Szpital chce zabić niemowlę

Władze szpitala w kanadyjskim Wellington (prowincja Ontario) grożą, że
odłączą nieuleczalnie chorego rocznego chłopca od aparatury podtrzymującej
życie, ponieważ uznały, że "jego stan nie poprawia się w najmniejszym stopniu".
Wcześniej placówka zgodziła się, aby rodzice dziecka otrzymali zapewnienie, że
będzie ono mogło zostać przewiezione do innego szpitala. Tam miałoby zostać
poddane zabiegowi tracheotomii, który umożliwiłby rodzicom zabranie chłopca do
domu.

Rodzice małego Josepha, państwo Maraachli, już od dłuższego czasu toczą walkę o
godne traktowanie ich dziecka. Cierpi on na nieuleczalne schorzenie i żyje
dzięki pomocy respiratora. Jego stan specjaliści określają jako wegetatywny. Już
wcześniej, po decyzji lekarzy o odłączeniu ich synka od respiratora, Maraachli
chcieli, aby wykonano to w domu, by chłopiec mógł umrzeć w otoczeniu rodziny i
najbliższych. Sąd Najwyższy odrzucił jednak tę prośbę, uzasadniając, że
procedura ta musi być wykonana w warunkach szpitalnych, dlatego nie zgodził się
na przewiezienie dziecka do domu.
Decyzją sądu wyrok miał być wykonany w miniony poniedziałek w godzinach
porannych. – Spytałem lekarzy, dlaczego nie możemy go zabrać do Windsor i
dlaczego nie pozwolą mu umrzeć w domu, a oni odpowiedzieli, że podadzą mu
zastrzyk. Ja tego nie chcę – mówił wówczas ojciec dziecka, Moe Maraachli. Kiedy
upublicznił on wiadomość, że wbrew jego woli państwo chce pozbawić syna życia
poprzez odłączenie go od aparatury i podanie zastrzyku wstrzymującego pracę
serca, natychmiast zareagowała międzynarodowa społeczność pro-life. Przed
Szpitalem im. Wiktorii w Wellington, gdzie przebywa dziecko, odbywały się
czuwania. Reakcja władz szpitala na tę inicjatywę okazała się bardzo pozytywna.
Jeszcze tego samego dnia wydano zgodę na przewiezienie Josepha do innej
placówki, gdzie miałby zostać poddany zabiegowi tracheotomii. Rodzice byli w
podobnej sytuacji już osiem lat temu, gdy z tym samym nieuleczalnym schorzeniem
urodziła się ich córka. Przeprowadzenie wspomnianego zabiegu pozwoliło im na
zabranie dziecka do domu, gdzie żyło jeszcze pół roku i zmarło śmiercią
naturalną w obecności rodziców.
Później jednak szpital w Wellington cofnął swoją zgodę, informując, że przede
wszystkim jest związany wyrokiem sądu. W związku z tym odmówił także państwu
Maraachli wstępu na teren szpitala i odwiedzenia syna, pomimo nakazu ze strony
sądu, że personel szpitala ma "zapewnić rodzinie odpowiedni czas na pożegnanie".

Później jednak zmieniono decyzję i pozwolono rodzicom wchodzić do sali, w której
przebywa ich syn, ale tylko w obecności strażnika. – Walczą z moją rodziną.
Pozbawiono mnie prywatności spotkań z moim synem, nie mogę się z nim modlić.
(…) Czuję się, jakbym był w więzieniu – ubolewa ojciec chłopca.
Ponadto władze placówki tłumaczyły się, iż jak do tej pory nie wpłynął także
żaden oficjalny wniosek z prośbą o przewiezienie chłopca. A tutejsi lekarze
odmówili wykonania zabiegu tracheotomii.
– Staram się robić wszystko co najlepsze dla mojego dziecka. Mój syn nie jest
kryminalistą, aby tak pozwolić mu umrzeć – mówił tuż po decyzji sądu Moe
Maraachli. – Odbierają mi moje dziecko – dodał. Podkreślił, że nie wie, jak
przekazać tak okropną wiadomość swojej żonie, która ze względu na związane z
procesem emocje nie uczestniczyła w nim do końca. – Nie wiem, jak przekażę to
naszemu drugiemu, siedmioletniemu synkowi – mówił. Rodzice Josepha otrzymują
wsparcie ze strony obrońców życia i organizacji sprzeciwiających się eutanazji.
Jest to wsparcie zarówno materialne, jak i modlitewne. Katolicki bloger Matthew
Archbold napisał na swojej stronie: "Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, przez
co ci rodzice teraz przechodzą. Chcą, żeby dziecku zrobiono tracheotomię, by
mogli się nim zaopiekować w domu. Szpital zaś twierdzi, że jest to zbyt
ryzykowna operacja, wobec czego zamierzają odłączyć go od respiratora i pozwolić
umrzeć. Co się stanie, jeśli zabieg się nie uda? Chłopiec może umrzeć. Tak więc,
aby uniknąć możliwości śmierci, szpital po prostu mu ją zapewni". – Czy prawo
lekarzy jest ważniejsze niż prawo rodziców? A co z prawem dziecka do umierania w
ramionach kochających rodziców w domu? – pyta z kolei Jim Hughes, prezes
Campaign Life Coalition.

 

Łukasz Sianożęcki

drukuj