Unijny suweren nad Polską

Niejasny jest powód zgłoszenia przez prezydenta projektu zmiany
Konstytucji, głównie w celu stworzenia warunków przyjęcia euro, właśnie teraz,
gdy strefa tej waluty przechodzi głęboki kryzys, a jej przyjęcie stało się w
innych krajach powodem kłopotów finansowych. Istnieje też prawdopodobieństwo (a
może szansa) rozpadu tego systemu. Poza tym – jak pokazują badania – Polacy
obawiają się wprowadzenia w kraju unijnego pieniądza i nie popierają tego
pomysłu.

Projekt PiS ujmuje sprawę polskich relacji z zagranicą modelowo, ogólnie
nakreślając warunki, zasady i tryb przekazywania kompetencji polskich organów
władzy państwowej na rzecz różnych potencjalnych, jakichkolwiek organizacji lub
organów międzynarodowych dziś i w przyszłości. W projekcie, podobnie jak w
obowiązującej Konstytucji, nie wymieniono ani razu nazwy Unii Europejskiej ani
żadnej innej organizacji. Jak nakazują zasady poprawnej techniki legislacyjnej,
przepisy – zwłaszcza konstytucyjne – powinny mieć charakter pojemnych norm
abstrakcyjnych, tworzących trwałe ramy działania na przyszłość dla różnych
sytuacji faktycznych, różnych układów i sojuszy. W obecnych warunkach projekt
PiS dotyczyłby relacji Polski z UE, gdyż tylko tej organizacji Polska przekazała
traktatami swe liczne uprawnienia. Takiej modelowej koncepcji określenia w
Konstytucji stosunków RP z organizacjami międzynarodowymi odpowiada też tytuł
proponowanego w projekcie PiS nowego rozdziału Xa: "Przekazanie kompetencji
organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu". Z kolei projekt
prezydencki ma charakter kazuistyczny, nakierowany jest na konstytucyjne
uprzywilejowanie członkostwa Polski tylko w jednym, konkretnie wskazanym z nazwy
podmiocie, tj. w UE. Projekt zezwala, by RP przekazała swe suwerenne kompetencje
tylko na rzecz tej jednej organizacji. Podkreśla to także tytuł projektowanego
nowego rozdziału Xa: "Członkostwo Rzeczypospolitej Polskiej w Unii
Europejskiej". Jednocześnie proponuje się w projekcie uchylenie obecnego art. 90
Konstytucji, który ogólnie zezwala na przekazanie nieoznaczonej imiennie
organizacji międzynarodowej kompetencji polskich organów w niektórych sprawach.

Dwie wizje członkostwa

 Oba projekty – PiS i prezydencki – zmierzają też w odmiennych
kierunkach, realizują różne wizje Polski jako państwa członkowskiego
organizacji, której przekazywać można suwerenne kompetencje władz krajowych. PiS
proponuje konstytucyjne gwarancje i konkretne tryby chroniące suwerenność Polski
w stosunkach z organizacjami zagranicznymi, którym przekazane zostaną
kompetencje polskich władz publicznych. Proponuje zabezpieczenie nadrzędności
polskiego parlamentu i jego wpływu na decyzje podejmowane przez taką organizację
wobec Polski. Projekt PiS wyraźnie wykorzystuje ustalenia niemieckiego Trybunału
Konstytucyjnego orzekającego w sprawie traktatu lizbońskiego, którego wyrok
nakazywał gwarantować i chronić suwerenność państwa i wpływ parlamentu
niemieckiego. Z kolei projekt prezydencki zmierza do konstytucyjnego (czyli na
bardzo długo) utrwalenia wyłącznie unijnych więzi Polski. Wydaje się to nawet
logiczne, gdyż przekazanych już raz polskich kompetencji na rzecz organów UE (w
sprawach gospodarczych już przekazano Unii ok. 85 proc. spraw) nie można
ponownie przekazywać jeszcze innym organizacjom międzynarodowym. Licznymi
propozycjami organizacyjno-prawnymi w pełni i bezpośrednio konstytucyjnie
projekt niejako "wciela" Polskę w obszar państwa unijnego. Projekt powagą
Konstytucji chce zatwierdzić ten stan, czyniąc z przynależności Polski do UE w
istocie trwałą cechę naszego ustroju. Stwierdzenie na początku art. 227a
projektu, że Polska "jest członkiem Unii Europejskiej", oznaczać może też w
praktyce, iż każde działanie Sejmu podjęte na poziomie ustawowym lub przez inne
organa na niższym poziomie lub działania społeczne zmierzające do podważenia
zasadności tego członkostwa będą traktowane np. przez Trybunał Konstytucyjny (do
czasu zmiany tak brzmiącej Konstytucji), przez sądy powszechne, administracyjne
i aparat wykonawczy jako sprzeczne z Konstytucją i zmierzające nawet do obalenia
konstytucyjnego ustroju RP. Propozycja art. 227a projektu jest niezwykle groźna
i w praktyce posłużyć może do pacyfikowania w majestacie prawa grup, partii i
osób niechętnych uczynieniu z Polski na trwałe części państwa unijnego. Podobny
przepis w okresie PRL, konstytucyjnie nakazujący przyjaźń ze Związkiem
Sowieckim, służył następnie do walki z przeciwnikami wiecznego sojuszu z tym
imperium jako podważającymi ustrój PRL. Warto przyjrzeć się bliżej szczegółowym
propozycjom obu projektów, by lepiej zrozumieć podejście obu środowisk do spraw
polskich i ocenić stopień odpowiedzialności za Rzeczpospolitą.

