Sondowanie pamięci i sumienia

Pani prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz postanowiła przeprowadzić
sondaż w sprawie wybudowania w centrum stolicy pomnika upamiętniającego tragedię
narodową z 10 kwietnia 2010 roku. Ten, kto po roku od tego wydarzenia chce zadać
Polakom pytanie, czy powinno się tę tragedię upamiętnić, stawia zarówno siebie,
jak i swoje środowisko w dwuznacznej sytuacji moralnej. Decyzja ta jest dla mnie
oburzająca.

Parlament Rzeczypospolitej Polskiej uznał katastrofę polskiego samolotu Tu-154M
pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. za najdramatyczniejsze wydarzenie w
powojennej historii Polski. Jednakże to nie reprezentanci Narodu, lecz sam
suweren w zdecydowanej swej większości poprzez bezpośrednie uczestnictwo w
narodowym nabożeństwie żałobnym zamanifestował swoje uczucia. Pokazał, jak
dotkliwie odczuł śmierć swoich przywódców. W tej sytuacji przeprowadzanie wśród
Polaków sondażu na temat tego, czy chcą oni upamiętnić ofiary katastrofy
smoleńskiej, jest kompletnym nieporozumieniem. To zupełnie tak, jakby za pomocą
sondaży orzekać i rozstrzygać o hierarchii wartości całego społeczeństwa,
rozstrzygać, czym jest dobro, a czym zło. Z takiego punktu widzenia zasadne
byłoby przeprowadzenie sondaży w każdej materii i czynienie z ich wyniku
legitymizującej podstawy do działań władz państwa. Zadajmy w sondażu wprost
pytanie, czy warto w ogóle czcić pamięć przodków. Czy warto pamiętać? Czy warto
wracać do przeszłości? A może na podstawie sondażu w ogóle uznać pamięć
historyczną za zbyteczną?

Sondażownie nad parlamentem?

Uchwała Sejmu została przyjęta przez posłów, a więc tych, którzy reprezentują
cały Naród Polski. Jakim zatem prawem prezydent Warszawy procedurze
parlamentarnej stara się przeciwstawić eksperyment socjologiczny, z założenia
obarczony kilkuprocentowym błędem? Jeśli przypomnimy sobie błędy sondażowe
popełnione w trakcie wyborów prezydenckich oraz samorządowych, jeśli weźmiemy
pod uwagę stałe niedoszacowanie grupy obywateli o poglądach konserwatywnych oraz
fakt, że sondażownie bardzo często starają się uczynić zadość sympatiom podmiotu
zamawiającego sondaż, to zrozumiemy, jak mało wiarygodny jest wynik tego
sondażu. Dostrzeżemy przede wszystkim, jak wielką niestosownością jest
zastępować procedury demokratyczne sondażami. Jeśli tak gorąco wierzymy wykresom
procentowym, to dlaczego nie zmieniamy składu parlamentu zależnie od wyniku
sondażu poparcia dla poszczególnych partii? Dlaczego premierem ciągle jest
Donald Tusk, skoro 65 procent społeczeństwa źle ocenia jego pracę?

Sprawa wszystkich Polaków

Warszawa, podobnie jak inne miasta, posiada swój samorząd, jednak tym, co ją
wyróżnia, jest fakt, iż to stolica Polski. Nie można zatem uznać, że w materii
tak mocno wykraczającej poza "lokalność" głos decydujący powinien mieć wyłącznie
miejski magistrat wsparty na sondażu opinii publicznej. Cechą szczególną
cywilizacji zachodniej jest wyjątkowa rola miasta. To w nim znajduje się
uniwersytet, to ono jest ośrodkiem władzy. Ono jednakowoż spełniało i spełnia
funkcję służebną wobec wszystkich tych, którzy władzy w nim się mieszczącej
podlegają. Na jakim zatem fundamencie wspiera się decyzja magistratu? Czyżby
miała rządzić zasada: profity, ale bez zobowiązań? Których więc warszawiaków
zapyta "sondażownia" tych w pierwszym, drugim czy trzecim pokoleniu?

Intencja paradoksalna sondażu

W samej idei zaproponowanego sondażu zawiera się paradoks. Jeśli bowiem badając
pamięć obywateli należących do "próby", okazałoby się, że ta dotycząca wydarzeń
10 kwietnia 2010 roku jest niewielka – to tym samym, wspierając się na
obiektywnej ocenie faktów dokonanej m.in. przez Sejm RP, powinniśmy podjąć
działania ją przywracające, zaś jednym ze sposobów jest wybudowanie na
Krakowskim Przedmieściu monumentu. Jeśli bowiem tylko okazałoby się, że
niewielki odsetek Polaków wie, co wydarzyło się 1 i 17 września 1939 roku, to
taka niewiedza nie będzie odczytywana jako dowód poświadczający niewielką rangę
tamtych wydarzeń i nie stanie się argumentem na rzecz rezygnacji z polityki
przypominania.
Zatem sondaż, bez względu na wynik, może jedynie umocnić nas w przekonaniu co do
niezbędności budowy pomnika. Może także ewentualnie wpłynąć na sposób
finansowania budowy. Jeśli pamięć jest żywa, to i zaangażowanie środków
obywatelskich będzie większe, natomiast gdy słaba, dla dobra instytucji państwa
środki publiczne powinny odegrać rolę rozstrzygającą.
Symbole są ważne dla każdej społeczności ludzkiej, szczególnie zaś dla Narodu.
To symbole są owymi arkami łączącymi pokolenia wstępujące ze zstępującymi.
Symbole, jeśli mają spełnić swoją funkcję, muszą być lokowane bezpośrednio w
przestrzeni publicznej, a więc w tej, która jest wspólna dla wszystkich
uznających się za obywateli RP. Próba zmierzająca do wypchnięcia symboli i
ulokowania ich w przestrzeni zamkniętej, prywatnej, intymnej jest przejawem
atonii wspólnego systemu wartości, a więc i samej wspólnoty. Może to być
odczytywane jako jej przejaw. Mam jednak nadzieję, że jest to objaw właściwy
tylko dla ograniczonej grupy. Od nas jednak zależy, czy nie stanie się
właściwością całego Narodu.

