Rosja ante portas

Rosja stanowi realne zagrożenie dla pozycji interesów Rzeczypospolitej,
jak i całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w którym próba powrotu przez
Moskwę do pierwszoplanowej roli nieuchronnie zderza się z uzasadnionymi
ambicjami Polski do bycia liderem tej części Starego Kontynentu. Jasną wizję
Polski jako głównego rozgrywającego między południowym Kaukazem a Bałkanami miał
śp. prezydent Lech Kaczyński. Tej wizji, tego wyczucia kompletnie pozbawieni są
Bronisław Komorowski i Donald Tusk. W ten sposób obecne władze RP ułatwiają
rosyjską ekspansję na obszarze, który powinien być, nie bójmy się tych słów,
strefą polskich wpływów.

Ważnym obszarem rosyjskiej ekspansji i promocji interesów Moskwy jest polityka
historyczna, konsekwentnie "wybielająca" lub umniejszająca rosyjskie (w tym
sowieckie) zbrodnie, czystki etniczne oraz tłumacząca odwieczny brak demokracji
w tym państwie, specyficznymi okolicznościami i zagrożeniem zewnętrznym
(Tatarzy, Mongołowie, Polacy itd.). Ewidentnie elementem tej "wojny o pamięć" w
jej współczesnym wydaniu jest uporczywe matactwo rosyjskich władz w sprawie
"śledztwa smoleńskiego". Obowiązuje i ma obowiązywać – co pokazuje raport MAK –
dogmat, że Rosja jest niewinna i od śniegu bielsza, a odpowiedzialność za
katastrofę smoleńską ponoszą rzekomo polscy piloci. Tę wersję od razu od
pierwszych minut po katastrofie wylansowała rosyjska propaganda, w wymiarze
zewnętrznym raport MAK jest tylko jej formalnoprawnym ukoronowaniem.

Mamy problem z Rosją
Rosja jest państwem paradoksów. Z jednej strony w ostatnich latach ewidentnie
rośnie w siłę (także dzięki uprawianiu terroryzmu państwowego czy szantażu), z
drugiej słabnie demograficznie i gospodarczo. Z jednej strony wyraźnie
odbudowuje strefę wpływów (w oficjalnym języku dyplomacji powiedzielibyśmy
raczej: "sferę zainteresowań") na terenie dawnego Związku Sowieckiego oraz,
niestety, bo to już nas dotyczy bezpośrednio – w Europie Środkowo-Wschodniej. Z
drugiej, kurczy się strefa wpływów Moskwy w Azji. Wreszcie, Federacja Rosyjska
stała się atrakcyjnym partnerem politycznym dla USA czy UE (ze szczególnym
uwzględnieniem Niemiec i Francji), jednocześnie ma poważne problemy wewnętrzne,
grożące w przyszłości nawet dezintegracją terytorialną tego kraju. Rosja, będąc
krajem wielkich sprzeczności, w najbliższym czasie będzie miała istotny wpływ na
politykę europejską, a także globalną. Prawdopodobnie ten wpływ będzie z powodów
obiektywnych słabł z biegiem lat. Wydaje się, że za parę dekad pozycja państwa
rosyjskiego będzie bez porównania słabsza niż obecnie. Ale na razie Polska,
Europa (i nie tylko) mają problem.

Pakt Moskwy z Waszyngtonem, czyli Poncjusz Piłat
Kolejnym paradoksem jest fakt, że Kreml w polityce międzynarodowej zdobywa
kolejne przyczółki, podczas gdy światowy kryzys gospodarczy uderzył w gospodarkę
rosyjską szczególnie mocno. Do tego doszła gwałtowna obniżka cen ropy, co dla
jednego z jej głównych producentów, jakim jest Rosja, było szczególnie dotkliwe,
tym bardziej że długotrwałe. Jednak tej słabości gospodarczej Rosji ani Ameryka,
ani Europa nie wykorzystały, bo uczynić tego nie chciały. Ameryka nie
zdecydowała się na to, gdyż Moskwa w swojej polityce zewnętrznej dyskontuje swój
dotychczasowy antyamerykanizm. Przez lata, na arenie międzynarodowej np.
konsekwentnie wspierała Iran czy Autonomię Palestyńską, choćby głosując
przeciwko sankcjom dla Teheranu na forum stałej Rady Bezpieczeństwa ONZ,
sprzedając Iranowi w dużych ilościach broń, czy uwiarygodniając radykałów
palestyńskich z Hamasu poprzez zapraszanie ich na oficjalne spotkania do Moskwy
(skądinąd Rosja była jedynym krajem niearabskim, który to czynił).
Władze rosyjskie potrafiły umiejętnie "sprzedać" Zachodowi, a zwłaszcza
Waszyngtonowi siebie jako klucz do rozwiązania najważniejszych problemów
amerykańskich polityki zagranicznej: bliskowschodniego i irańskiego. Dodatkowo
Moskwa wmówiła Amerykanom, że z ich pomocą i korzystając z ich doświadczeń,
łatwiej będzie Białemu Domowi rozsupłać worek kłopotów z napisem: Afganistan. W
sposób oczywisty dobito targu: w zamian za uczynienie z Moskwy politycznego
Poncjusza Piłata, umywającego ręce w kontekście izraelsko-palestyńskim oraz
ambicji nuklearnych Teheranu, USA w sposób znaczący wycofały się z południowego
Kaukazu i w dużym stopniu z innych dawnych republik sowieckich, ale też z
regionu Europy Środkowo-Wschodniej. To ostatnie było zresztą elementem szerszego
planu, czyli uznania zmniejszającej się roli Europy jako takiej (w tym Unii
Europejskiej w szczególności) i wycofywania się z aktywnej polityki na Starym
Kontynencie. Zostawiając Moskwie wolną rękę w zakresie odbudowy jej wpływów
jeszcze z czasu ZSRS, administracja Baracka Husseina Obamy kupiła rosyjskie "désintéressement",
czyli neutralność tam, gdzie stronie amerykańskiej najbardziej zależało.