Zamach na NBP

Celem projektu prezydenckiego jest według jego autora, "zmiana niektórych
przepisów konstytucyjnych utrudniających wykonywanie zaciągniętych [traktatami o
akcesji do Unii i lizbońskim] zobowiązań". Chodzi o taką zmianę obowiązujących
przepisów, by możliwe stało się przyjęcie przez Polskę waluty euro i
przystąpienie do unii gospodarczo-walutowej. Projekt chce też stworzyć nowe
procedury w polskiej Konstytucji, które umożliwiłyby włączenie najwyższych
polskich organów w przewidziane w Lizbonie nowe tryby zmiany traktatów w
postępowaniach uproszczonych oraz określiły konstytucyjne etapy wystąpienia z UE.
Do osiągnięcia tych celów projekt przewiduje zmiany, które ostatecznie
zlikwidują "polskie bariery" ustrojowe dla pełnego podporządkowania polskiego
systemu walutowo-finansowego de facto najsilniejszym krajom europejskim (Niemcom
i Francji). Tak więc projekt prezydencki chce zadekretować aż na poziomie
konstytucyjnym, że "NBP należy do Europejskiego Systemu Banków Centralnych" i
"realizuje zadania i wykonuje kompetencje określone w Traktatach stanowiących
podstawę Unii Europejskiej oraz w ustawie". Co więcej, projekt konstytucyjnie
uniezależnia (!) NBP w jego działalności od innych organów państwowych ("NBP
jest w swojej działalności niezależny od innych organów państwowych" – art. 227
ust. 1 projektu). Tak więc prezydent, by spełnić unijne wymogi, które Polska
wzięła na siebie wraz z traktatem o akcesji (m.in., że przyjmuje walutę euro),
konstytucyjnie, z nadgorliwą przesadą, pozbawia NBP jego fundamentalnej,
ustrojowej funkcji ustalania i realizacji polskiej polityki pieniężnej,
wyłącznego prawa emisji pieniądza i odpowiedzialności za wartość polskiego
pieniądza. NBP w planach prezydenta dostosowującego naszą Konstytucję do
traktatów unijnych przestaje być elementem realizacji interesów państwa
polskiego, a staje się częścią organizacji walutowej państwa europejskiego. Ma
działać i wykonywać zadania ustalone poza Polską przez struktury UE
nierealizujące ani niechroniące interesów gospodarczych naszego kraju, lecz
broniące interesów jej głównych decydentów (Niemiec i Francji). Aby podległość i
lojalność wobec Unii była pełna, projekt nakazuje, by NBP był "niezależny w swej
działalności od innych [polskich] organów państwowych", także od rządu czy
parlamentu. Jedyną konstytucyjną, organizacyjną "nicią" wiążącą NBP z organami
polskimi jest prawo prezydenta do złożenia wniosku o powołanie prezesa NBP przez
Sejm. Na tym merytoryczna "polskość" NBP w zasadzie się skończy. Polska wyznaczy
więc tylko osobę, która będzie działała i wykonywała w Polsce zadania wyznaczone
bankowi przez UE i w jej interesie. NBP będzie dbał głównie o stan waluty euro w
Polsce, złotówka zostanie bowiem wyeliminowana. Powstaje jednak pytanie, na
jakiej podstawie konstytucyjnej NBP będzie wykonywał funkcje dla Polski, gdy
strefa euro i sama Unia się rozpadną? Trzeba będzie wtedy znowu zmieniać
doraźnie Konstytucję, a do tego czasu NBP będzie w Polsce działał nielegalnie?
Aby możliwie pełnie uniezależnić działalność NBP od polskich władz, projekt
prezydencki proponuje też wyłączenie NBP spod kontroli polskiej NIK w zakresie,
w jakim dotyczy to "realizowania zadań i wykonywania kompetencji określonych w
traktatach stanowiących podstawę UE", oraz wyłączenie odpowiedzialności prezesa
NBP przed polskim Trybunałem Stanu. Ponieważ projekt prezydenta przekształca
dotychczasowy polski bank centralny głównie w element unijnego systemu
bankowego, odpowiednio modyfikuje też organizację NBP. Projekt likwiduje obecny
konstytucyjny organ NBP – Radę Polityki Pieniężnej, która obecnie ustala dla
Polski corocznie założenia polityki pieniężnej. Odbiera też w konsekwencji prawo
prezydenta do powoływania członków tej Rady (skoro Rady już nie będzie). Zmiany
dotyczące NBP mają wejść w życie dopiero po przyjęciu przez Polskę waluty euro.
Trzeba jednak podkreślić, iż konstytucyjne włączenie banku centralnego Polski na
trwałe do zagranicznego systemu finansowo-walutowego jest niezwykle dotkliwym
przejawem ograniczenia suwerenności gospodarczej naszego kraju na długie lata.
Co gorsza, czyni się z tego trwałą cechę ustroju RP! W obliczu takiej zmiany
Konstytucji nasuwa się refleksja, iż projekt prezydencki jest w istocie aktem w
znacznej części samolikwidacji odrębności państwowej Rzeczypospolitej, jej
inkorporacji do struktur podmiotu o celach sprzecznych z systemem wartości,
zasadami i przepisami obecnej polskiej Konstytucji. Wystarczy spojrzeć do tekstu
preambuły naszej Ustawy Zasadniczej. Jest też swego rodzaju lekceważeniem aktu
rangi konstytucji planowanie wejścia w życie niektórych przepisów projektu, w
zależności od spełnienia się pewnych przyszłych, lecz niepewnych warunków (gdy
Polska wejdzie do strefy euro). Konstytucji nie można traktować jak aktu typu
"wersja w oczekiwaniu", która w razie niespełnienia warunku, tj. przyjęcia przez
Polskę euro – nigdy nie wejdzie w życie, ośmieszając nie tylko samą Konstytucję,
ale i sprawców takiego jej traktowania. Przygotowującym taką "przyszłościową",
lecz niepewną w realizacji zmianę Konstytucji, chodziło być może o to, by już
dziś, wykorzystując swą chwilową większość konstytucyjną, "wstawić" do
Konstytucji przepisy, których wejście w życie w przyszłości chcą zagwarantować
już dziś. Będą one wtedy wiązały (krępowały) także następców obecnie rządzących,
którzy być może takich celów nie chcieliby realizować, ale nie będą dysponować
większością umożliwiającą zmianę Konstytucji.

