Wziąć gospodarkę za rogi

Nie da się ukryć, że w ostatnich tygodniach nastąpiło przełamanie. Oceny
rządu Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska znacznie się pogorszyły.
Propozycje programowe wysuwane przez opozycję zdobywają powoli miejsce w
debacie, można racjonalnie rozmawiać. Sukcesy sondażowe Platformy wynikające z
zamknięcia znacznej części Polaków na argumenty raczej już się nie powtórzą.

Od kilku lat socjologowie zadawali sobie pytanie: na czym opiera się panowanie
Platformy Obywatelskiej? Poparcie dla partii Tuska nie wynikało bowiem z silnych
przekonań, interesów gospodarczych, identyfikacji społecznej, a nawet wiary
religijnej. Badania pokazywały, że te kryteria nie wpływały na deklarowane
poparcie dla tej formacji. Układało się ono w poprzek wszystkich wymienionych
kategorii. Poparcie to wynikało bowiem z mody, przekonania o byciu nowoczesnym.
Sukces PO opierał się na pozycjonowaniu (rzecz jasna przy pomocy korporacji
medialnych) Prawa i Sprawiedliwości, partii, która stanowi realną alternatywę, w
obszarze "obciachu". Za sukces, jaki PO osiągnęła w tej dziedzinie, płacimy jako
kraj dużą cenę – kompetencja w dziedzinie propagandy połączona z nieudolnością w
rządzeniu krajem zaważy na najbliższych latach. Moda jest zjawiskiem
krótkotrwałym, kruchym, o ile w jednym roku ludzie kupują buty o określonym
wzorze, o tyle w następnym zalegają już one szafy.
Platforma zauważyła ryzyko pęknięcia i ruszyła do medialnej ofensywy, musi
scementować swoich zwolenników. O ile kilka miesięcy temu Donald Tusk jasno
wyznawał politykę "tu i teraz", a jego czołowy strateg – minister Michał Boni
otwarcie oznajmiał nam, że rząd kupuje czas, o tyle dziś argumentuje, że jednak
przeprowadza reformy kraju, ale nie może się z tą informacją przebić do mediów.
W artykule opublikowanym na łamach jednej z gazet, z którą PO wiąże strategiczne
porozumienie, Tusk wylicza osiągnięcia swojego rządu. Co ciekawe, za sukcesy
uznaje nawet działania, które są jawnym demolowaniem polskiej państwowości –
osłabienie wojska i oddanie prokuratury w ręce kolejnej korporacji zawodowej.
Milczy o największym ryzyku, które pozostawi swoim następcom – zadłużeniu
sektora publicznego na kwotę ok. 820 mld zł, która w ciągu ostatnich trzech lat
zwiększyła się o 300 mld złotych.
Nie przesądzając wyników wyborów, do których jeszcze ponad pół roku,
skoncentruję się na trzech najważniejszych wyzwaniach, przed którymi stanie nowy
rząd. Te zadania to uzdrowienie budżetu państwa, zabezpieczenie przyszłości
energetycznej kraju oraz polityka prorodzinna.

