Czy leci z nami „szturman”

Kiedy wydaje się, że stopień nasycenia dziennikarskiego mainstreamu
bzdurami na temat przyczyn katastrofy na Siewiernym sięga już zenitu, do akcji
wkracza niezawodny dr płk Edmund Klich. I przesuwa granicę absurdu.

Polski akredytowany przy MAK dr płk Edmund Klich po dziewięciu miesiącach
wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej, nagle, łamiąc wszelkie
postanowienia załącznika 13 do konwencji chicagowskiej, obwieszcza, że główną
jej przyczyną był brak w składzie załogi polskiego wojskowego samolotu rządowego
tzw. lidera. Lider – rosyjski nawigator wojskowy, "szturman", miałby, według
Klicha, prowadzić korespondencję z "Korsarzem" i kontrolować manewry dowódcy
polskiej załogi mjr. Arkadiusza Protasiuka przy podejściu do lądowania. W tym
miejscu Edmund Klich powinien odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania: czy jest
to oficjalna przyczyna wyszczególniona w raporcie rosyjskiego Międzypaństwowego
Komitetu Lotniczego (MAK) i czy takie właśnie będą rekomendacje dla
Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego (ICAO), by wszystkie obce
samoloty, lądujące na lotniskach Federacji Rosyjskiej, posiadały obowiązkowo
"rosyjskich szturmanów"? W jaki sposób Rosjanie mieliby sprostać tym wymaganiom
i przeszkolić taką liczbę nawigatorów? A może płk Klich powinien działać z
większym rozmachem? Dlaczego w tej sytuacji nie rekomenduje, by wynajmować w
całości rosyjskie załogi na samoloty rządowe latające do Rosji? Albo nie
wykonywać w ogóle lotów obcymi maszynami, lecz w formie tzw. wet leasing
wynajmować rosyjskie samoloty z rosyjskimi załogami. Pozostając w konwencji
logiki dr. Klicha, można też dojść do wniosku, że do katastrofy by nie doszło,
gdyby wynająć Rosjanina (np. Władimira Putina), aby w imieniu Lecha Kaczyńskiego
oddał hołd polskim oficerom w Katyniu. Można by zakładać, że Edmund Klich, jako
były pilot wojskowy, powinien słyszeć o procedurach NATO, obligatoryjnych dla
wszystkich lotów wojskowych państw Sojuszu. Zgodnie z nimi lider wprawdzie może
być członkiem załogi, ale NIE MOŻE (tak jak wyobraża to sobie Edmund Klich)
wykonywać jej obowiązków i – dajmy na to – prowadzić korespondencji radiowej. A
taką rolę Klich nagminnie przypisuje liderowi. Lider także – według procedur
NATO – nie może być w załodze nawigatorem, ponieważ nie ma prawa korzystać z
zainstalowanych w samolocie urządzeń nawigacyjnych. Nie może też – jak to
sugeruje Klich – niczego kapitanowi zabronić ani występować w roli kontrolera
jego działań. Może tylko patrzeć i notabene pozbawić w ten sposób załogę
nawigatora, zasiadając zamiast niego w środkowym fotelu. Jeżeli Edmund Klich
czyni zarzut z tego, jakoby załoga Tu-154 była "niezgrana", to jak długo
rosyjski lider musiałby się z nią "zgrywać"? Musiałby też nauczyć się
odczytywania wskazań amerykańskich urządzeń nawigacyjnych, całkowicie odmiennych
od rosyjskich stosowanych w rosyjskich, wojskowych Tu-154. Skąd u Klicha
pewność, że lider w kokpicie prawidłowo kontaktowałby się z polską załogą, a ona
by go rozumiała, skoro jego zdaniem, nie znała rosyjskiego? Instytucja tzw.
lidera to relikt okresu zimnej wojny, czasów Układu Warszawskiego. Jego zadaniem
było utrzymanie ścieżki lotu po ściśle ustalonej trasie, tak by obca załoga nie
zobaczyła niczego więcej, niż było jej dane. Obecnie, w epoce masowego
użytkowania sztucznych satelitów Ziemi, także szpiegowskich, tego typu procedury
są po prostu archaiczne i zbyteczne.

