IPN pod polityczną gilotyną

Instytut Pamięci Narodowej stał się celem politycznej operacji prowadzącej do
jego ubezwłasnowolnienia i poddania politycznej presji. Platforma Obywatelska i
Polskie Stronnictwo Ludowe, przy poparciu lewicy, chcą z Instytutu uczynić
poprawną politycznie placówkę zajmującą się przykrawaniem patriotycznych
wzruszeń do poziomu mdłych akademii "ku czci" zasłużonych przedstawicieli obozu
władzy. Historia potrzebna jest tylko na tyle, na ile służy interesom
rządzących, reszta jest szkodliwa dla ideologii "tu i teraz". Agenci bezpieki i
ich wpływowi obrońcy będą mogli wreszcie odetchnąć z ulgą.

Instytut Pamięci Narodowej uważany jest za instytucję, której powołanie należy
do najważniejszych osiągnięć III Rzeczypospolitej. Nie tylko dlatego, że przejął
od służb specjalnych (konkretnie: od Urzędu Ochrony Państwa) gigantyczne
archiwum komunistycznej bezpieki, a następnie je uporządkował, zinwentaryzował i
udostępnił polskiej opinii publicznej. Także dlatego, że umożliwił –
przynajmniej częściowe – oczyszczanie życia publicznego z najgroźniejszej
pozostałości totalitarnego reżimu: agentury Służby Bezpieczeństwa, będącej
częścią machiny sowieckiej władzy nad satelicką PRL. Ujawnienie przynajmniej
niektórych donosicieli UB i SB umożliwiło przecięcie wielu ukrytych powiązań
paraliżujących wolność życia politycznego, gospodarczego i kulturalnego w
niepodległej Polsce. Inna rzecz, że ten proces, rozpoczęty zbyt późno, narażony
na opór wpływowego lobby obrońców agentów i wciąż niedoprowadzony do stanu
zadowalającego, z racji upływu lat, powoli ze sfery rozliczeń prawnych przenosi
się w sferę historycznych badań i odkryć.

W trosce o historyczną świadomość
Ale zasługi IPN nie ograniczają się do umożliwiania i przeprowadzania lustracji.
Instytut skupił wielu znakomitych historyków dziejów najnowszych, stając się
najważniejszą placówką badań nad historią Polski w drugiej połowie XX wieku.
Ogromny postęp w tej dziedzinie dokonał się szczególnie w okresie prezesury śp.
prof. Janusza Kurtyki. Świadczą o tym setki naukowych monografii, artykułów
umieszczonych w stojących na najwyższym poziomie czasopismach IPN, wydawnictw
źródłowych, biografii i albumów. Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało,
Instytut odegrał ogromną rolę w kształtowaniu i popularyzowaniu polskiej
polityki historycznej, upowszechnianiu wiedzy o totalitarnym charakterze reżimu
komunistycznego, budowaniu świadomości historycznej pokolenia dorastającego już
w okresie niepodległej Polski.
Tym zadaniom służyła szeroka praca edukacyjna i popularyzatorska. Nie sposób
wymienić ani zliczyć tysięcy wykładów i prelekcji, odbywanych na uczelniach i w
szkołach średnich, kursów dla nauczycieli, wystaw i okolicznościowych akademii,
filmów i audycji radiowych, wreszcie publikacji prasowych, często cyklicznych,
ukazujących się w najważniejszych polskich dziennikach i tygodnikach. Można
śmiało powiedzieć, że Biuro Edukacji Publicznej, stanowiące ważną część IPN,
dokonało dzieła, które przez dziesięciolecia będzie owocować znacznie wyższym
poziomem wiedzy obywatelskiej i historycznej Polaków.

Niewygodna prawda
W Polsce, jak zresztą niemal wszędzie w Europie i na świecie, najnowsza historia
jest przedmiotem nie tylko naukowych polemik, ale i politycznych sporów.
Instytut Pamięci Narodowej działał na obszarze niesłychanie drażliwym. W ciągu
ostatnich dwudziestu lat w polskim życiu publicznym znaczące miejsce zdobyły
ugrupowania wywodzące się z PRL-owskiego establishmentu władzy, a także
poszukujące w nim sojusznika w walce o wpływy i majątki. Rzetelne badania nad
niedawną przeszłością stały się dla nich niewygodne i bolesne, szczególnie gdy
okazywało się, że ważne osobistości życia publicznego mają na sumieniu mroczne
epizody współpracy z komunistyczną bezpieką.
Szybko powstał wspólny front przeciwników IPN skupiający zarówno byłych
donosicieli, starających się ukryć swoją przeszłość, jak i ich politycznych
obrońców, drżących przed kompromitacją swoich środowisk i partii. Wraz z
naukowymi i edukacyjnymi sukcesami IPN nasilała się bezpardonowa nagonka na jego
twórców i pracowników. Obiektem ataków stały się nie tylko publikacje
ujawniające trudną prawdę o biografiach niektórych polityków, dziennikarzy,
artystów czy uczonych, ale także wszczynane przez IPN śledztwa przeciwko
funkcjonariuszom i przywódcom reżimu oskarżonym o popełnienie zbrodni.
W tej kampanii oszczerstw, pomówień, przeinaczeń, a często zwykłych kłamstw
brali udział zarówno politycy, jak i nasłani dziennikarze, a także – co było
zaskoczeniem dla opinii publicznej – liczni przedstawiciele środowisk
akademickich. Na uczelniach starano się wywołać histerię strachu, twierdząc, że
skoro wielu naukowców w czasach komuny wyjeżdżało na Zachód i przy okazji
otrzymania paszportu było poddawanych upokarzającym rozmowom z funkcjonariuszami
SB, to wszyscy oni mogą zostać teraz oskarżeni o podjęcie się roli tajnego
współpracownika. Oczywiście była to cyniczna manipulacja, ponieważ ogromna
większość tych rozmów miała dla bezpieki znaczenia jedynie "profilaktyczne", a
ci, którzy zgodzili się współpracować, donosili na kolegów, podwładnych,
przełożonych, a często nawet na przyjaciół, oraz otrzymywali za to rozmaite
korzyści i przywileje, doskonale wiedzieli, jaką wykonują profesję.

