Wstyd prezydenta

Nikogo, kto śledził wydarzenia minionego roku, chyba nie zaskoczył fakt,
że reakcja strony polskiej na haniebną zamianę przez Rosjan tablicy
upamiętniającej ofiary katastrofy w przededniu spotkania Bronisława
Komorowskiego z Dmitrijem Miedwiediewem w Smoleńsku była znikoma. Prezydent
Polski postanowił po prostu… nie zareagować. Za spektakularny sukces polskiej
dyplomacji trzeba zatem uznać wieńce składane pod brzozą i dziękować Bogu, że
nie pod pomnikiem-czołgiem upamiętniającym bohaterską Armię Czerwoną, który
znajduje się nieopodal lotniska Siewiernyj. Rosyjska prowokacja wcale nie
przeszkadziła także prezydentowi w "niedźwiedzich" uściskach z Miedwiediewem.

Za nami pierwsza rocznica katastrofy polskiego samolotu Tu-154M, w której śmierć
ponieśli prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński, jego małżonka
Maria, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, a także 93
członków delegacji. Zginęli parlamentarzyści, szefowie naczelnych instytucji
państwa polskiego, dowódcy wojskowi, duchowni, przedstawiciele Rodzin
Katyńskich, kombatanci, piloci i funkcjonariusze BOR.
Przygotowania do uroczystości zaczęły się symbolicznie: w nocy z 8 na 9 kwietnia
w Smoleńsku Rosjanie pod osłoną nocy zdjęli tablicę upamiętniającą ofiary
katastrofy smoleńskiej, którą zamontowali jeszcze w listopadzie ubiegłego roku
bliscy ofiar. Napis na tablicy wyjaśniał też, dlaczego przed rokiem tak liczna
reprezentacja polskiej elity zdecydowała się tam pojechać; że była to 70.
rocznica sowieckiej zbrodni ludobójstwa w Lesie Katyńskim dokonanej na jeńcach
wojennych, na oficerach Wojska Polskiego w 1940 roku. I to właśnie strona
rosyjska w przeddzień uroczystości postanowiła zniszczyć. Polski napis, dający
świadectwo prawdzie, zastąpiono wersją rosyjską, gdzie nie ma słowa o celu
wizyty prezydenta RP i delegacji. Niestety, nasuwa się nieodparte wrażenie, że
wydarzenia te znakomicie wpisują się w strategię premiera Donalda Tuska i
polityków PO, którzy wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego potraktowali jako
wizytę niemalże prywatną, a co najgorsze – zbędną. Prowokację tę trafnie
skomentował o. Roman Majewski podczas Mszy Świętej na Jasnej Górze: "Któż z nas
mógłby się spodziewać, że w samą rocznicę smoleńskiej katastrofy będziemy mieli
jeszcze jeden wbity nóż w serce Narodu?".

Polityka miłości zza stalowych barierek
Równolegle w Warszawie służby podległe rządowi nie próżnowały. Już wieczorem 9
kwietnia funkcjonariusze Wydziału Terroru Kryminalnego Komendy Stołecznej
Policji zatrzymywali uczestników manifestacji, która przyszła pod Pałac
Prezydencki. Ufortyfikowano okolice Pałacu Prezydenckiego i, o dziwo, kancelarii
premiera (mimo że przed nią nie były przewidziane żadne uroczystości) zasiekami
w postaci stalowych barier, funkcjonariuszy policji przypominających zakutych od
stóp do głów rycerzy spod Grunwaldu lub co najmniej wartowników sprzed
kancelarii Rzeszy, a także ukrytych po bocznych uliczkach armatek wodnych. Cóż,
jakoś trzeba było się odgrodzić przed "zdziczałym tłumem", którego celem był
zapewne szturm na siedzibę naszego pierwszego obywatela. To wszystko oczywiście
mieści się w ramach polityki miłości i bliskości. Ani rządząca PO, ani
wspierające ją tak gorliwie elity i znaczna część mediów kompletnie nie
rozumieją, że ludzie w pierwszą rocznicę katastrofy chcieli przyjść i przyszli
pod Pałac, pragnąc oddać hołd ofiarom i dać dowód pamięci o nich. Przyszli
także, by zamanifestować swoje niezadowolenie z powodu nieudolności władz
państwowych w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy, zaniepokojeni więcej niż ugodową
postawą, jaką polski rząd przyjął wobec Moskwy. Wspomnijmy choćby brak
zdecydowanej reakcji premiera na skandaliczny raport MAK, bierność rządzących
polityków wobec takich faktów, jak zmanipulowanie zapisów rozmów w kokpicie
pilotów, niszczenie wraku samolotu, nieprzekazywanie polskiej stronie czarnych
skrzynek. Także ta ostatnia prowokacja, związana z zamianą płyt, każe zadać
pytanie o granice tej ugodowości – jak daleko jeszcze Rosjanie mogą się posunąć,
by premier Tusk zareagował? Ci, którzy przyszli na Krakowskie Przedmieście,
przyszli też zapytać, jak długo jeszcze politycy PO będą odwlekać kwestię
związaną z postawieniem pomnika ku czci prezydenta RP i pozostałych 95 ofiar tej
katastrofy?

