Książka, której wstydzi się autor

Nigdy dotychczas nie spotkałam się z czymś takim. Nie sądziłam, że
manipulacja może być aż tak perfidna. Że można posunąć się aż do takiego poziomu
fałszu. W celu… O celu napiszę potem.

Nie ja powinnam tę książkę recenzować. Nie ja, bo ciągle bardzo trudno mi czytać
o ostatnich minutach życia osoby najbardziej mi bliskiej. To ciągle boli i
ciągle jest to fizyczny ból. Ale widocznie tak trzeba, bym przechodziła przez to
raz po raz, bez końca, bo nie widać końca tego kłamstwa.
Smoleńskie kłamstwo. Już wiem, że będę musiała z nim walczyć do końca życia.
"Katastrofa smoleńska. Dzień po dniu, godzina po godzinie". Ta książka to ważny
element tego kłamstwa. Okładka. Piękna, twarda, czarna okładka z mozaiką małych
zdjęć. Ilu ludzi wie, że pomysł na nią stanowi niemal kopię okładki książki
wydanej przez IPN "Zagłada polskich elit. Akcja AB – Katyń"? Niewielu. Ale ten,
kto wie, może z tego powodu po nią sięgnąć. Wyjaśnię, dlaczego to odradzam.
Otwieramy książkę. Nie jest gruba. W sam raz, żeby przeczytać w jeden, dwa
wieczory. Kredowy papier, dobra jakość zdjęć.
Karta redakcyjna. Wydawnictwo Sfinks sp. z o.o. z Częstochowy. Nigdy o takim nie
słyszałam. Sprawdzam w internecie. Ostatnia wzmianka w 2007 roku, kiedy wykonało
dodruk do serii wydawniczej dwóch znanych wydawnictw. Od tej pory cisza. Czyżby
książka o katastrofie smoleńskiej była ich pierwszą pozycją? I czy to na pewno
jest wydawnictwo? Sami o sobie piszą: wydawca i wyłączny dystrybutor. Przychodzi
mi do głowy, że może dla tych ludzi wydawca to nie to samo, co wydawnictwo.
Wydawca na swojej karcie nie przyznaje się np. do nakładu, który musi być
ogromny, bo książka zalega stosami w Empikach, sprzedawana jest w kioskach i w
internecie za przystępną cenę od 28 do 30 złotych. Pan Filip Topczewski, prezes
wydawnictwa, dziękuje przeorowi klasztoru jasnogórskiego oraz redakcji
dwumiesięcznika "Jasna Góra". To przykuwa uwagę.

Kaskada zaskoczeń
Na samej górze strony redakcyjnej napis: "Redakcja – O. Henryk Pietraszewicz".
Zastanawiam się, co to może znaczyć. Telefonuję do wydawcy, do sekretariatu.
Chcę rozmawiać z redaktorem, ojcem Pietraszewiczem. Następuje kaskada zaskoczeń.
Pani w sekretariacie informuje, że to nie redaktor, a autor, że to nie ojciec
paulin, a osoba świecka, wreszcie – że to w ogóle nie jest nazwisko, lecz
pseudonim autora. I że ten pan u nich nie pracuje. Po mojej prośbie o podanie
prawdziwego nazwiska autora rozmowa zostaje przełączona do osoby bardziej
kompetentnej, która rzeczywiście bardziej kompetentnie zbiera dane na temat
rozmówcy, natomiast odmawia podania nazwiska autora, a także kontaktu do niego.
Analizujemy dalej stronę redakcyjną: czwarta pozycja: "Tekst: Dwumiesięcznik
'Jasna Góra’". Dla wszystkich czytelników, którzy nie zadzwonią do wydawcy, "O.
Henryk Pietraszewicz" będzie więc tylko redaktorem, a przy tym osobą duchowną,
natomiast za autora całej książki będą uważać… dwumiesięcznik "Jasna Góra".
Rozmawiamy z ojcem Robertem Jasiulewiczem, redaktorem naczelnym tego pisma.
Informuje, że wyraził jedynie zgodę na przedruk z jego pisma tekstu kazania. Nie
wiedział, w jakim kontekście zostanie użyte. Stanowczo odżegnuje się od tej
publikacji. Zapowiada zdecydowaną interwencję i sprostowania. Jak tłumaczy,
ludzie, którzy do niego dzwonili z prośbą o zgodę, byli tak mili i budzący
zaufanie, że był przekonany, iż zależy im na rzetelnej publikacji.
Myślę, że byli po prostu po dobrych kursach z komunikacji międzyludzkiej, bo
ostatnio w rozmowach już tacy mili nie byli. Ojciec Jasiulewicz podkreśla także,
że w żadnym wypadku nie wydał zgody na użycie fragmentu kazania jako motta
książki. A książki nie dał rady przeczytać.

