Poeta – wróg publiczny

Potężny koncern medialny pozywa go do sądu, żeby ratować swoje udziały w
rynku. Znana pani filozof emigruje przez niego do Anglii. Publicyści dużego
dziennika oskarżają go o wywołanie katastrofy smoleńskiej i ostrzegają
czytelników przed jego zgubnym wpływem na sprawy publiczne. Najbardziej
niebezpieczny człowiek w Polsce nie nosi broni za pasem. To Jarosław Marek
Rymkiewicz, 75-letni poeta, eseista, profesor w Instytucie Badań Literackich
PAN. Poza literaturą zajmuje się głównie pielęgnowaniem ogrodu w rodzinnym
Milanówku. Jednak luminarze mediów doskonale wiedzą, że w jego łysej głowie
dojrzewa tajny plan wysadzenia Polski w powietrze.

W czwartek, 17 marca, w Sądzie Okręgowym w Warszawie zaczął się proces, jaki
Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi wytoczyła spółka Agora, wydawca "Gazety
Wyborczej". Poeta został pozwany za wyrażenie opinii, że redaktorzy tego
dziennika są "duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski" i "pragną,
żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami". Komentarz dotyczył sprawy krzyża
na Krakowskim Przedmieściu. "Tych redaktorów – dodał Rymkiewicz – wychowano tak,
że muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża. Uważam, że ludzie ci są godni
współczucia – polscy katolicy powinni się za nich modlić".
Czy sąd jest właściwym miejscem na rozstrzyganie zasadności tego rodzaju
poglądów? Czy kategoria "duchowych spadkobierców" da się prawnie zweryfikować?
Oczywiście że nie, bo należy ona do świata idei, a nie faktów. Wypowiedź
Rymkiewicza to opinia, jakich wiele w demokratycznej debacie publicznej. Można
się z nią nie zgadzać, ale naturalną formą informowania o swoim poczuciu krzywdy
jest polemika prasowa. Zwłaszcza że diagnoza Rymkiewicza dotyczy zawodowych
publicystów.

Przypadek Herberta
Przez wiele lat panował w tej kwestii konsensus. Kiedy w pierwszej dekadzie III
RP Zbigniew Herbert ostro krytykował okrągłostołowe elity, "Gazeta Wyborcza"
pisała, że "Pan Cogito ma kłopot z demokracją", ale nikt nie wytaczał poecie
procesu. Nawet gdy Herbert w "Tygodniku Solidarność" określił Adama Michnika
"klasycznym przykładem kariery komunistycznego Dyzmy", ten nie zdecydował się
podać go do sądu. Oczywiście autor "Raportu z oblężonego miasta" stał się
obiektem licznych manipulacji. W środowisku literackim natychmiast pojawiły się
plotki o jego problemach psychicznych. W "Gazecie Wyborczej" przedstawiano go
według klucza: dobry poeta, który pod koniec życia stał się miernym publicystą i
niepotrzebnie obraził dawnych przyjaciół. Aby zrelatywizować odpowiedzialność
prawdziwych agentów, próbowano także rzucić na niego podejrzenie o współpracę z
SB. W tekście "Język nie kłamie" z 2007 r. Michnik wymieniał go między Lechem
Wałęsą i Andrzejem Szczypiorskim, obłudnie przestrzegając Polaków przed
"lekkomyślnym ferowaniem wyroków potępiających". Wszystkie te gry, do których po
śmierci poety wciągano wdowę po nim czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, były
oczywiście niegodne, ale ich konsekwencje zamykały się w sferze publicznej
debaty. Odpowiedzią na słowa były inne słowa, wprawdzie dobierane ze złą wolą,
ale niezmierzające wprost do ograniczenia wolności wypowiedzi.
Rymkiewicza potraktowano inaczej. Czy oznacza to niekonsekwencję Michnika? Wręcz
przeciwnie. Naczelny "Gazety Wyborczej" nie podawał Herberta do sądu, bo nie
musiał tego robić. Żeby zneutralizować poetę, wystarczyło ukazać go jako
pięknoducha, który niepotrzebnie miesza się do polityki. Z troską pochylić się
nad jego emocjami, które szkodzą twórczości. W epoce popkultury głos poety w
sprawach publicznych przestał bowiem kogokolwiek interesować. Żyliśmy w
przekonaniu, że nie ma powrotu do świadomości ukształtowanej w romantyzmie i po
raz ostatni reaktywowanej w drugim obiegu kultury przed 1989 rokiem. Ale
monopolizacja władzy całkowicie zmieniła sytuację.