Dlaczego to miejsce?

Niekiedy oczywistości najtrudniej przebijają się do świadomości polityków. Być
może dla wielu w katastrofie Tu-154M zginęły osoby znane nam z imienia i
nazwiska. Przeżywamy ich śmierć, ich odejście. Przykładamy do nich miarę podobną
do naszych bliskich, którzy opuścili nas w naszej ludzkiej wędrówce. Śmierć,
Msza św. żałobna, pochówek na cmentarzu…
Śmierć, która dotknęła nas tak mocno 10 kwietnia, ma wymiar szczególny. W tym
dniu obywatele Rzeczypospolitej utracili swojego prezydenta oraz pierwszą damę;
śmierć mająca wymiar czysto ludzki doprowadziła do sytuacji, w której wiele
najwyższych urzędów w państwie utraciło swoich przedstawicieli; Wojsko Polskie
utraciło swych generałów. W katastrofie zginęli obywatele podobni nam, bo
śmiertelni; różni od nas, bo za sprawą pełnionej misji publicznej ich śmierć
przekracza wymiar jednostkowy, rodzinny i nabiera wymiaru państwowego.
Oczywistością jest, że śmierć zabrała ludzi wypełniających misję publiczną o
szczególnym charakterze, bo polegającą na pielęgnowaniu pamięci tych, których
śmierć zabrała kilkadziesiąt lat temu.
Gdy zatem pytamy o miejsce, odpowiedź może być tylko jedna: uczczenie śmierci
prezydenta, generałów, prezesów instytucji państwowych, tak istotnych dla
państwa, musi wykroczyć poza kanon właściwy codzienności. Mając świadomość tego,
że zginęli ci, którzy chcieli oddać cześć pamięci pomordowanych, uzyskamy
odpowiedź dotyczącą potrzeby pamiętania i upamiętniania. Gdzież jest zatem
miejsce najwłaściwsze dla uczczenia ofiar tragedii narodowej pod Smoleńskiem,
jeśli nie centralna arteria stolicy państwa? W jaki sposób chcemy budować
szacunek do państwa, jeśli nie poprzez szacunek do osób pełniących służbę
publiczną?
Niestety, polityka obecnych władz zmierza do tego, aby z pomnika cmentarnego
uczynić właściwy i jedyny symbol dla śmierci prezydenta i 95 innych osób. W
swych działaniach władze wprost nawiązują do polityki realizowanej niegdyś w
czasach PRL, a wyrażającej się w wypchnięciu symboli nieakceptowanych przez
władzę do przestrzeni prywatnej.
Jest jednak jeszcze coś, co upodabnia współczesność do tamtych czasów. W
ostatnich latach przyjęto zasadę, wedle której obywatele cieszą się wolnościami
i prawami obywatelskimi, jednakże tylko pod jednym warunkiem – że nie
manifestują "archaicznego" rzekomo systemu wartości, jak np. katolicyzm. Jedyne
miejsce dla katolików i ich symbolu jest w kościele. Krzyż obraża pozostałych
obywateli, bo narusza ich wolność; z tej perspektywy również pomnik jest niczym
innym, jak gwałtem zadawanym wolności obywatelskiej.

Społeczny komitet

To właśnie działania władz spowodowały pojawienie się jesienią ubiegłego roku
inicjatywy powołania stowarzyszenia, którego głównym celem byłoby dążenie do
upamiętnienia tragedii narodowej z 10 kwietnia poprzez wybudowanie monumentu w
miejscu wprost łączącym się z urzędem sprawowanym przez śp. prezydenta Lecha
Kaczyńskiego. Tym miejscem jest Krakowskie Przedmieście. Stowarzyszenie zostało
powołane do życia w następstwie zebrania założycielskiego, jakie odbyło się 23
września 2010 roku. Przybrało ono nazwę Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar
Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem.
Społeczny komitet dąży nie tylko do powstania tego jednego pomnika. Wśród celów
statutowych znajduje się upamiętnianie tragedii narodowej w ogóle, a zatem
koordynowanie działań wielu pojedynczych, lokalnych inicjatyw zmierzających do
podtrzymywania pamięci o tragedii narodowej za pomocą tablic pamiątkowych,
pomników, nazewnictwa gmachów i ulic. Społeczny komitet będzie również dążył do
tego, aby miejsce śmierci Polaków pod Smoleńskiem zostało otoczone szczególną
opieką. Jego członkowie zobowiązali się także do tego, aby na co dzień upominać
się o dobre imię wszystkich tych, którzy 10 kwietnia wraz z prezydentem
Rzeczypospolitej znajdowali się na pokładzie rządowego Tu-154M.
Komitet skupia osoby wywodzące się z różnych środowisk zawodowych, mieszkańców
miast i miasteczek, przedstawicieli różnorakich stowarzyszeń zjednoczonych wokół
wspólnego celu – zachowania pamięci.
 

Dr hab. Włodzimierz Bernacki

 

*******************

Społeczny Komitet Budowy Pomnika zaprasza wszystkich zainteresowanych na stronę
internetową
www.pomniksmolensk.pl

Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 2008 r.
pełni funkcję dyrektora Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych
tej uczelni, jest też profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Wschodnioeuropejskiej
w Przemyślu.

drukuj