Wtopić się w Unię

 Poza sprawą podporządkowania NBP organom UE i jego reorganizacji w
razie przyjęcia przez Polskę euro projekt prezydencki reguluje też zbiorczo
niektóre procedury w sprawach unijnych. Ich cechą wspólną jest utrwalanie
statusu Polski jako państwa możliwie trwale związanego z państwem unijnym,
ułatwianie procedur przekazywania polskich kompetencji Unii i utrudnianie
wystąpienia z niej. Na wstępie tej części przepisów projekt przedstawia
subiektywną charakterystykę Unii Europejskiej, która zdaniem prezydenta,
"szanuje suwerenność, tożsamość narodową, respektuje zasady pomocniczości,
demokracji, państwa prawnego", szanuje godność człowieka, wolność i równość oraz
"zapewnia ochronę wolności i praw człowieka porównywalną [?] z ochroną tych
wolności i praw w [polskiej] Konstytucji". Ten ideologiczny i oczywiście
nieprawdziwy opis UE nie ma charakteru prawnego, i w ogóle nie powinien się
znaleźć jako "obiektywna zasada" w polskiej Konstytucji. Opinia własna
prezydenta ma charakter życzeniowy, gdyż wiadomo, iż istotą budowanego państwa
unijnego jest właśnie ograniczanie suwerenności państw członkowskich przez
"bezzwrotne" przejmowanie ich strategicznych kompetencji, zamazywanie ich
tożsamości na rzecz "europeizacji" czy przez "deficyt demokracji", który
przyznawany jest przez samą Unię. Zaś unijne standardy ochrony wolności i praw
są podwójne. Stosowane są w ograniczony sposób wobec np. chrześcijan, instytucji
rodziny, wspólnot narodowych, przedsiębiorców itp. Projekt prezydencki
dostosowuje konstytucyjny ustrój państwa polskiego do interesów UE. Tak jak
projekt PO dotyczący zmiany Konstytucji w sprawach wewnątrzpolskich wzmacnia
istotnie władzę wykonawczą, administracyjną, rząd, premiera kosztem parlamentu,
prezydenta, obywateli, tak prezydencki projekt "unijny" wyraźnie osłabia
możliwości i rolę polskich podmiotów wobec Unii, umacniając tym samym czynniki
zagraniczne wobec Polski. Projekt m.in. obniża większość senacką potrzebną do
wyrażenia zgody na ratyfikację umowy międzynarodowej przekazującej kolejne
kompetencje Polski na rzecz UE (z obecnych 2/3 na bezwzględną większość). Znosi
– jako warunek ważności wyniku referendum wyrażającego zgodę na przekazanie Unii
polskich kompetencji – wymóg udziału w nim ponad 50 proc. uprawnionych do
głosowania. Za zgodę Polaków na taką umowę prezydent chce uznać każdą większość
głosujących, niezależnie od frekwencji. Bardzo obniża to rangę tak brzemiennego
w narodowe skutki aktu, jak zrzeczenie się kolejnej partii suwerennych
kompetencji służących przecież wszystkim polskim obywatelom, a nie dowolnie
niskiej kosmopolitycznej mniejszości. Tak samo niskie wymagania – w porównaniu
ze stanem obecnym – stawia projekt w przypadku zgody na zmianę traktatów
unijnych, skutkującą przejęciem przez Unię kolejnych kompetencji narodowych nie
w drodze odpowiedniej umowy Unii z państwem członkowskim, lecz w uproszczonej
procedurze tzw. kładki dokonanej przez same organa unijne. Niejasne i mało