Jak bardzo ta władza musi się bać…
Polacy na Krakowskim Przedmieściu nie tylko nie spotkali się ze zrozumieniem
rządzących, ale zastosowano wobec nich działania, które jako żywo przypominają
praktyki władzy z czasów PRL. Bezprawne działania służb mundurowych, które 10 i
11 kwietnia w brutalny sposób utrudniały złożenie wieńców i zapalenie światełek
pamięci kilkunastu parlamentarzystom (a jakże – z Prawa i Sprawiedliwości),
które zlikwidowały legalną manifestację Stowarzyszenia Solidarni 2010 i
Stowarzyszenia KoLiber, wołają o pomstę do nieba. Podczas pacyfikacji
przeprowadzonej przez straż miejską, która pod rządami prezydent Hanny
Gronkiewicz-Waltz stała się narzędziem jej walki politycznej, został brutalnie
pobity i zatrzymany dziennikarz "Gazety Polskiej". Był tam dlatego, że zgodnie
ze swoją profesją sumiennie relacjonował przebieg wydarzeń przed Pałacem
Namiestnikowskim. Strażnicy miejscy czy policjanci to często
dwudziestokilkuletni młodzieńcy, którzy po prostu dostają rozkazy od
przełożonych, a ci z kolei sterowani są, niestety, przez polityków obozu
rządzącego. Szefem warszawskiej straży miejskiej jest były kierowca Hanny
Gronkiewicz-Waltz z czasów, gdy pracowała ona w Narodowym Banku Polskim. Pod
rządami PO to czysto polityczna funkcja, służąca walce z tymi, których partia ta
uznaje za przeciwników. I nie ma to nic wspólnego z praworządnością. Polacy na
Krakowskim Przedmieściu nie tylko nie doczekali się szacunku czy zrozumienia.
Byli też bezpardonowo obrażani. Podejście rządu i PO do uroczystości
rocznicowych przed Pałacem Prezydenckim najtrafniej skomentował, niezastąpiony
po odejściu Janusza Palikota, wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski w jednym z
kanałów informacyjnych, mówiąc, że "to jest chamstwo, chuligaństwo polityczne, i
nie ma powodu, żeby z tymi ludźmi rozmawiać. Burdy zostaną spacyfikowane. Nie
uda im się zmienić miejsca przed Pałacem w jakiegoś rodzaju cmentarzysko". A co
takiego wydarzyło się na Krakowskim Przedmieściu w tych dniach, że można używać
w stosunku do ludzi, do obywateli tego kraju, słów do bólu przypominających
słowa Alaksandra Łukaszenki po aresztowaniu wszystkich jego kontrkandydatów w
wyborach prezydenckich, a także kilkuset ich zwolenników? Co najbardziej
zabolało pana marszałka i jego partyjnych kolegów? Te kilkadziesiąt tysięcy
osób, które tego dnia przyszły na Krakowskie Przedmieście, bezlik
biało-czerwonych flag, a może pokazy niewygodnych dla władzy filmów "Mgła",
"List z Polski" czy w końcu to, że ludzie krzyczeli: "Rząd pod sąd"? Bo nawet
nie śmiem przypuszczać, że zabolało najczęściej krzyczane: "Bóg, Honor i
Ojczyzna" – chociaż czasem sam już zaczynam powątpiewać… Jak bardzo ta władza
musi się bać, że widzi zagrożenie w filmach i okrzykach…

"Hipokryzja jest wstydliwością łajdaków"
Jakże inaczej ci sami ludzie, te same media, te same "autorytety" reagowały, gdy
w 2007 roku pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów "spontanicznie" powstało tzw.
białe miasteczko pielęgniarek, paraliżujące przez pierwsze dni centrum stolicy.
Ówczesnym władzom Warszawy w żadnym stopniu to nie przeszkadzało, chociaż
nielegalnie rozbitych było ponad 100 namiotów. Pani Hanna Gronkiewicz-Waltz,
odejmując sobie zapewne od ust, przywoziła strajkującym torby pełne hamburgerów.
Taka sytuacja trwała przez prawie miesiąc, aż do połowy lipca, nie wspominając o
równoległej okupacji przez siedem przedstawicielek pielęgniarek siedziby
kancelarii premiera. Co więcej, protestujące w blasku fleszy odwiedzali coraz to
nowi politycy z Hanną Gronkiewicz-Waltz (ówczesną i obecną prezydent Warszawy),
Ewą Kopacz, Ryszardem Kaliszem czy Jolantą Kwaśniewską na czele, obiecujący im
góry złota, zagrzewający do walki przeciw IV Rzeczypospolitej i "reżimowi
kaczystów". Ale, co najważniejsze, ten w gruncie rzeczy nielegalny protest,
łączący się przecież z bezprawnym zajęciem pasa drogowego, cieszył się wielkim
poparciem mediów. Dziennikarze związani z TVN, "Gazetą Wyborczą" czy Radiem Zet
mieli tam własne studia reporterskie, z których na bieżąco relacjonowali każde
westchnienie pielęgniarek, a także apelowali wręcz do warszawiaków o pomoc:
śpiwory, koce, czyli wszystko to, co niezbędne jest w tego typu sytuacji. Dziś w
tych samych mediach możemy obejrzeć i przeczytać następujące nagłówki: "Żałoba i
pogarda", "Ta tablica musiała zniknąć" czy "Rocznica przeciw Platformie". Cóż,
na tym przykładzie widać, jak ponadczasowe okazały się słowa Demostenesa:
"Hipokryzja jest wstydliwością łajdaków".