Dwie Polski
W czasach sojuszu Platformy Obywatelskiej z głównymi mediami stopniowo
rozrastało się kulturalne podziemie, jednoczące ludzi wyszydzonych,
wzgardzonych, nazywanych "ciemnogrodem" i "moherowymi beretami". Nagonka na
Prawo i Sprawiedliwość, która miała wykluczyć wyborców tej partii z debaty
publicznej, okazała się czynnikiem mobilizującym. Obrazowe komentarze polityczne
Rymkiewicza, jak ten przyrównujący Polskę do żubra, który został wyrwany ze snu
przez Jarosława Kaczyńskiego, zaczęły zyskiwać coraz większą grupę słuchaczy.
Po katastrofie smoleńskiej, która ostatecznie podzieliła społeczeństwo,
Rymkiewicz pisał mową wiązaną, że są: "Dwie Polski – ta o której wiedzieli
prorocy/ I ta którą w objęcia bierze car północy/ Dwie Polski – jedna chce się
podobać na świecie/ I ta druga – ta którą wiozą na lawecie". W tej poetyckiej
wizji tysiące Polaków odnalazło nie tylko prawdę o własnym losie, ale i
antycypację przebiegu rosyjskiego śledztwa. Do tego doszły kolejne przenikliwe
diagnozy polityczne poety, jak ta o postkolonialnym, podporządkowanym dawnym
zaborcom, charakterze naszej państwowości. Po 10 kwietnia 2010 r., w klimacie
uzasadnionych obaw o bezpieczeństwo Polski, Rymkiewicz stał się nowym wieszczem,
wyrazicielem naszego wspólnego patriotyzmu.
Takiego przeciwnika nie da się łatwo przemilczeć lub ukazać jako zagubionego
artystę i politycznego dyletanta. Trzeba zatem próbować go zastraszyć i ciągać
po sądach. Każdy pretekst jest dobry. Choćby wypowiedziana przez poetę opinia o
"duchowych spadkobiercach z KPP".

Niech pan się zajmie poezją
Tyle pojęli publicyści "Rzeczpospolitej" z książek i wypowiedzi Rymkiewicza.
Zachłystując się swoim projektem nowoczesnej prawicy, postanowili pogrozić mu
palcem, by trzymał się z daleka od polityki. Zastosowali dokładnie ten sam
chwyt, który wcześniej – w odniesieniu do Herberta – stosowała "Gazeta
Wyborcza". Gdyby Rymkiewicz pisał wyłącznie wiersze o kotach, jeżach i
jabłonkach w Milanówku, wciąż mógłby liczyć na ich wazeliniarskie komplementy.
Ale ponieważ zburzył święty spokój miłośników "ciepłej wody w kranie", musi
zostać wykluczony z publicznej debaty. Ktoś, kto intelektem i wyobraźnią
przewyższa politycznych cyników czy – jak kto woli – pragmatyków, automatycznie
staje się wrogiem publicznym. Jego wizje ukazywane są w krzywym zwierciadle jako
niebezpieczne nawoływanie do anarchii.