Jak Rosja korumpuje Europę
Natura nie znosi próżni, zwłaszcza w polityce międzynarodowej: od zwycięstwa
Demokratów w wyborach prezydenckich w USA Moskwa wraca, albo usiłuje wrócić,
jako "rozgrywający" w naszym regionie Europy. Wykorzystuje do tego tradycyjny
instrument swojej polityki zewnętrznej, czyli gospodarkę. Wykupienie ostatnio
sporej części przemysłu energetycznego w Serbii, a wcześniej w Bułgarii nie ma
tylko charakteru czysto biznesowego, ale jest demonstracją uzyskania rosyjskich
wpływów w kraju już należącym do Unii Europejskiej (Bułgaria od 1.01.2007 r.)
lub w kraju starającym się o członkostwo w UE (Serbia). Jednocześnie są to kraje
w jakiejś mierze bliskie kulturowo i historycznie Rosji, bo prawosławne. A
przecież już w państwach, które weszły do eurostruktur wcześniej (2004) jak
Węgry i Słowacja, Rosja włożyła nogę w drzwi gospodarki tych państw (Węgry –
przemysł energetyczny, Słowacja – przemysł zbrojeniowy). Zapewne łatwiej jest
kupować sobie wpływy polityczne poprzez gospodarkę w krajach tzw. nowej Unii,
ale Rosja czyni to również tam, gdzie jest to trudniejsze i kosztowniejsze: w
starej Unii. Stąd neutralizacja Niemiec (w gruncie rzeczy pozorna, bo Republika
Federalna od kilku lat świadomie odbudowuje swoją tożsamość i globalną pozycję),
która z czasem przerodziła się w bliskie relacje polityczno-gospodarcze między
Berlinem a Moskwą – poprzez Gazociąg Północny oraz otwarcie na niemieckie
inwestycje w Federacji Rosyjskiej. Stąd kupienie życzliwości władz Italii i
osobiście premiera Silvio Berlusconiego za olbrzymie kontrakty wykonawcze dla
włoskich firm przy projektowaniu i wykonaniu South Streamu. Stąd też holenderska
firma Gasunie związana z rządem Królestwa Holandii jest posiadaczem ponad 8
proc. akcji Gazociągu Północnego (od kiedy to się stało, tradycyjnie aktywna w
walce o prawa człowieka w różnych krajach Holandia bardzo powściągliwie i
dyskretnie wypowiada się na temat praw człowieka w Rosji).
Słowem, Kreml politycznie korumpuje kraje członkowskie Unii, także te
najbogatsze, jak też dosłownie korumpuje znanych polityków zachodnioeuropejskich
(byli premierzy RFN i Finlandii mają gigantyczne pensje jako członkowie Rady
Nadzorczej Nord Streamu). Dotyczy to jednak również krajów nowej Unii. Czy
wyraźne ożywienie gospodarcze między Moskwą a Wilnem nie jest bezpośrednim
następstwem "odpuszczenia" przez nową prezydent Litwy polityki wspierania
Ukrainy i Gruzji? Oczywiście jest.
Federacja Rosyjska staje się więc "playmakerem" – rozgrywającym w Europie. A
jednocześnie – powiedzmy sobie wprost – jest pod względem militarnym,
gospodarczym i demograficznym kolosem na glinianych nogach. Gospodarka rosyjska
jest specyficzną mieszaniną systemu silnej kontroli państwa z systemem
oligarchów, którzy "sprywatyzowali" postsowiecki przemysł w okresie anarchizmu
polityczno-ekonomicznego za czasów Jelcyna, a następnie, wyzbywszy się
politycznych ambicji i opodatkowawszy na rzecz ekipy Putina, czerpią profity
także dziś (ci, którzy nie przyjęli takich reguł gry, albo trafili do więzienia
tak jak Michaił Chodorkowski, albo uciekli za granicę jak szef związku
rosyjskich Żydów Borys Bierezowski). Korupcja i bardzo uznaniowe prawo
odstraszają inwestorów zagranicznych, którzy zresztą czasem dla przykładu
dostają po łapach, gdy naiwnie domagają się przestrzegania reguł wolnego rynku –
tak było z British Petroleum (BP) – brytyjskim koncernem paliwowym, który został
praktycznie obrobiony przez władze rosyjskie, i to w majestacie prawa.
Z powodu kryzysu nie zostaną na pewno zrealizowane ambitne plany Putina
modernizacji rosyjskiej armii, przygotowywane na lata 2009-2013. To jasne, że
Rosja, tak jak kiedyś ZSRS, nie wytrzymuje wyścigu zbrojeń, stąd też wszelkie
nowe układy zbrojeniowe, jak choćby START II, są bardziej na rękę Moskwie niż
Waszyngtonowi.