Pakiet dla państwa i obywateli
Od kilkunastu tygodni obserwujemy stopniowe topnienie wiarygodności finansowej
kolejnych państw europejskich. Ostatni tydzień przyniósł obniżenie oceny
kredytowej Hiszpanii i Portugalii przez agencje ratingowe. Pierwsze obniżenie
oceny Hiszpanii nastąpiło niemal dwa lata temu i od tego czasu sytuacja tego
kraju konsekwentnie się pogarsza. Na decyzję agencji ratingowej Moody´s nerwowo
zareagowała Unia Europejska. Istnieje pogląd, według którego agencje te kierują
się sympatiami politycznymi i chcą doprowadzić do bankructwa krajów. To
mniejszościowa teza, ale należy podjąć z nią dyskusję. Agencje te obniżają ocenę
także rządów lewicowo-liberalnych i jeżeliby założyć intencjonalność ocen, to
raczej zależałoby im na nakłonieniu krajów do zaoferowania wyższych odsetek od
długu, aby więcej na nim zarobić, a nie na upadłości państwa. Obniżając ocenę
kraju, osiągają dokładnie ten skutek – kolejna emisja obligacji zwykle ma wyższe
oprocentowanie.
Na tę niepewną sytuację w całej Europie nakłada się lenistwo obecnego rządu.
Posiadając kontrolę nad Sejmem i przyjaznego sobie prezydenta, nie wykazuje
aktywności. Tymczasem wiarygodny pakiet stabilizacyjny powinien obejmować
zarówno działania zwiększające dochody budżetu, jak i ograniczające wydatki.
Polska osiąga znikome wpływy z eksploatacji kopalin, czyli tzw. opłaty za
górnicze eksploatowanie złoża. Wynika to z faktu, że stawki tej opłaty nie
wynikają z ustawowego cennika, ale są ustalane każdorazowo przez administrację
dla konkretnego koncesjonariusza. W efekcie są śmiesznie niskie. Gdyby stosować
stawki obowiązujące w Chile lub Australii, z Polskiej Miedzi SA Skarb Państwa
powinien corocznie otrzymywać ok. 400 mln złotych. Tymczasem środki wpływające
do Skarbu Państwa pochodzą z poboru dywidendy, do której uprawnieni są także
mniejszościowi akcjonariusze, państwo dzieli się w ten sposób z nimi swoimi
pieniędzmi.
Rząd zamierza uzyskiwać wyższe wpływy do budżetu dzięki kolejnym podwyżkom VAT.
Wybiera tym samym obciążenie portfeli obywateli osiągających średnie i niskie
dochody, zamiast szukać oszczędności, np. obniżając emerytury byłym pracownikom
aparatu administracyjnego PZPR do poziomu przeciętnej emerytury.
Drugim wyzwaniem powinno być doprowadzenie do nowelizacji polityki energetycznej
Unii, która zacznie obowiązywać od początku 2013 roku. Jej zasady zostały
ustalone na szczycie Unii Europejskiej w grudniu 2008 roku, a premier Tusk
wyraził na nie zgodę. W obecnym kształcie jest ona niesłychanie kosztowna dla
naszych przemysłów: chemicznego, papierniczego, cementowego, hutnictwa. Już dziś
szereg firm tego sektora oznajmia, że może przenieść swoją działalność na
Ukrainę. Ale największe koszty dostosowawcze poniesie oczywiście sektor
elektroenergetyczny, oparty u nas na węglu. Organizacje skupiające firmy
energetyczne szacują, że wzrost cen energii elektrycznej do 2020 roku wyniesie
nawet do 80 procent. Dlatego podczas naszej prezydencji w Unii zaczynającej się
1 lipca należy dążyć do renegocjacji polityki energetycznej, a przede wszystkim
utrzymać system bezpłatnych kwot emisji CO2.

Rodzina priorytetem
Naprawa budżetu, pierwsze i najważniejsze wyzwanie, jakie stanie przed nowym
rządem, nie powinno następować kosztem rodzin wychowujących dzieci. System
podatkowy obowiązujący w Polsce do 2005 roku był idealny z punktu widzenia tzw.
singli, osób, które świadomie lub nie decydowały się na życie w pojedynkę i
odkładały w czasie podejmowanie decyzji o rodzicielstwie. Wprowadzenie przez
rząd Leszka Millera podatku liniowego, z którego korzystają samozatrudnieni,
brak jakichkolwiek ulg prorodzinnych w podatku dochodowym to wyraz poparcia dla
takiej ścieżki życiowej. Dopiero w 2006 r. nastąpiła pierwsza zmiana – pojawiło
się tzw. becikowe, a rok później wprowadzono dużą ulgę podatkową na dzieci. Ze
względu na trudności budżetowe kilku ekonomistów proponuje oszczędności w tej
dziedzinie. Symbolem takiego myślenia jest m.in. Leszek Balcerowicz, który swoje
propozycje stabilizacji finansów zaczyna właśnie od uderzenia w rodziny.
Dopiero od czterech lat obserwujemy niewielką poprawę dzietności, po wielu
latach zapaści więcej Polaków zaczęło się rodzić, niż odchodzić z tego świata.
Trend jest bardzo słaby, to zaledwie kilkanaście tysięcy dzieci rocznie.
Osłabienie zalążkowej polityki prorodzinnej byłoby bardzo złym sygnałem dla
rodzin, które powiększyły się w ostatnich latach i które być może zamierzają
mieć drugie (lub trzecie) dziecko. Trzeba wraz z postępującą stabilizacją
finansów wzmacniać postawy rodzicielskie, np. poprzez wprowadzenie karty
rodzinnej, czyli nowoczesnego instrumentu wspierania rodziny, który z
powodzeniem funkcjonuje we Francji. Takie rozwiązanie polega na systemie zniżek
na przewozy kolejowe, autobusowe, transport miejski lub wejścia do muzeów. Kartę
wydawałyby gminy na wniosek zainteresowanych osób. Karta mogłaby mieć formę
dawnego dowodu osobistego, co pozwoliłoby na dokonywanie aktualnych wpisów, w
miarę zmiany liczby osób w rodzinie, bez konieczności wymiany dokumentu. Jego
posiadanie miałoby charakter w pełni dobrowolny.
Powyżej opisałem tylko trzy najważniejsze – moim zdaniem – zadania dla rządu,
który nie unikałby ciężaru odpowiedzialności za stan spraw państwa.

 

Paweł Szałamacha
 

Autor jest prezesem Instytutu Sobieskiego. W latach 2006-2007 był
sekretarzem stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.

drukuj