precyzyjne prawnie jest postanowienie projektu stwierdzające, iż "obywatel UE
korzysta na terytorium Polski z wolności i praw gwarantowanych w prawie UE w
zakresie jej kompetencji". Przede wszystkim kompetencje Unii nie są stałe ani
wyraźnie określone; co więcej, system wartości i liczne "prawa" unijne są
częstokroć sprzeczne z podstawowymi prawami i wolnościami chronionymi przez
polską Konstytucję, np. w zakresie małżeństwa, życia, rodziny, sfery
obyczajowości itp. Tak sformułowana propozycja prezydencka całkiem obala
postanowienia ciągle obowiązującej polskiej Konstytucji i jest z nimi nie do
pogodzenia. Polska nie przyjęła zresztą niektórych praw obowiązujących w
państwie unijnym. Nadto nie powinna gwarantować "obywatelom UE" (czy też
Polakom?) praw sprzecznych z polską Konstytucją, tym bardziej że propozycja
przepisu ma charakter blankietowy i zmuszałaby do zapewnienia w Polsce
korzystania "obywatelom Unii" z wszelkich, wymyślanych – też w przyszłości –
najdziwaczniejszych przywilejów, które Unia masowo produkuje. Tak blankietowo
sformułowany projekt daje obcokrajowcom z obszaru UE prawo do roszczeń wobec
polskich organów o uniemożliwienie im korzystania w naszym kraju z
najróżniejszych swobód. Inne bardzo niejasne postanowienie projektu przewiduje w
art. 227g, iż RP "podejmuje działania niezbędne dla zapewnienia skuteczności
prawa UE w krajowym porządku prawnym". Jest to przykład nieprawidłowo
sformułowanego przepisu, który jest pusty normatywnie, tzn. nie ma w nim żadnego
konkretnego elementu prawnego. W nauce prawa określenia typu "podejmuje
niezbędne działania" (ale jakie konkretnie, prawnie?) traktowane są jako
niedające podstaw prawnych do jakichkolwiek działań wobec kogokolwiek.
Zamieszczone jednak w Konstytucji mogłoby być w praktyce dowolnie interpretowane
i z pewnością stanowiłoby furtkę do naruszeń Konstytucji lub działań sprzecznych
z jej postanowieniami i wartościami, które ma w interesie Polski chronić. Nie
jest też jasne, kto konkretnie i jakie precyzyjnie "niezbędne działania" oraz
wobec kogo miałby w interesie Unii podejmować. Stwierdzenie, iż zobowiązana jest
do tego "Rzeczpospolita", prawnie nie mówi nic, bo każda konstrukcja
abstrakcyjna działa poprzez swe organa, a projekt żadnego organu
Rzeczypospolitej nie wymienia. Projekt marginalizuje bardzo poważnie rolę
parlamentu w stosunkach z UE, pozostawiając Sejmowi i Senatowi w tych sprawach
wykonywanie tylko "kompetencji powierzonych parlamentom narodowym w traktatach",
a i to tylko "w zakresach i formach określonych w tych traktatach". Takie
podejście pozbawia Sejm i Senat realnego wpływu na decyzje podejmowane w UE
wobec Polski. Projekt nie przewiduje wewnątrzpolskich procedur wpływu parlamentu
na decyzje prezentowane przez rząd wobec UE na wzór procedur, które wprowadzili
u siebie Niemcy wskutek sugestii niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego
oceniającego traktat z Lizbony. Projekt prezydencki odwraca konstytucyjne role
