Donalda Tuska ucieczka w Dolomity

Ekipa Donalda Tuska zapisze się w historii fundamentalnymi zaniedbaniami,
które zahamują rozwój Polski. Nie potrafi zbudować państwa zdolnego do
wyznaczania sobie strategicznych celów rozwoju i realizacji wielkich projektów.

Premier zdecydował się zdać sprawę z dokonań własnego rządu, po raz kolejny
opowiedział także o tym, jakie ma plany ("Czego dokonaliśmy, co nam się udało",
"Trzecia fala nowoczesności", "Gazeta Wyborcza"). Można czasem odnieść wrażenie,
że najbardziej zapadające w pamięć momenty kończącej się kadencji premiera
dotyczyły właśnie prezentacji planów. A to trzygodzinne exposé, w którym złożył
196 obietnic, a to laptop dla każdego dziecka, wejście do strefy euro w ciągu
trzech lat zadeklarowane na forum w Krynicy, chemiczna kastracja pedofilów,
walka z dopalaczami czy "ofensywa legislacyjna" poparta deklaracją
"przeprowadzenia się do Sejmu" i "pilnowania parlamentu". Do tego kilka
dokumentów w rodzaju "Plan rozwoju i konsolidacji finansów publicznych
2010-2011", którym rząd chwalił się przez rok, choć do tej pory nie znalazłem
osoby, która byłaby pewna, czy rząd ten plan w ogóle przyjął.

Z premiera wójt
W tej kadencji parlamentu uchwalono dotąd 785 ustaw, co jest pod względem
ilościowym wynikiem porównywalnym jedynie z liczbą ustaw uchwalonych przed
akcesją Polski do Unii Europejskiej, kiedy implementowano do polskiego prawa
acquis communataire. Rozumiem, że ten imponujący wynik wskazywać może, że rząd
na serio potraktował "zajęcie się sprawami wielkimi, ale też z pozoru małymi, co
wiąże się z mozolną zmianą przepisów poutykanych w setkach różnych ustaw". Ale
może wobec tego Donald Tusk niekoniecznie powinien chwalić się sukcesami w
układaniu sieci wodociągowej. Jak słusznie wytknął mu w swojej polemice w
"Rzeczpospolitej" Jarosław Kaczyński, premier w dużej części swojego tekstu mówi
z perspektywy wójta, burmistrza lub marszałka województwa, a nie szefa państwa.
To, co uderza w lekturze tekstów premiera, to poruszanie się pomiędzy
zrealizowanymi konkretami małej skali a planowanymi ogólnikami w skali większej.
Niestety, w dużej części sprawy zrealizowane są sukcesami samorządów, którym
obecnie rząd przykręcił kurek z pieniędzmi, aby zrekompensować własną niechęć do
zmian strukturalnych w budżecie państwa. Natomiast wszystkie działania wielkiej
skali – ani te realizowane, ani te wciąż pozostające w sferze planów – nie
składają się na jakiś systemowy projekt. Nie kwestionując zasadności walki z
setkami drobnych absurdów administracyjnych, najważniejszym zadaniem polskiego
premiera jest to, przed czym Donald Tusk broni się rękami i nogami. Po pierwsze,
nazwanie najważniejszych problemów Polski. Po drugie, budowa państwa zdolnego do
wyznaczania sobie strategicznych celów rozwoju, kumulowania rozproszonych
zasobów, oraz sprawna realizacja projektów wielkiej skali, zwiększających
potencjał wzrostu.

