Tusk na równi pochyłej
Gdy po katastrofie smoleńskiej wybory prezydenckie wygrał Bronisław
Komorowski, politykom Platformy Obywatelskiej i jej sympatykom mogło się
wydawać, że wygrali los na loterii. W komentarzach bardzo często pojawiało się
sformułowanie "pełnia władzy". Choć od tamtego wydarzenia minęło niewiele czasu,
to w obozie partii rządzącej próżno szukać optymistycznych nastrojów. PO trawią
wewnętrzne konflikty, a tragedia smoleńska i raport MAK obnażyły porażającą
indolencję ekipy Donalda Tuska.
Koncentracja wyłącznie na utrzymaniu władzy i czołowego miejsca w partii, wiara
w moc sondaży i brak realnej oceny sytuacji w polityce międzynarodowej sprawiły,
że Donald Tusk sam ściągnął na siebie burzę. Został upokorzony przez Rosjan na
oczach świata, a państwo polskie, którego nie ma pomysłu reformować, pogrąża się
w chaosie. Zdaniem prof. Zdzisława Krasnodębskiego, Donald Tusk został
zwyczajnie "rozegrany" przez rosyjskiego premiera.
Rząd nie odparł w zdecydowany sposób zarzutów MAK oczerniających polskich
pilotów. – Nie znam kraju, który – atakowany – nie podjąłby obrony. A z taką
sytuacją mamy obecnie do czynienia. Polacy zostali upokorzeni. W świat poszła
historyjka o naszym bałaganie i pijanym generale. Nie miał kto zadbać o to, by
świat usłyszał o naszych wątpliwościach odnośnie do rzetelności raportu MAK –
ocenia w rozmowie z nami Anna Fotyga, była minister spraw zagranicznych.
Tragedia smoleńska obnaża słabość państwa polskiego rządzonego przez ekipę
Donalda Tuska. To kolejne zderzenie się PO z rzeczywistością, po powodzi i
kryzysie na kolei.
Smoleńsk to modelowy przykład stylu działania ekipy Tuska. W tragicznych
okolicznościach zginęła polska elita władzy, na czele z prezydentem, a urzędnicy
z kancelarii premiera rozstrzygali, jak najlepiej wypaść w telewizji i
zaaranżować spotkanie Putin – Tusk. Podobnie przez ostatnie trzy lata rząd PO
starał się jedynie o medialny poklask służący utrzymaniu władzy przy
jednoczesnym rozpadzie państwa.
– Raport MAK i bezradność Polski to demonstracja rosyjskiej siły i komunikat
Rosji dla państw Europy Środkowo-Wschodniej: "Zobaczcie, to był wasz lider, jest
członkiem Unii Europejskiej i NATO, a te organizacje go nie wsparły. To my się
liczymy na arenie międzynarodowej" – akcentuje prof. Zdzisław Krasnodębski.
Co dalej?
Politycy PO przyznają, że w perspektywie bieżącego roku orientują swoje
działania na wybory parlamentarne. Profesor Krasnodębski dostrzega w tym
kontekście dwa scenariusze. – Ewentualna wygrana Platformy i kolejne cztery lata
rządów tej partii to będzie obumieranie państwa polskiego. Suweren Naród
zadecyduje i suweren Naród będzie ponosił za to odpowiedzialność. Dlatego
pozostaje mieć nadzieję na odrodzenie Narodu – zwraca uwagę prof. Krasnodębski.
Zdaniem socjologa, ktokolwiek obejmie władzę po Platformie, "będzie miał do
czynienia z ruiną".
Polacy, wybierając Platformę, wybrali lenistwo. Po licznych projektach
podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość pod hasłem budowy IV
Rzeczypospolitej, a ośmieszanych przez mainstreamowe media, rząd Tuska
powiedział Polakom: "Nic nie musicie, grillujmy".
Ten spokój mącą ekonomiści, którzy biją na alarm, że polskie finanse publiczne
są w fatalnym stanie i w niedługim czasie z hukiem mogą się zawalić. Bezlitosna
dla PO jest była minister finansów prof. Zyta Gilowska. – Rząd od trzech lat nic
nie robi, świadomie oszukuje ludzi, bawi się w rządzenie. Oni chyba uwierzyli w
jakieś brednie o końcu polityki i rządzeniu na niby – ocenia krótko członek Rady
Polityki Pieniężnej.
Platforma zajęta sobą
Kreujący politykę rządu specjaliści od wizerunku i sam premier mają ogromny
problem, jak utrzymać popularność sondażową w sytuacji pogrążonego w kryzysie
państwa i starannie ukrywanych sporów w samej Platformie. – Donald musi myśleć,
by trzymać na dystans Schetynę i nie stracić czołowej pozycji w swojej partii –
mówi nam jeden z polityków PO. – Wiadomo, że władza psuje, a jak ma się dużo tej
władzy… – dodaje.