organów państwa, naśladuje logikę obowiązującą w Unii. Sejm i Senat, mimo iż są
emanacją Narodu, wykonywać mają, według prezydenta, tylko takie kompetencje
"unijne", które przewidują dla nich traktaty. Ale to przecież wyłącznie
parlament, jako przedstawiciel Narodu, suwerena, może określać swe kompetencje
wobec różnych, także zagranicznych struktur oraz ewentualnie powierzać je innym
organom, również Unii, a nie odwrotnie. Zresztą prezydent w swym projekcie
marginalizuje także sam siebie, gdyż nie przewiduje żadnych własnych,
samodzielnych kompetencji w sprawach unijnych (o co zabiegał śp. prezydent Lech
Kaczyński), choćby proporcjonalnie do siły mandatu społecznego, który ma z
bezpośrednich wyborów, i dla zapewnienia jakichś elementów równowagi władz w
omawianym obszarze. Marginalizowanie Sejmu w sprawach związanych z UE widać też
w treści art. 227i ust. 1 projektu, który nie przewiduje dla tej Izby także
inicjatywy ustawodawczej przy wykonywaniu prawa UE, zastrzegając ją wyłącznie
dla Rady Ministrów. Sejm został też ograniczony w prawach, gdy RM swobodnie uzna
jakiś projekt ustawy wykonujący prawo UE za pilny. Obecna Konstytucja w art. 123
ust. 1 zezwala w takich sytuacjach na przyspieszony i uproszczony tryb
uchwalania ustaw, jednak z wyjątkiem projektów ustaw podatkowych, dotyczących
wyboru prezydenta RP, Sejmu, Senatu, organów samorządu terytorialnego, ustaw
regulujących ustrój i właściwość władz publicznych oraz kodeksów. Projekt
prezydencki takich wyjątków nie przewiduje i pozwala na tryb "pilny" zawsze, gdy
RM uzna za natychmiastowe projekty ustaw wykonujących prawo UE, tzn. gdy wymagać
będzie takich uproszczeń interes Unii. Trzeba podkreślić, że tryb pilny
ogranicza prawa posłów do rzetelnej kontroli i wpływu na treść prowspólnotowych
przepisów na rzecz decydującej roli Rady Ministrów wobec UE. Projekt prezydencki
określa też procedurę podejmowania decyzji o wystąpieniu Polski z UE. Prawo
podjęcia takiej decyzji prezydent przyznał tylko Radzie Ministrów, tj.
administracji państwowej. Prawa tego nie przyznano Sejmowi. Nie jest też jasne,
po co w Konstytucji zapisuje się prawo wystąpienia z organizacji
międzynarodowej, skoro jest to oczywiste w świetle publicznego prawa
międzynarodowego, a co do Unii zapisane jest w traktacie akcesyjnym i
lizbońskim. Konstytucja nie powinna tego powtarzać za aktem niższej rangi, tj.
za umową międzynarodową, bo możliwość wystąpienia z jakiejś określonej
organizacji nie jest w ogóle materią ustrojową. Pozbawienie Sejmu przez
prezydenta inicjatywy wystąpienia z Unii jest sprzeczne z zasadą państwa
demokratycznego, z nadrzędną rolą Narodu działającego przez swą reprezentację
parlamentarną. Projekt utrudnia wystąpienie z Unii – wymaga w tym celu 2/3
głosów zamiast większości zwykłej. W przypadkach nadzwyczajnych, gdy dochodzi do
wystąpienia ze struktury, czyli gdy członkostwo staje się dla państwa szkodliwe,
należałoby umożliwić państwu łatwiejszy tryb uwolnienia się od niej, a nie
utrudniać takie konieczne procedury.