Wizjoner i realista
Oczywiście nie jest prawdą, że Rymkiewicz wzywa do wyłączenia się z mechanizmów
państwa, do bojkotu wyborów czy niepłacenia podatków. On tylko diagnozuje
zjawisko wykluczenia milionów Polaków przez polityczno-medialny sojusz: "Jestem
jak te stare kobiety w moherowych beretach i jestem z tego dumny, bo one są tym,
co Polska ma teraz najlepszego. Jestem wykluczony razem z Mickiewiczem i razem z
moherowymi beretami. Mickiewicz też jest moherowym beretem. To ogromny zaszczyt
– być wykluczonym razem z Mickiewiczem i z wszystkimi moherami".
Staje więc po stronie wykluczonych, dając im nadzieję, że ich sytuacja ma sens.
Mówi im, że są solą tej ziemi, że powinni zachować dumę, honor, wiarę i
cierpliwie budować niepodległość wokół siebie. Jest wizjonerem, ale i realistą.
Wie, że w obecnych warunkach "Prawo i Sprawiedliwość oraz Jarosław Kaczyński
istnieją po to, żeby przechować te wszystkie wartości, które posłużą do
zrekonstruowania Królestwa wolnych Polaków". Prędzej czy później to Królestwo
się urzeczywistni, zapewne za pomocą demokratycznych procedur. Tego, jak
najbardziej realnego politycznie, potencjału boją się publicyści
"Rzeczpospolitej". Woleliby, żeby wykluczeni Polacy rozproszyli się i zostali
wchłonięci przez masy, a PiS – pozbawione rzeczywistego wpływu na władzę –
zaczęło legitymizować poczynania rządu, np. te skażone serwilizmem wobec Rosji,
oczywiście w imię dobra wspólnego. Polska polityka pozostałaby przestrzenią gry
partyjnej na warunkach postkolonialistów, ale mielibyśmy za to święty spokój.

Solidarność poetów
Przy okazji procesu autora "Zachodu słońca w Milanówku" wielu ludzi stanęło w
obronie wolności słowa. Chwała poetom, którzy odpowiedzieli na moje zaproszenie
i podpisali się pod oświadczeniem wyrażającym solidarność z Markiem
Rymkiewiczem. Zapewne nie wszyscy Czytelnicy zdają sobie sprawę z niezwykłości
tego wydarzenia, ale osoby zorientowane we współczesnej literaturze dobrze
wiedzą, jak wiele pod względem światopoglądowym i literackim dzieli Krzysztofa
Koehlera i Marcina Świetlickiego, Leszka Długosza i Marcina Sendeckiego, Szymona
Babuchowskiego i Edwarda Pasewicza, ks. Jana Sochonia i ks. Tadeusza
Isakowicza-Zaleskiego. Niektórzy z sygnatariuszy w e-mailach podkreślali, że
zupełnie nie zgadzają się z opiniami Rymkiewicza, jednak stawianie go za nie
przed sądem uważają za skandal. W ich postawie ujawniła się autentyczna,
niezależna od sympatii partyjnych miłość wolności. Głos poetów zawsze jest
barometrem swobód obywatelskich. Nie słychać go wtedy, gdy demokracja ma się
dobrze. Odzywa się w chwilach kryzysu państwa. Dotyczy to zarówno Rymkiewicza,
jak i jego obrońców.
Proces uaktywnił też publicystów "Rzeczpospolitej". Nie tłumacząc się z tego, co
napisali przez ostatnie pół roku, postanowili spełnić swój obywatelski
obowiązek. Lisicki i Skwieciński w komentarzach bronili świętego prawa poety do
wygłaszania własnych opinii, a Horubała pojawił się nawet w budynku sądu. Bardzo
pięknie. Tyle że wcześniej ci sami ludzie – niekiedy powołując się na autorytet
samego Platona – wyganiali poetę z państwa, wspominając coś o "zachodzie rozumu
w Milanówku". Dziś ich świadectwo nie jest wiele warte. Ich ideologiczne
piruety, mające świadczyć o niezależności myślenia, na kilometr pachną obłudą.
"Rzeczpospolita" razem ze swoim tygodnikiem "Uważam Rze" nieodwracalnie
wkroczyła na drogę, która wcześniej doprowadziła do upadku "Życie" i "Dziennik".
Czy Rymkiewicz wygra absurdalny proces, który wytoczyła mu Agora? Żyjemy w
państwie postkolonialnym, więc nie możemy być tego pewni. Ale nawet jeśli wyrok
będzie niekorzystny, ostatecznie prawda zwycięży. Bo – parafrazując poetę –
Jarosław Marek Rymkiewicz istnieje po to, żeby przechować te wszystkie wartości,
które posłużą do zrekonstruowania Królestwa wolnych Polaków. Choć mogę się
mylić, mam niejasne przeczucie, że to Królestwo w sferze politycznej powstanie
szybciej, niż przewiduje jego duchowy architekt.

 

Wojciech Wencel

 

Autor jest poetą, członkiem redakcji magazynu "44 / Czterdzieści i Cztery",
felietonistą "Gościa Niedzielnego", stałym współpracownikiem dwumiesięcznika "Arcana".

drukuj