Demograficzna katastrofa
Efekt kolosa na glinianych nogach zwiększa głęboki kryzys demograficzny Rosji.
Faktycznie jest to kontynuacja procesów demograficznych, które miały miejsce u
schyłku Związku Sowieckiego, gdy przyrost demograficzny w tym państwie był
najmniejszy w słowiańskich republikach związkowych (Rosyjska SRS, Ukraińska SRS,
Białoruska SRS), a największy w azjatyckich, gdzie muzułmanie mieli bardzo
wysoki przyrost demograficzny. O ile jeszcze u schyłku ZSRS i w pierwszych
latach po jego rozpadzie Rosja rozwijała się demograficznie (w 1989 r. liczyła
147 mln 2 tys. mieszkańców, w 1990 r. – 147 mln 665 tys., w 1991 r. – 148 mln
274 tys., w 1992 r. – 148 mln 515 tys., w 1993 r. – 148 mln 562 tys.), o tyle od
lat 1994-1995 notujemy systematyczny spadek ludności Rosji od 200 do 800 tysięcy
rocznie! W efekcie w 2009 r. liczba ludności Federacji Rosyjskiej zmniejszyła
się do niespełna 142 mln (141,9 mln). Oznacza to, że w ciągu 20 lat ubyło ponad
5 mln Rosjan… Cztery główne powody wysokiej śmiertelności (średnia wieku
Rosjanina to zaledwie 55 lat!) i relatywnie niskiej liczby ludności to: bardzo
duża liczba aborcji, alkoholizm, złe warunki ekonomiczne, emigracja. Doprawdy
niewielkim pocieszeniem dla Rosji jest fakt, że kryzys demograficzny na
sąsiedniej Ukrainie jest jeszcze bardziej katastrofalny. Liczba ludności spadła
tam w ciągu dwóch dekad o niemal 6 mln osób (od 51,7 mln w 1989 r. do 45,9 mln w
2009 r.). W tym samym czasie postsowieckie republiki islamskie demograficznie
rozkwitły: Uzbekistan ma o połowę (!) więcej mieszkańców niż 20 lat temu (1989
r. – 19,9 mln; 2009 – 27,5 mln), podobnie – o połowę – w przypadku Tadżykistanu
(1989 r. – 5,1 mln, 2009 r. – 7,4 mln), a niewiele mniejszy przyrost mają
Turkmenistan (z 3,5 mln do 4,9 mln), Kirgistan (z 4,2 mln do 5,3 mln) i
Azerbejdżan (z 7 mln do 8,9 mln).
Do tego należy jeszcze dodać niebywałą co do skali legalną, a zwłaszcza
nielegalną imigrację chińską na Syberię. Szacuje się, że przez rzekę Amur co
roku nielegalnie przemieszcza się około miliona obywateli Chińskiej Republiki
Ludowej, którzy zasiedlają Syberię i w niemałym stopniu żenią się z Rosjankami
(!). Jeżeli ta tendencja się utrzyma, oznaczać to może w przyszłości wręcz
dezintegrację terytorialną w Rosji i być może, z czasem, uczynienie z niej nie
tyle prowincji rosyjskiej, ile… chińskiej. Ale to dopiero dalsza, jeśli w
ogóle, przyszłość. Na razie, na pewno w najbliższych kilku, a prawdopodobnie
kilkunastu latach, Rosja będzie istotną polityczną siłą nie tylko w europejskim
rozdaniu polityczno-gospodarczo wojskowych kart.
O sytuacji przechodzenia przez Rosję od fazy ZSRS i państwowości postsowieckiej
do fazy relatywnie nowoczesnego, choć specyficznego mocarstwa regionalnego,
można powiedzieć słowami rosyjskiego pisarza Mikołaja Gogola, że "stare jeszcze
nie umarło, nowe jeszcze się nie urodziło, ale jedno i drugie zagraża
żyjącym"… Jak dotąd Rosja jest atrakcyjnym – przynajmniej do wyborów
prezydenckich AD 2012 – partnerem dla USA oraz dla słabnącej Unii Europejskiej,
a może zwłaszcza dla umacniających się ewidentnie kosztem UE Niemiec czy
Francji.

drukuj