Akcesja sprzeczna z Konstytucją

Analiza prezydenckiego projektu zmiany obecnej polskiej Konstytucji dowodzi
też i potwierdza pogląd, iż akcesja Polski do UE była już w chwili jej
dokonywania w 2004 roku sprzeczna z Konstytucją, skoro – jak twierdzą autorzy w
uzasadnieniu do obecnego projektu – trzeba teraz "dostosować" Konstytucję polską
do naszego członkostwa, m.in. do przyjęcia euro. To znaczy, że gdy Trybunał
Konstytucyjny badał traktat akcesyjny, w którym Polska przecież zobowiązywała
się do przyjęcia euro (i TK orzekł wówczas o jego zgodności z Konstytucją), to
nie było w Konstytucji żadnych do tego podstaw. I nie ma ich też dziś, bo
dopiero teraz dąży się do ich stworzenia. Traktatem akcesyjnym zgodzono się na
przyjęcie w Polsce euro i podporządkowanie NBP unijnej instytucji bankowej, i
przekazanie Unii kierownictwa nad polską polityką walutową, chociaż Konstytucja
RP wówczas na to nie zezwalała, tak samo nie zezwala dziś, przyznając na stałe
tę kompetencję NBP i Radzie Polityki Pieniężnej. Projekt prezydencki ogranicza
kontrolę społeczną, nie przewiduje rzeczywistego wpływu Sejmu na decyzje
podejmowane w UE wobec Polski ani na stanowiska formułowane przez Polskę w UE.
Zaproponowany nowy rozdział Xa łamie jednolitą lojalność polskich struktur
publicznych i obywateli wobec Rzeczypospolitej. Projekt wprowadził bowiem
równorzędnego Polsce, a właściwie nadrzędnego wobec niej suwerena – UE, która
tylko "szanuje" suwerenność i tożsamość narodową Polski. Projekt nie bierze pod
uwagę czasowego charakteru Unii, a wola Polski udziału w niej może w jakiejś
perspektywie ulec zmianie. Wtedy znów trzeba będzie gruntownie zmieniać
Konstytucję. Trzeba podkreślić ponadto, że prezydent, poddając system
finansowo-gospodarczy Unii, nie proponuje, by odpowiednio – w celu ochrony
suwerenności RP – uzupełnić kompetencje Trybunału Konstytucyjnego o prawo
badania zgodności z polską Konstytucją przepisów wydawanych przez różne organa
unijne (tzw. prawa wtórnego). Pozostaje to jednak w zgodzie z przesłaniem
prezydenckiego projektu i jego głównym celem.