Zszargany autorytet Jasnej Góry
Trudno się dziwić, sama przebrnęłam przez nią z dużym trudem. Dowiedziałam się
także, że wydawca dzwonił po parafiach i organizacjach kościelnych, namawiając
do zakupu publikacji i powołując się na autorytet Ojców Paulinów. W większości
przypadków to mu się udało. Udało mu się nawet zamieścić reklamę w tygodniku
"Niedziela", który zmuszony jest teraz pisać sprostowania.
Rozdział pierwszy wprowadza w charakter książki. Pisana jest bardzo prostym
językiem, żeby nie powiedzieć – prostackim. Autor tłumaczy określenia, które są
zrozumiałe. Podstawowymi źródłami medialnymi, na które się powołuje, są "Gazeta
Wyborcza" i "Wprost".
W pierwszym rozdziale autor pisze o okolicznościach wylotu 10 kwietnia: "Pojawia
się cały szereg elementów pozornie drugo- i trzeciorzędnych, a jednak w istotny
sposób wpływających na decyzje załogi (…). VIP rzadko się nie spieszy (…)
jako ostatni na Okęcie przyjechał prezydent Kaczyński z małżonką (…) jest to
ogniwo istotne". I tak dalej. Czytelnik szybko zaczyna się domyślać, co autor w
ten sposób sugeruje. Następnie dowiadujemy się, że odszyfrowano w Moskwie zapis
"czarnych skrzynek". Autor, traktując zmontowaną w Moskwie kopię zapisu z Cocpit
Voice Recorder (CVR) – wiemy, że odczytaną przez Rosjan tylko we fragmentach –
jako niepodważalne źródło, przytacza poszczególne frazy i komentuje je:
"Jednocześnie jednak trudno przypuszczać, by decyzja w tej sprawie – zwłaszcza w
tym locie – zapadała wyłącznie w gronie załogi" – chodzi o kwestię lądowania.
Komentarz przy godz. 8.20:59,4: "Czy jednak sytuację znają pasażerowie? I
którzy? Czy za plecami pilotów stoi już ktoś może z MSZ, by przy zmianie miejsca
lądowania jak najszybciej organizować transport zastępczy?". Komentarz do
rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z prezydentem: "Ale temu można wierzyć tylko
wtedy, jeśli najważniejsi pasażerowie Tu-154M 101 nie mają jeszcze świadomości,
jak realna jest konieczność skierowania się na lotnisko zapasowe". Autor wie,
autor zanalizował już źródła i psychikę prezydenta, pilotów, Jarosława
Kaczyńskiego i wie, co o tym wszystkim myśleć. Czytelnik też powinien wiedzieć.
Takie jest zadanie autora-anonima. Po to napisał tę książkę.

Insynuacje zamiast faktów
O takie insynuacje potykany się co krok. Rozdział drugi: "jeszcze w kilka minut
po katastrofie/ nikt nie wie/ (…) ale obsługa lotniska już wie". Otóż nie,
panie anonimie, od kilku dni wiemy, że obsługa lotniska też nie wie. A pan skąd
wiedział, że obsługa wiedziała? Czy to pana wewnętrzne przeczucie kazało panu
tak napisać, czy może sentyment do braci Rosjan, że i tak lepiej wiedzą, nawet
jak nie wiedzą?
Zarzuty, że opóźniano przejazd Jarosława Kaczyńskiego, autor kwituje jednym
zdaniem: "Nie wiadomo, czy więcej w tych zarzutach złej woli czy głupoty". To
zdanie anonima nadaje się zresztą wspaniale na podsumowanie jego dzieła – bo nie
wiadomo, czy więcej jest w tej książce złej woli czy głupoty. Ale nie będziemy
znali na nie odpowiedzi tak długo, jak długo nie poznamy sponsora.
Anonim bardzo przykłada się do tego, by czytelnik zrozumiał, jak wielką pomyłką
było pochowanie pary prezydenckiej na Wawelu. Szeroko pisze, jak ogromne –
rzekomo – protesty wywoływało to w kraju. Przykłada się, by czytelnik sądził, że
polscy prokuratorzy i patomorfolodzy pracowali w Moskwie ramię w ramię z
rosyjskimi. Dużo miejsca poświęca ocenie postępowania Jarosława Kaczyńskiego:
"Treść jego zeznań dziwnym trafem wyciekła natychmiast do mediów. (…) może to
przypadek, ale prawie równocześnie [z oświadczeniem USA o nieudostępnieniu
zapisu rozmowy prezydenta z bratem – przyp. autora] Jarosław Kaczyński, dotąd od
kwietnia unikający tematu przyczyn katastrofy i apelujący o zakończenie wojny
polsko-polskiej, wrócił do dawnego agresywnego stylu wypowiedzi".
Sprawa krzyża pod Pałacem Prezydenckim to jeden z głównych wątków. W publikacji
występują tzw. obrońcy krzyża, zobrazowani zdjęciem niedbale ubranego człowieka
z kocem zarzuconym na głowę i podpierającego jakiś płot. Po prostu człowiek ze
społecznego marginesu – jakiż inny może być odbiór takiego zdjęcia przez tych,
którzy nie widzieli setek tysięcy osób modlących się miesiącami za ofiary
katastrofy smoleńskiej. Autor pisze: "Według sondażu przeprowadzonego dla
'Rzeczpospolitej’ przez GfK Polonia (…) 50 proc. jest przeciwnych postawieniu
na jego [krzyża] miejscu pomnika upamiętniającego ofiary katastrofy smoleńskiej,
za jest jednak aż 44 proc.". Jednak "aż" …