Credo polityki prezydenta i premiera
Przy tej okazji nie sposób nie odnieść się do wywiadu, jakiego udzielił
prezydent Komorowski redaktor Barbarze Czajkowskiej z zagarniętej przez
Platformę Obywatelską TVP. W dwa dni po pierwszej rocznicy katastrofy
dziennikarka niekryjąca się ze swym zachwytem wobec prezydenta, ale też z bliską
przyjaźnią z obecnym prezesem TVP, prowadziła rozmowę jak za dawnych czasów.
Przywołuje ona wspomnienie z PRL. Oto ten sam schemat: mądra władza i
wichrzyciele na ulicach. Abstrahując już od wyglądu i manier Komorowskiego,
który w swoim stylu potraktował dziennikarkę, w pierwszej kolejności nalewając
herbaty sobie i dopiero po jakimś czasie reflektując się, że nie zaproponował
gościowi… Najgorsze jednak jest to, co Bronisław Komorowski mówił. Według
opinii prezydenta (wygłoszonej z pełną powagą i w mentorskim tonie), sprawę
zamiany tablicy na kamieniu upamiętniającym ofiary katastrofy smoleńskiej można
zamknąć jednym zdaniem: "jest wstydliwa dla obu stron". Rzeczywiście, po tym, co
w tej sprawie zrobił prezydent Polski, sprawa ta jest zdecydowanie wstydliwa nie
tylko dla Rosjan. Także, a może z naszego punktu widzenia przede wszystkim, dla
polskiego prezydenta. Cóż, chciałoby się powiedzieć: "Gratuluję Panu wstydu,
Panie Prezydencie…" – przenikliwość godna Sherlocka Holmesa, niemniej
porażająca. Najgorszy jest jednak fakt, że zarówno "błyskotliwą" odpowiedzią na
to pytanie, jak i inne, ot chociażby w sprawie nieprzekazania wraku tupolewa czy
czarnych skrzynek, prezydent znakomicie wpisał się w sposób narracji i
propagandy Rosjan. Bronisław Komorowski dał im w ten sposób wyraźnie do
zrozumienia, że mogą pozwolić sobie na jeszcze więcej, bo mają w nim sojusznika,
który zawsze stanie po ich stronie, będzie ich tłumaczył. Zresztą nie pierwszy
raz prezydent Komorowski mówi tak, jakby dzień zaczynał od lektury "Kommiersanta".
Niedługo po katastrofie znał jej przyczyny: "Sprawa katastrofy jest arcyboleśnie
prosta", stwierdził prezydent, winą obarczając pilotów i złe warunki
atmosferyczne. I rosyjski raport w pełni potwierdził jego słowa. Według
Bronisława Komorowskiego, "należy również spuścić kurtynę milczenia nad tym, co
mówi Jarosław Kaczyński. To gdzieś się po jakimś czasie wypali. Albo swoje zrobi
czas, albo swoje zrobią wyborcy…". Wydaje się, że tu zupełnie nieświadomie
zostało sformułowane credo polityki prezydenta, premiera i całej PO w kontekście
wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Milczenie, walka z pamięcią, walka z
symboliką z nią związaną, kneblowanie ust myślącym inaczej, domagającym się
prawdy i przejście nad tym wszystkim, co się stało, do porządku dziennego. Ale
Komorowski się myli. Jestem pewien, że mimo upływu czasu Polacy nigdy nie
zapomną, jak zachowali się wobec tej największej od czasów wojny tragedii
narodowej ich przedstawiciele, i nadejdzie czas, że ich rozliczą. Także
prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zwłaszcza że prócz odpowiedzialności
politycznej spoczywa na nich także odpowiedzialność przed historią. Myślę nawet,
że już można im współczuć – ich nazwiska w historii zapisane będą w sposób,
który jeszcze ich potomkom – tak jak było to w przypadku twórców Targowicy –
będzie przynosił powód do wstydu.

 

Jakub Opara
 

 


Autor jest byłym urzędnikiem Kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

drukuj