Miedwiediew przyleciał na Wawel bez lidera

Z danych 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego wynika, że od roku
2002 żaden polski samolot wojskowy nie miał na pokładzie rosyjskiego lidera. A w
tym czasie wykonano kilkaset lotów w kierunku wschodnim, w tym kilkanaście do
Smoleńska. Przynajmniej pięciokrotnie lądował tam Tu-154, trzykrotnie z mjr.
Arkadiuszem Protasiukiem w składzie załogi. Większość lotów specpułku do krajów
wschodnich, spoza NATO, wykonywał właśnie Protasiuk, ponieważ na tle innych
pilotów odznaczał się szczególnie biegłą znajomością procedur panujących na
tamtejszych lotniskach, również wojskowych. Major Protasiuk lądował na
Siewiernym również 7 kwietnia jako drugi pilot z premierem na pokładzie. Pytanie
więc, dlaczego Edmund Klich nie wytyka organizatorom tamtego lotu, że nie
zapewnili wówczas rosyjskiego lidera? Zdaniem etatowego już "pomocnika" Edmunda
Klicha na polu walki o dobre imię MAK, płk. Roberta Latkowskiego, Polska również
ma swoich liderów i wymaga od obcych państw obecności takowych na pokładach ich
maszyn. Mamy więc gotową przyczynę tragicznej katastrofy białoruskiego samolotu
Su-27 w czasie międzynarodowych pokazów Air Show w Radomiu. Z pewnością gdyby to
płk Latkowski był organizatorem pokazów, wyrugowałby obydwu pilotów z kabiny
myśliwca, by posadzić tam siebie i Edmunda Klicha. Ale spokojnie, obydwaj
panowie nie mieliby nawet szans wystartować taką maszyną, więc do tragedii by
nie doszło. Mówiąc poważnie, czy panowie Klich, Latkowski i asystujący im płk
Stefan Gruszczyk (prywatnie życiowy partner matki prezenterki TVN 24 Justyny
Pochanke) wyobrażają sobie polskich liderów na pokładach samolotów rządowych
Federacji Rosyjskiej, z premierem Putinem i prezydentem Miedwiediewem, którzy
niedawno lądowali w Polsce? Dlaczego w takim razie owych liderów nie było na
pokładach: Iła-96 Miedwiediewa i Tu-134 prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza,
lecących do Krakowa na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego? A warunki były o
wiele bardziej niebezpieczne niż w Smoleńsku, ponieważ w powietrzu unosiła się
zamiast mgły chmura pyłu wulkanicznego, przez co zamknięto wtedy całą europejską
przestrzeń powietrzną.

Major na sto procent

Również na pokładzie Tu-154M, samolotu wojskowego Federacji Rosyjskiej,
którym do Polski przyleciał szef rosyjskiego sztabu generalnego gen. Nikołaj
Makarow nie było żadnego lidera. Teza, że brak lidera pogarsza bezpieczeństwo
lotów, jest, obiektywnie rzecz biorąc, nie do obrony. Jak dowodzi MAK, 36. SPLT
posiada jedynie instrukcję współpracy w załodze trzyosobowej (bez nawigatora) i
był to dokument w języku rosyjskim. Warto więc zadać pytanie, w jaki sposób mjr
Arkadiusz Protasiuk zdołał zdać egzamin w Dowództwie Sił Powietrznych ze
znajomości tego dokumentu na 100 proc., drugi pilot, ppłk Robert Grzywna na 99
proc., nawigator kpt. Artur Ziętek na 95 proc., a inżynier pokładowy ppor.
Andrzej Michalak – na 90 proc., skoro wszyscy, zdaniem Klicha, mieli jakoby nie
znać rosyjskiego? Siódmego kwietnia mjr Protasiuk jako drugi pilot wylądował w
Smoleńsku. Lot przebiegał wzorowo. Nie było żadnych problemów językowych w
komunikacji z wieżą. Nie było wówczas również na lotnisku żadnych dodatkowych
urządzeń wspomagających lądowanie. Siódmego kwietnia Protasiuk wiedział, że za
trzy dni ponownie poleci do Smoleńska. Dlatego od wylądowania do momentu powrotu
ze szczególną dokładnością zapoznawał się z topografią i wyposażeniem lotniska
Siewiernyj. Był m.in. na wieży. Ósmego kwietnia Artur Ziętek dowiedział się, że
jest wyznaczony do składu załogi, i bardzo dokładnie zapoznawał się z danymi
nawigacyjnymi lotniska.