Kagańcowa ustawa
Ataki na IPN koncentrowały się na jego prezesie, prof. Januszu Kurtyce. Obóz
obecnej władzy, który kilka lat wcześniej popierał jego kandydaturę, teraz
panicznie obawiał się powtórnej kadencji na stanowisku prezesa IPN. Przygotowano
ustawę, która miała temu zapobiec. Prezesa IPN miała odtąd wybierać zwykła
większość sejmowa, a jego kandydaturę zgłaszać nowa Rada IPN wyłoniona – również
w drodze głosowań w Sejmie i Senacie – przez rządzącą partię. Dodatkowo przyszły
prezes został tej radzie podporządkowany, co całkowicie zmieniało dotychczasowy
zakres jego samodzielności. Ustawa została uchwalona w pierwszych dniach
kwietnia zeszłego roku. Ostatni raz spotkałem prezesa Janusza Kurtykę, gdy
wychodził z gmachu Senatu, po przyjęciu tej ustawy. Był poważny i stanowczy. –
Będziemy walczyć do końca – powiedział. Dwa dni później zginął pod Smoleńskiem.
Po jego śmierci wykonanie ustawy ślimaczyło się, bo dla obozu władzy sprawa
przejęcia IPN przestała być tak dramatycznie pilna, a tymczasowe kierowanie
Instytutem przejął historyk kojarzony z Polskim Stronnictwem Ludowym. Dopiero
obecnie procedury wprowadzania w życie ustawy dobiegają końca i parlament
wyłania Radę Instytutu, która ogłosi konkurs i spośród zgłoszonych osób wybierze
i przedstawi Sejmowi kandydata na prezesa IPN. Wszystko wskazuje na to, że w
historii Instytutu rozpocznie się nowa epoka politycznej poprawności i unikania
"trudnych tematów".

Nie ma wolności bez pamięci
Jaka przyszłość czeka IPN? Jedno wydaje się pewne: jego wrogom nie uda się już
operacja "zalania betonem archiwów", której chcieli jeszcze dziesięć lat temu.
Będą mogli zaledwie domagać się ograniczenia dostępu do dokumentów badaczom
spoza Instytutu, tak aby kontrolować "prawomyślność" historycznych publikacji. Z
pewnością zredukowana zostanie popularyzatorska i edukacyjna aktywność IPN, a
znaczna część funduszy na badania trafi do rąk autorów zajmujących się "odbrązowianiem"
historii Polski, tropieniem polskiego "nacjonalizmu i ksenofobii", szukaniem
lekarstwa na "patriotyczną histerię", udowadnianiem, że historia niczego nie
uczy i jest nudna, a liczy się "tu i teraz", ewentualnie trzeba "wybierać
przyszłość". Taka działalność "odzyskanego" IPN będzie idealnie pasować do
polityki ministerstwa edukacji bardzo troszczącego się o ograniczenie nauczania
historii, szczególnie historii najnowszej, w szkołach średnich.
Co na to można poradzić? Rozwiązanie jest proste. Rządząca większość, zabiegając
o polityczną kontrolę nad IPN, przyjęła ustawę zakładającą, że ta większość
będzie trwać wiecznie. Ujawniła się tutaj arogancja i pycha władzy. Demokracja
ma to do siebie, że to wyborcy decydują, komu powierzyć los swojego państwa.
Wystarczy więc uzyskać inną większość w parlamencie, aby Instytut uwolnić od
nacisków antylustracyjnego lobby, przywrócić swobodę badań naukowych i pozwolić
na wznowienie edukacyjnej ofensywy na rzecz upowszechnienia rzetelnej wiedzy o
niedawnej przeszłości.
 

Prof. Ryszard Terlecki

Autor jest historykiem, posłem PiS, byłym dyrektorem krakowskiego oddziału
Instytutu Pamięci Narodowej.

drukuj