Rok naznaczony tragedią

Jaki był ten 2010 rok, który do dramatycznych kwietniowych dat dodał kolejną
– 10 kwietnia – gdy pod Smoleńskiem runął samolot z elitą polskiego
społeczeństwa? Wydawało się, że to obywatelskie poruszenie zdoła przywrócić
Polakom prawdę o ich prezydencie. Jednak nieubłaganie szyderczy i niezmiennie
dyskredytujący Lecha Kaczyńskiego przekaz medialny przywrócił "stare".

Liczni komentatorzy, powołując się na wyniki sondażu TNS OBOP, powiadają, że
2010 rok był "osobiście udany", czyli dobry lub bardzo dobry dla 50 proc.
ankietowanych Polaków oraz "ani dobry, ani zły" dla kolejnych 38 procent. Co
prawda 44 proc. obywateli uważa ten sam rok za "zły dla Polski", ale ponad
połowa sądzi, że był on "dobry" dla kraju (24 proc.), lub że był dla kraju "ani
dobry, ani zły" (28 proc.). Rozkład odpowiedzi przypomina wynik wyborów
prezydenckich i dobrze oddaje nastroje 53 proc. wyborców prezydenta Bronisława
Komorowskiego oraz 47 proc. głosujących na Jarosława Kaczyńskiego.
Gdyby katastrofa była "zwyczajnym" lotniczym wypadkiem, rozpacz rodzin ofiar
oraz współczucie i smutek większości Polaków wzmocniłyby naszą narodową
solidarność i poczucie wspólnoty. Tak się jednak nie stało, i dlatego trudno
uwolnić się od wrażenia, że nie był to "zwykły wypadek". Bo podzielił Polaków, a
nawet rodziny ofiar, budząc "złe" emocje, nieufność, pogardę i konflikty.
Praktycznie wszystkie ważniejsze wydarzenia minionego roku zostały naznaczone tą
tragedią. Nie zawsze świadomie, wciąż tkwimy w nienazwanej i nieopisanej
traumie, której konsekwencje bywają zaskakujące i niespodziewane.
Rok 2010 przyniósł ważne zmiany w wewnętrznej i zewnętrznej sytuacji Polski. Są
wśród nich te najbardziej widoczne, które po tragicznej śmierci: Lecha
Kaczyńskiego, Janusza Kochanowskiego, Janusza Kurtyki, Sławomira Skrzypka, ks.
Tadeusza Płoskiego, Macieja Płażyńskiego, Andrzeja Przewoźnika, Tomasza Merty,
Janusza Krupskiego, Franciszka Gągora, Andrzeja Błasika, Tadeusza Buka, Andrzeja
Karwety, umożliwiły rządzącej Platformie dokonanie szybkich i radykalnych zmian
na ważnych stanowiskach w państwie. Są jednak także inne, równie ważne
konsekwencje smoleńskiej katastrofy. Widzimy je w mediach, w nastrojach
społecznych, w nonszalancji rządzących, a nawet w polskim Kościele. Cień
katastrofy rozpostarł się nad sceną polityczną, nad wyborami samorządowymi i
prezydenckimi, nad polityką zagraniczną Polski i nad kształtem debaty
publicznej.

"Obywatele źle widziani"
Pierwszą widoczną konsekwencją tragedii było społeczne, obywatelskie poruszenie.
Bezpośrednio po 10 kwietnia tłumy Polaków manifestowały nie tylko żal i ból,
lecz także szacunek dla prezydenta RP i jego małżonki w przekonaniu, iż naszym
wspólnym dramatem był "medialny wulkan kłamstw" (cytuję Lecha Kaczyńskiego w
rozmowie z prof. Andrzejem Nowakiem z lipca 2009 roku; polecam książkę prof. A.
Nowaka pt. "Od Polski do post-polityki", wydaną przez Arcana, zawierającą trzy
fragmenty wywiadów z prezydentem L. Kaczyńskim), który odebrał nie tylko
wyborcom Lecha Kaczyńskiego, lecz także wielu Polakom poczucie, że w latach
2005-2010 sprawy Polski prowadził nieduży wzrostem, ale wielki duchem prezydent
III RP.
Postawy setek tysięcy Polaków odnotowane m.in. w filmie Ewy Stankiewicz i Jana
Pospieszalskiego "Solidarni 2010" zostały wyszydzone jako "genetycznie
patriotyczne" przejawy "polskiej nekrofilii", a sam film – skrytykowano, a nawet
potępiono. Stawiających "bezczelne" pytania o przyczyny katastrofy nazwano
wariatami.
Obywatelską postawę mieszkańców stolicy – którzy czuwając pod krzyżem
postawionym przez harcerzy przed Pałacem Prezydenckim, domagali się dotrzymania
umowy o połączeniu przeniesienia krzyża do kościoła św. Anny z decyzją o budowie
pomnika upamiętniającego ofiary smoleńskiej tragedii – potraktowano jak anarchię
i awanturnictwo. Jako potwierdzenie tego przytaczano w mediach wynik
październikowego sondażu CBOS, z którego wynikało, że tylko 34 proc. badanych
uważa, iż w Warszawie powinien stanąć pomnik upamiętniający prezydenta Lecha
Kaczyńskiego. Przemilczano odpowiedzi na drugie pytanie tego sondażu – aż 76
proc. badanych Polaków uważało, że w Warszawie powinien stanąć pomnik
upamiętniający ofiary katastrofy pod Smoleńskiem. Tymczasem jedyny pomnik
postawiony przez władze, symbolizujący raczej podział i rozłam niż wspólnotę,
stanął nie "w Warszawie", lecz na Powązkach. Zupełnie jak w czasach PRL, gdy
upamiętnienie "nielubianego" przez komunistów Powstania Warszawskiego i
ukrywanej zbrodni katyńskiej było możliwe tylko tam.