Dlaczego kontroler nie znał angielskiego

Edmund Klich stawia też załodze zarzut braku certyfikatów znajomości języka
rosyjskiego, chociaż, jak zeznał przed sejmową Komisją Infrastruktury, sam nie
zna tego języka. Jak więc osoba nieznająca konstrukcji tupolewa – jak sam
oświadczył – nieznająca rosyjskich procedur wojskowych, która nie potrafi nawet
porozumieć się po rosyjsku, może w ogóle reprezentować Polskę przy rosyjskim
MAK, nie znając przecież języka partnera – jednego z międzynarodowych języków
ICAO. Dziwi też, dlaczego Klich nie podnosi publicznie, że wystarczyło umieścić
na wieży w Smoleńsku kontrolera rosyjskiego władającego biegle językiem
angielskim, by mógł się swobodnie komunikować z polską załogą. Byłoby to zgodne
z międzynarodową praktyką i znacznie lepsze od obecności tzw. lidera na
pokładzie. Jeśli natomiast wierzyć MAK i ministrowi Jerzemu Millerowi,
badającemu w Polsce katastrofę w imieniu premiera Donalda Tuska, jakoby na
lotnisku obowiązywały procedury cywilne zgodne z konwencją chicagowską, to warto
zapytać, dlaczego kontrolerzy "Korsarza" nie znali języka angielskiego i czy w
takiej sytuacji lider w ogóle byłby na pokładzie legalny? Przecież, odwracając
teorię Edmunda Klicha, do katastrofy by nie doszło, gdyby kontrolerzy znali
język angielski, co w procedurach cywilnych byłoby ich obowiązkiem. Ale słowom
Klicha przeczy w swoich zeznaniach nawet szef smoleńskiej wieży ppłk Paweł
Plusnin. Jak mówił, na podstawie obcowania z załogą samolotu Tu-154 w dniu 10
kwietnia doszedł do wniosku, że załoga samolotu włada wystarczająco językiem
rosyjskim i że stopień ten jest wystarczający do poprawnego rozumienia komend
wydawanych przez dyspozytora lotów w trakcie prowadzenia komunikacji radiowej w
celu zapewnienia bezpieczeństwa lotu. O profesjonalizmie dr. płk. Edmunda
Klicha, polskiego akredytowanego przy Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym,
świadczy najlepiej jego komentarz do niszczenia wraku polskiego Tu-154M przez
Rosjan, gdy wybijano w nim szyby, cięto przecinakami mechanizację skrzydła,
rozcinano przewody hydrauliczne i zgniatano buldożerem kadłub. Klich w wywiadzie
dla "Naszego Dziennika" skomentował to zdarzenie tak: "Oczywiście powinno się do
obchodzenia z wrakiem podejść troszeczkę ostrożniej, ale tak jak wspomniałem, za
taki stan odpowiada pewne bałaganiarstwo ze strony rosyjskiej". Takie
postępowanie sytuuje go w roli pełnoprawnego akredytowanego, ale nie strony
polskiej przy MAK, ale akredytowanego MAK przy mediach w Rzeczypospolitej
Polskiej.

Katarzyna Orłowska-Popławska

drukuj