PiS: Ochronić suwerenność

Jeśli chodzi o projekt PiS, to, jak wspomniano, przedstawia on propozycje
lepszej konstytucyjnej ochrony suwerenności Polski w ramach organizacji
międzynarodowej, której przekazano kompetencje polskich organów, oraz
zapewnienia (w odróżnieniu od projektu prezydenckiego) nadrzędności polskiego
parlamentu w stosunkach z taką organizacją. Projekt przedstawia konkretne,
precyzyjne procedury tym ideom służące. Między innymi doprecyzowano rzecz z
punktu widzenia państwa bardzo ważną. To znaczy, iż przekazanie kompetencji
polskich organów władzy państwowej organizacji lub organowi międzynarodowemu, w
szczególności dotyczących wydawania przepisów lub orzeczeń obowiązujących na
terytorium RP, może nastąpić tylko na rzecz podmiotów, których ustrój lub
działalność da się pogodzić z realizacją konstytucyjnych zasad i celów Polski, a
także nie może zamykać RP drogi do odstąpienia od dokonanego przekazania
kompetencji (art. 227a projektu PiS). Jak wielokrotnie można było się przekonać,
np. interesy i cele Polski i UE często są ze sobą sprzeczne, a w konsekwencji
polskie interesy nie są brane pod uwagę (sprawa stoczni, rybołówstwa, rolnictwa,
obyczajowości, rodziny itp.). Wiadomo, że sądownictwo europejskie uważa, iż raz
przekazanej kompetencji narodowej Unii wycofać już nie można. Propozycja PiS
jest więc istotną i konieczną barierą chroniącą tożsamość i interesy polskie w
relacjach z podmiotami zagranicznymi. Projekt PiS w zgodzie z regułami
demokracji obwarowuje licznymi utrudnieniami przekazywanie umową międzynarodową
suwerennych kompetencji RP podmiotom zagranicznym (wymóg dla ustawy
ratyfikacyjnej wynosi dla Sejmu i Senatu po 2/3 głosów w obecności co najmniej
połowy ustawowej liczby głosujących). Natomiast wystąpienie z takiej organizacji
lub wycofanie przekazanych jej wcześniej kompetencji może nastąpić w drodze
ustawy uchwalonej w zwykłym trybie, zwykłą większością głosów. Takie procedury
pozwalają działać zgodnie z interesami Polski, a nie organizacji zagranicznych.
Projekt PiS zezwala Radzie Ministrów na powoływanie osób na funkcje w
strukturach zagranicznych, którym Polska przekazała kompetencje organów władzy
państwowej, za zgodą Sejmu wyrażoną bezwzględną większością głosów w obecności
co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Odpowiednika takiej regulacji
zapewniającej Sejmowi wpływ na decyzje personalne w sprawach związanych z UE w
projekcie prezydenta nie ma. Projekt PiS nakazuje także uregulowanie w
specjalnej ustawie zasad współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem w sprawach
związanych z członkostwem RP w organizacji międzynarodowej, której Polska
przekazała kompetencje organów władzy państwowej. Projekt włącza do polskich
procedur wpływania na kształt aktów organizacji międzynarodowej wszystkie
najwyższe organy państwa, nie dyskryminuje przy tym ani Sejmu, ani prezydenta,
przyznając także tym podmiotom wpływ decyzyjny na ostateczny kształt zajmowanych
wobec Unii stanowisk. Projekt przenosi na grunt polski ustalenia niemieckiego
FTK chroniące zasady demokracji w stosunku do UE. Wreszcie, w odróżnieniu od
projektu prezydenckiego, koncepcja PiS wprowadza nowe procedury, poprzez które
Sejm i Senat będą mogły realizować swe uprawnienia przewidziane dla parlamentów
narodowych w traktatach unijnych, np. możliwość wyrażenia opinii lub sprzeciwu
czy zaskarżenia aktu prawnego organizacji międzynarodowej. Na zakończenie trzeba
zaznaczyć, iż wprowadzenie w życie projektów PO i prezydenta doprowadziłoby do
silnego wyeksponowania rządu i premiera jako swoistego zbiorczego suwerena we
wszystkich obszarach życia państwa. Powstałaby sytuacja, w której nie tyle
demokracja (decyzyjna wola Narodu), ile biurokracja i eurokracja stałyby się
konstytucyjnymi cechami ustroju Polski.

Prof. Krystyna Pawłowicz

drukuj