Brak realnej oceny sytuacji w polityce międzynarodowej sprawił, że Donald Tusk
sam ściągnął na siebie wewnętrzne kłopoty. W efekcie został upokorzony przez
Rosjan na oczach świata, wali się mu państwo, którego nie ma pomysłu reformować,
a partia zaczyna się coraz mocniej rozłazić. Chyba sam czuje, że dobra karta już
jakiś czas temu zaczęła się od niego odwracać. Tym bardziej że rysuje się nowy
odcinek konfrontacji – między premierem a prezydentem. Po czasie walki z Lechem
Kaczyńskim wcale nie zapowiada się miła współpraca między Tuskiem i Komorowskim.
Chociaż nie brak też głosów, że różnice między nimi będą podsycane. – Niektórzy
komentatorzy nie doceniają roli emocji w polityce. A od nich nie da się uciec.
Komorowski był przez Tuska wielokrotnie upokarzany. Także publicznie, na
przykład w obecności urzędników kancelarii. Nie sądzę, by szybko o tym
zapomniał. Były marszałek Sejmu ma w ręku atuty związane z urzędem prezydenta. I
coraz częściej obiektem drobnych ciosów może być premier – mówi "Naszemu
Dziennikowi" Ryszard Czarnecki, europoseł PiS.
Przepychanki
Komorowski – Tusk – Schetyna
To, o czym mówi Czarnecki, dobrze ilustruje sytuacja z 5 października 2010 roku.
Grzegorz Schetyna i Donald Tusk przyjechali do Belwederu na zaproszenie
prezydenta. Powód zaproszenia: Bronisław Komorowski miał zastrzeżenia do
przygotowywanej w ekspresowym tempie ustawy o dopalaczach. Powitała ich
sekretarka: "Panie marszałku, panie premierze, proszę chwilkę poczekać.
Prezydent właśnie kończy ważne spotkanie".
W efekcie prominentni politycy PO musieli przez kilkanaście minut
antyszambrować, by dostać się do prezydenta, którego sami (choć z różnym
natężeniem) wspierali w wyborach. – Samo czekanie mogło zirytować Tuska i
Schetynę. Gdy okazało się, że gościem prezydenta był szef jego gabinetu Jaromir
Sokołowski, obaj musieli odebrać to jako policzek. Zwłaszcza Donald – mówi nam
jeden z posłów partii rządzącej.
Walka o wpływy w samej Platformie, o czym pisaliśmy, chociażby odsłaniając
kulisy dymisji, której nie było, ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka,
nie traci na sile. Frakcja Grzegorza Schetyny ściera się w PO z tzw.
spółdzielnią Grabarczyka, która cieszy się z kolei szerokimi wpływami u premiera
Tuska. Dla szefa rządu to jedno z narzędzi umniejszania wpływów obecnego
marszałka Sejmu. Schetyna również, co podkreślają politycy, ma "długą pamięć" i
chowa w niej wspomnienia związane z upokorzeniem go przez premiera przy okazji
afery hazardowej.
– Od 10 lat spory w PO jeszcze nie były tak głębokie – diagnozuje partyjną
sytuację poseł Antoni Mężydło (PO). – Jeżeli coś teraz może zaszkodzić PO, to
tylko jakiś konflikt – dodaje. Ale tego Platforma jak ognia unika, do minimum
ograniczając ryzyko narażenia się wpływowym grupom interesu. Strategia
"niedziałania", fundowania społeczeństwu świętego spokoju w zamian za rezygnację
z ambitnych celów, przynosiła do tej pory efekty w postaci wysokich słupków
poparcia. Spory wewnętrzne udawało się skutecznie wyciszać, do odbiorców mediów
nie przedostawał się żaden komunikat o podgryzających się frakcjach w partii. –
Podziały w PO były zawsze, ale autorytet Donalda Tuska był na tyle duży, że
pozwalał je tłumić albo zamiatać pod dywan – uważa poseł PiS Joachim Brudziński.
Dlatego politycy PO są przekonani, że jeżeli po drodze nie będzie żadnej afery,
to najpewniej uda się im dotrwać do jesiennych wyborów. – Donald Tusk pokazał
wielokrotnie swoją sprawność i będzie jej dalej używał, aż do wyborów, by
trzymać w ryzach swoją partię – mówi "Naszemu Dziennikowi" dr Artur Wołek,
politolog z Polskiej Akademii Nauk.
Mariusz Majewski
