Kłopotliwa uchwała
Rząd niemiecki i kanclerz Angela Merkel mają teraz twardy orzech do
zgryzienia: jeśli zrealizują uchwałę Bundestagu o ustanowienie 5 sierpnia dniem
pamięci o ofiarach wypędzeń, Niemcy narażą się co najmniej na dyplomatyczny
konflikt z Czechami i Polską. Jeśli jednak rząd będzie próbował zignorować
uchwałę, narazi się nie tylko środowisku "wypędzonych", ale także posłom
koalicji, którzy popierają działania Eriki Steinbach i jej Związku Wypędzonych (BdV).
Kanclerz Angela Merkel nie odniosła się jeszcze oficjalnie do uchwały i nie
wiadomo, w jaki sposób rząd będzie ją realizował. W Niemczech przyjęcie w
czwartek przez Bundestag uchwały o proklamowaniu święta "wypędzonych" głosami
koalicji CDU/CSU-FDP, przy sprzeciwie lewicy i Zielonych, wielu komentatorów
ocenia jako element przedwyborczej rozgrywki. Chodzi o lokalne wybory w
Badenii-Wirtembergii, gdzie koalicja chadecko-liberalna może utracić w marcu
władzę. Byłaby to bolesna porażka, bo chadecy rządzą tym landem nieprzerwanie od
początku lat 50. ubiegłego wieku. I poparcie dla uchwały forsowanej przez Erikę
Steinbach ma spowodować, że koalicja zyska większe poparcie społeczne. Porażka
mogłaby zaś spowodować kolejny kryzys w rządzie.
Opozycja przestrzega, że uchwała może spowodować ostry kryzys polityczny.
Opozycja nie ma wątpliwości, że gdyby doszło do ustanowienia święta
"wypędzonych", wywoła to konflikt z Polską i Czechami. Volker Beck (Zieloni)
nazywa pomysły ustanowienia dnia wypędzonych arogancją w stosunku do Polski i
Czech. Wiceprzewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse (SPD) uchwałę uznał za
krok politycznie nieodpowiedzialny. A podczas samej debaty w Bundestagu posłanka
lewicy Lukrezia Jochimsen przypomniała, że co trzeci sygnatariusz karty
wypędzonych w 1950 roku był zadeklarowanym nazistą, a wielu czynnie
uczestniczyło w realizacji zbrodniczych planów Adolfa Hitlera.
Przypomnijmy, że Narodowy Dzień Pamięci Niemieckich Wypędzonych miałby zostać
ustanowiony w rocznicę podpisania 5 sierpnia 1950 roku w Stuttgarcie przez
organizacje wysiedlonych (w obecności przedstawicieli rządu i parlamentu) karty
wypędzonych. Politycy CDU/CSU pozytywnie oceniają znaczenie karty w historii
Niemiec, ale opozycja przypomina, że zapisy w karcie fałszują historię, bo ani
słowem nie wspominają o tym, kto tak naprawdę rozpoczął drugą wojnę światową i
że wysiedlenia były skutkiem wojny wywołanej przez Niemcy. Volker Beck jest
zdania, że z karty wynika, iż losy Niemców po wojnie "powstały w próżni". Ale
najwyraźniej mity głoszone od dziesięcioleci przez BdV trafiają w Niemczech na
coraz bardziej podatny grunt, także w parlamencie. To również najlepszy dowód na
relatywizowanie w Niemczech najnowszej historii.
Waldemar Maszewski, Hamburg