Bez państwa ani rusz
Z całego morza drobiazgowych dokonań i dużych niedokonań Donald Tusk powinien
wyciągnąć wniosek, że do projektów dużej skali potrzebna jest sprawna aparatura
dużej skali, czyli projekt największy – silne państwo polskie. Jeżeli jednak
premier pisze, że siłą państwa jest dziś siła gospodarki, to popełnia oczywisty
błąd kategorialny i pokazuje, że nie rozumie, czym jest państwo i na czym polega
jego gospodarcza rola. Posługuje się kliszą intelektualną, uniemożliwiającą mu
dobre zrozumienie relacji państwa i gospodarki, a w konsekwencji odrzuca
podstawowy instrument rozwojowy, bez którego nikomu nigdzie nie udało się szybko
nadgonić zapóźnienia – państwową politykę gospodarczą. Innymi słowy, ekipa
Donalda Tuska zapisze się w historii fundamentalnymi zaniedbaniami, które już
niemal na pewno podkopią rozwój Polski w co najmniej średnim okresie. Co
ciekawe, premier nie wspomina o nich, nawet wyliczając swoje porażki.
Donald Tusk ma olbrzymią szansę przejść do historii jako człowiek, który
zlikwidował przemysł w Polsce. Brak "nabywców na polskie stocznie" oznacza
niemal na pewno likwidację tej branży jako dużego sektora polskiej, ale i
europejskiej gospodarki. I nie chodzi tu bynajmniej o miejsca pracy, bo ich
akurat może ostatecznie nie zabraknąć na miejscu starych zakładów. To, co
uderza, to fakt, że rząd uznał, iż można bez większego żalu zlikwidować cały
system produkcyjny, jedyny chyba, który w Polsce lokował proces od projektu do
produktu. I to w branży niebywale istotnej dla dynamiki gospodarki globalnej –
bo umożliwiającej handel na dużą skalę. Co więcej, nie umiał wymusić na Unii
Europejskiej, by przyznała, że rynek statków nie jest lokalny, ale globalny i że
istnienie stoczni w Polsce leży w interesie całej Unii, skoro już dziś większość
statków produkuje się w Azji. To á propos tego, co tak naprawdę znaczy "nie bać
się mieć własnego zdania, odmiennego niż inne państwa". (Notabene nie jest
prawdą, że polski rząd nie stymulował gospodarki w kryzysie. Owszem, stymulował,
choć niekoniecznie większymi wydatkami, ale mniejszymi podatkami. Polska
przeszła przez kryzys dzięki impulsowi fiskalnemu sięgającemu niemal 4 proc. PKB).

Pakiet klimatyczny
wygasi gospodarkę

Likwidacja branży stoczniowej w Polsce to tylko przygrywka do widma kompletnej
niemal deindustrializacji naszego kraju. Już dziś polska gospodarka wyraźnie
odstaje poziomem uprzemysłowienia od czeskiej czy niemieckiej. W świetle
ostatniego kryzysu fakt ten nie powinien napawać nas bezkrytycznym entuzjazmem,
bo dominacja usług w gospodarce bynajmniej nie jest oczywistym miernikiem jej
nowoczesności. Premier nie umieścił na liście swoich porażek głównej przyczyny
naszych niepokojów o gospodarczy rozwój Polski – tj. nieudolnych negocjacji w
sprawie pakietu klimatycznego. Po prostu zwalił wszystko na Lecha Kaczyńskiego,
tak jakby to jego administracja przygotowywała argumenty, prowadziła proces
negocjacyjny, nie mówiąc już o sytuacji, w której polski premier wytrącił broń z
ręki polskiemu prezydentowi, na samym początku ostatniej rundy negocjacji,
ogłaszając, że użycie weta nie wchodzi w grę (weta skutecznego mimo wymogu
osiągnięcia większości).
Pakiet klimatyczny, w takiej postaci, w jakiej go przyjęto, nie tylko grozi
Polsce tym, że cena energii elektrycznej – i tak już jedna z wyższych w Europie
– wzrośnie o 40-80 procent. Skutkiem tego może być zanik całych branż, takich
jak papiernicza, cementowa czy hutnicza. Wzrost bezemisyjny w kraju tak dużym,
biednym i słabo rozwiniętym infrastrukturalnie jak Polska jest mrzonką. Nawet
przy gigantycznych inwestycjach – oczywiście państwowych, bo przecież nie
prywatnych – w nowe technologie energetyczne, przekraczających kilkakrotnie
budżet całej polskiej nauki, skokowy wzrost kosztów energii zabierze nam kilka
procent PKB. Ale problem z pakietem klimatycznym to dziś przede wszystkim
problem z inwestycjami w polskiej energetyce. Lub raczej ich brakiem. Niepewność
co do reguł, ale też i przewidywane koszty produkcji właściwie uniemożliwiają
domknięcie projektów inwestycyjnych.
Jedna elektrownia atomowa, która oczywiście wymaga naprawdę dużej pracy przy
tworzeniu nowego prawa i systemu wsparcia naukowo-inżynierskiego, niestety
niewiele zmieni w polskim bilansie energetycznym. Za cenę 45-50 mld zł
wybudujemy 3 tys. MW mocy, aby w tym samym czasie zamknąć trzy razy tyle bloków
węglowych z lat 60. z powodu końca okresu ich żywotności. Inwestycje w polską
energetykę – zarówno w wytwórczość, jak i przesył – wymagają nakładów
porównywalnych z kapitałem dostępnym w całym polskim systemie bankowym. Energia
atomowa, energooszczędność, kogeneracja, odnawialne źródła energii zanim (o ile
w ogóle) przyniosą oszczędności, wymagają olbrzymich nakładów.
Nie można problemu energii nazwać inaczej jak tylko narodowym wyzwaniem.
Wyzwaniem, o którym trzeba ciągle mówić, tłumaczyć, uświadamiać skalę problemu,
kosztów, jakie musimy ponieść, i przygotowywać się do jego podjęcia poprzez
stworzenie sensownej strategii. Tymczasem premier w tej dziedzinie tradycyjnie
"ucieka w Dolomity". Tak samo jak ucieka przed innymi olbrzymimi problemami
infrastrukturalnymi: siecią dróg na potrzeby krajowe, metrem dla polskich miast
czy ochroną przeciwpowodziową.

