść do prywatności. Dlaczego komentatorzy,
zarówno świeccy, jak i duchowni, nie mogą zrozumieć, że motywem usunięcia krzyża
była ostatecznie ateizacja państwa? Normalni Polacy nie chcą państwa
ateistycznego. Żeby więc ten wielki konflikt wygasić, musiałby prezydent zmienić
koncepcję państwa polskiego i przeprosić katolików. Bez tego nie będzie jedności
i zgody między katolikami a ateistami publicznymi.
Nie można wreszcie zgodzić się z tymi, którzy walczyli z patriotyczną koncepcją
Polski, poniewierali jej prezydentem Lechem Kaczyńskim, chcieli mu odebrać
wszystkie kompetencje polityczne, nie dopuszczali go do Katynia i obierali
politykę uległości wobec Niemiec, a przede wszystkim Rosji. Większość mediów
mówi obłudnie, że chodziło tylko o różnice osobowe między Tuskiem a Kaczyńskim.
Nie! Chodziło o koncepcję Polski. Najgorzej, że ta prawie wasalska koncepcja
Polski wobec Rosji nadal jest podtrzymywana, mimo że w trakcie badań nad
katastrofą smoleńską Rosja okazuje się bardzo brutalna, butna i zakłamana.
Dobrym obrazem tego jest też zdjęcie 9 kwietnia br. polskiej tablicy z kamienia
upamiętniającego katastrofę w Smoleńsku – nocą, tajnie, bez powiadomienia na
czas Polaków i tuż przed przyjazdem Anny Komorowskiej z częścią rodzin
smoleńskich, a później prezydenta Bronisława Komorowskiego. Przy tym Rosjanie
znowu brutalnie oszukują. Powiadają, że chodzi jedynie o to, by był również
napis w języku rosyjskim na ziemi rosyjskiej, tymczasem chodzi nie tyle o język,
ile o treść. Rosjanie nie mogli ścierpieć, że polski tekst mówił o Katyniu i o
zbrodni ludobójstwa oraz nadawał wydarzeniu charakter polityczny. Według nich,
byli to cwaniacy polscy, którzy wbrew Władimirowi Putinowi i Donaldowi Tuskowi
lecieli sobie do Katynia, żeby ukazać światu rosyjskie ludobójstwo na Polakach.
I przez to polskie cwaniactwo zginęli tak po prostu, z własnej winy. Mentalność
rosyjską niełatwo zrozumieć, ona nie jest ani europejska, ani łacińska.
Żeby tworzyć jedność i zgodę przy różnych postawach zasadniczych, różnych
koncepcjach człowieka, życia, wartości, polityki, państwa, narodu, Kościoła,
trzeba dogłębnych analiz, dyskusji między stronami, a przede wszystkim moralnej
i dobrej woli. Owszem, można się jednoczyć na płaszczyźnie praktycznej w
sprawach drugorzędnych, ale nie w sprawach fundamentalnych i przy jawnym łamaniu
podstaw etycznych. Trzeba, żeby u nas obie strony, PO i PiS, ujawniły
społeczeństwu do końca swoje programy, ostateczne cele i założenia ideowe, i
wtedy żeby były gotowe pójść mimo wszystko w pewnych kwestiach na kompromis.
Nawoływanie z zewnątrz: "pogódźcie się, bo jesteście obie winne", jest banałem.
Nie można też mówić, że obie partie są niewinne. Kiedyś mój kolega godził
rozrywające się małżeństwo: brał każdą stronę osobno, wysłuchiwał ją i obu
stronom przyznawał całkowitą rację w ich żalach. Nie miało to sensu. Z czasem
małżonkowie pogodzili się sami, kiedy wyłożyli sobie nawzajem wszystkie
bolączki. Toteż i co do Polski trzeba w obliczu Boga i sumienia określić
dokładnie żale obu stron, wytknąć błędy lub winy z żądaniem ich usunięcia. Jeśli
któraś partia, PO czy PiS, tudzież SLD, trwa w wielkich błędach i winach, a nie
chce ich usunąć, to świadomi wyborcy powinni okazać jej całkowitą dezaprobatę.
Oczywiście, muszą tu odegrać swoją rolę media: rzetelne, mądre i etyczne. Nasze
obecne – poza Radiem Maryja i Telewizją Trwam – takich cech w należytym stopniu
nie wykazują. I tu jest ból (nie bul). W każdym razie nie może być jedności
dobra ze złem, prawdy z fałszem i wartości z antywartościami.
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