Stres kontrolerów
Pod datą 17 września autor umieszcza tylko jedną informację, za to jakże ważną –
o tym, że 71-letni mężczyzna z okolic Lublina rzucił słoikiem z nieczystościami
w tablicę na Pałacu Prezydenckim. I z tym faktem 17 września od tej pory
czytelnikowi powinien się kojarzyć. Nieważne, że w tym samym dniu dwie duże
grupy młodzieży z Polski składają wieńce i palą znicze na miejscu katastrofy w
Smoleńsku. Nieważne, że odbywają się tam dwie Msze Święte w intencji ofiar.
Oto kolejny rozdział – "Przyczyny katastrofy". Nie będę go analizować. Sprawia
wrażenie wiernej kopii stanowiska "Gazety Wyborczej", łącznie z wątkiem
deprecjonowania osoby prezydenta Lecha Kaczyńskiego: "jego rola w polityce
zagranicznej wcale nie była pierwszoplanowa, nawet w naszym regionie. Żadne z
jego przedsięwzięć nie zakończyło się powodzeniem…".
Bardzo sprawnie książka rozwiązuje problem rosyjskich kontrolerów z lotniska
Siewiernyj: "Zapewne mogli być nie do końca w zgodzie z przepisami, ale na miły
Bóg, w samolocie znajdował się prezydent sąsiedniego państwa…".
Pisząc o przyczynach katastrofy, autor-anonim pisze o sobie: "Nie mam zamiaru
wyręczać prokuratorów i sędziów, ale…". Ale właśnie pan wyręcza, proszę pana,
skoro dalej pan pisze: "Wydaje mi się, że główną przyczyną katastrofy było
podjęcie przez pierwszego pilota decyzji o lądowaniu". Tyle że w rzeczywistości,
co potwierdziła polska komisja, której przewodniczy minister Jerzy Miller, major
Arkadiusz Protasiuk nie podjął decyzji o lądowaniu, lecz przeciwnie – wydał
komendę "odchodzimy".

Kto ma krew na rękach
W publikacji winny jest jednak dowódca załogi, a współwinny – kontekst
sytuacyjny, czyli jak to już czytelnikowi zostało zasygnalizowane – prezydent
Lech Kaczyński. Skąd my to znamy? Ale nawet szefowa rosyjskiego
Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego gen. Tatiana Anodina nie posunęła się do
konkluzji: "co prawda historyczne znaczenie, podkreślone obecnością premiera
Rosji i słowami przeprosin za zbrodnie sprzed 70 lat, miało wcześniejsze o 3 dni
spotkanie Putin – Tusk, ale…".
Żeby nie narazić się na zarzut stronniczości, autor do listy odpowiedzialnych za
katastrofę hojną ręką dorzuca też innych: "Jeśli dziś wylicza się nazwiska
ludzi, którzy 'mają krew na rękach’ ofiar smoleńskiej katastrofy, to do tej
listy niewątpliwie trzeba dopisać posła Karskiego (ale też kilku innych
pasażerów, którzy w Smoleńsku zginęli)". W tym generała Andrzeja Błasika,
dowódcę Sił Powietrznych.
Czy ten autor-anonim nie powinien być natychmiast przesłuchany jako świadek
koronny przez prokuraturę wojskową?
Zostawię historykom ostatni rozdział – "Zbrodnia Katyńska" – do oceny i
interpretacji. Niewątpliwie stanowi on obraz, tak jak reszta książki, własnych
przemyśleń autora.
Zastanawiałam się, ilu ludzi mogłoby na podstawie tej ksiązki zaskarżyć autora
do sądu. Na pewno redakcja dwumiesięcznika "Jasna Góra", rodzina prezydenta
Lecha Kaczyńskiego, Jarosław Kaczyński, poseł Karol Karski, rodziny pilotów i
generała Andrzeja Błasika i jeszcze "kilku innych, którzy zginęli". A tu okazuje
się, że nie, nie oni. Jak mieliśmy okazję przeczytać w "Naszym Dzienniku", pan
Filip Topczewski, właściciel wydawnictwa Sfinks, grozi: "Jeśli niektórzy ludzie
nadal będą naszą godnością wydawniczą i godnością autora wycierać sobie buty, to
będziemy musieli zareagować na drodze prawnej". Prawdę mówiąc, odetchnęłam z
ulgą, czytając dwa ostatnie słowa.

 

Zuzanna Kurtyka
 

Autorka jest lekarzem, wdową po prezesie Instytutu Pamięci
Narodowej Januszu Kurtyce, który zginął w katastrofie Tu-154M pod Smoleńskiem.

drukuj