Potrzebny lepszy premier
Wizja rozwoju Polski, nazwana przez Donalda Tuska "trzecią falą nowoczesności",
streszcza się w pięciu punktach. "Pierwszym źródłem energii jest obecność
naszego kraju w Unii Europejskiej. Drugim – opowiedzenie się po stronie
innowacyjności i edukacji. Trzecim – potencjał rozwojowy młodego pokolenia
Polaków. Po czwarte, potrzebujemy sprawnego, efektywnego państwa oraz
cywilizacyjnego skoku w najbliższym otoczeniu, czyli gminie, i po piąte – ram
finansowych, które pozwolą urzeczywistnić podjęte już i proponowane zadania".
Wszystko podsumowane stwierdzeniem: "Będę przekonywał wszystkich w Polsce, że w
naszym żywotnym interesie jest móc coraz donośniejszym i pewnym siebie głosem
mówić: My Europa".
Bez nadmiernej złośliwości można całą tę "wizję" nazwać co najwyżej szkicem. I
to bynajmniej nie oczywistym. Po pierwsze, w Unii Europejskiej można być albo na
sposób grecki czy portugalski, albo na sposób holenderski czy fiński. Na razie
bliżej nam do pierwszego. Po drugie, opowiedzenie się po stronie innowacyjności
i edukacji nie może polegać na obietnicy, że za 10 lat wydatki na naukę wzrosną
do poziomu, który możemy mieć dziś, gdybyśmy procentowo wydawali tyle, co Czesi.
Nie da się stawiać na edukację, jeśli pensje akademików są w najniższym
segmencie płacowym w dużych miastach. Nie jest też stawianiem na edukację
dawanie podwyżek nauczycielom bez podniesienia wymagań jakościowych, reformy
systemu ich kształcenia oraz likwidacji szkolnej papierologii. Na pewno nie są
stawianiem na edukację dwie dekady bez reformy szkolnictwa zawodowego.
Po trzecie, państwo to zdecydowanie więcej niż procedury, tanie usługi i…
Karta Praw Podstawowych. Po czwarte, ramy finansowe państwa trzeszczą, a
strukturę wydatków trudno nazwać inaczej niż amortyzatorem kosztów
transformacyjnych.
W pełni natomiast zgadzam się z premierem, że jedynym dużym kapitałem, który
nadal posiadamy, jest młode pokolenie Polaków. Ale to młode pokolenie powinno
raczej znaleźć sobie lepszego premiera.

 

Jan Filip Staniłko
 

Autor jest ekspertem w dziedzinie ekonomii politycznej w Instytucie Sobieskiego
i członkiem redakcji dwumiesięcznika "Arcana".

 

drukuj