Wybory w cieniu katastrofy
Katastrofa smoleńska miała także wpływ na przebieg obu kampanii wyborczych 2010
roku. W wyborach prezydenckich przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego natarczywie
pytali, dlaczego milczy w sprawie katastrofy. W wyborach samorządowych – pytali,
dlaczego do niej powrócił. Mimo to w obydwu przypadkach przewaga PO nad PiS
okazała się znacznie mniejsza, niż przewidywały prognozy i sondaże. Przeciwnicy
PiS nie mogą spać spokojnie, opozycja istnieje, nawet osłabiona rozłamem i
utratą kilku ładnych i bystrych twarzy. Nadal sąsiedzi ze Wschodu muszą więc
czynić koncesje na rzecz rządzącej Platformy, jeśli nie chcą powrotu podmiotowej
i suwerennej polityki polskiej.

Polityka zagraniczna po Smoleńsku
Katastrofa smoleńska odbiła się także na relacjach Polski ze światem
zewnętrznym. Po kwietniu 2010 roku zmieniła się radykalnie polityka zagraniczna
Polski. Prezydent Bronisław Komorowski wzmocnił przyjaźń z Rosją i zaufanie do
niej, wspierając Radosława Sikorskiego w jego nowej polityce wschodniej.
Oznaczało to zdjęcie parasola ochronnego znad Związku Polaków na Białorusi i
flirt z prezydentem Łukaszenką. Bronisław Komorowski złożył też ważną obietnicę,
że nie wybierze się do Gruzji w taki sposób i w takim celu jak prezydent Lech
Kaczyński. Do nowej polityki zagranicznej zaliczam także zaproszenie przez
polskie MSZ w pierwszych dniach września ministra spraw zagranicznych Rosji
Siergieja Ławrowa na zamkniętą naradę z polskimi ambasadorami. To ten sam
polityk, który w 2008 roku (za "Daily Telegraph" cytowanym przez "Gazetę
Wyborczą" 12 IX 2008 r.) w interesujący sposób komunikował się z ministrem spraw
zagranicznych Wielkiej Brytanii. Gdy brytyjski polityk wyrażał wątpliwości co do
inwazji Rosji na Gruzję, usłyszał; "kim ty 'k’ jesteś, żeby mnie pouczać?" Może
dlatego spotkanie z polskimi ambasadorami było zamknięte.
Polityka zagraniczna to także wizyta prezydenta Miedwiediewa w Polsce,
prezydenta Komorowskiego w Niemczech i USA. Wszystkie – jak się zdaje, po to, by
pomóc prezydentowi Obamie przeforsować zbliżenie z Rosją i podpisanie nowej
wersji umowy START. Zauważamy też umowę gazową z Rosją, w której nieco lepsze –
co nie znaczy dobre – warunki zawdzięczamy interwencji Unii Europejskiej.
I nie jest pocieszeniem fakt, że wszystkie koncesje, które rząd Donald Tuska
uzyskał w minionym roku od Rosji, a więc spotkanie z premierem Putinem 7
kwietnia w Katyniu, emisja filmu "Katyń" w rosyjskiej telewizji, uchwała
rosyjskiej Dumy o odpowiedzialności Stalina za katyńską zbrodnię oraz
przekazanie dokumentów w sprawie tej zbrodni, zawdzięczamy w gruncie rzeczy śp.
Lechowi Kaczyńskiemu. Wciąż bowiem niepokoi władze Rosji – z Polakami nigdy nic
nie wiadomo – możliwość pojawienia się w polskiej polityce następców i
kontynuatorów polityki byłego prezydenta.
Tu zapewne znajduje się odpowiedź na pytanie o przyczynę zaskakującej wypowiedzi
Donalda Tuska o raporcie MAK – dla polskiej strony ma on być "nie do przyjęcia".
Pewnie wyniki sondaży – nieznane opinii publicznej – pokazały skalę zmiany
naszych nastrojów. Tracimy zaufanie do rosyjskich śledczych? Jeśli tak, to
premier został zmuszony do "negocjowania" wyników rosyjskiego śledztwa i
ustalenia "optymalnej" dla polsko-rosyjskiego pojednania wersji wspólnego
raportu. Zbyt wiele pytań postawiono w polskiej prasie, by wersja lansowana
przez rosyjskie media już 12 kwietnia była możliwa do zaakceptowania.
W wypowiedzi premiera tkwi także swoiste uznanie dla społeczeństwa
obywatelskiego, które stawia pytania, i dla kobiet, które bez żadnych parytetów
domagają się prawdziwych, a nie wynegocjowanych wyników śledztwa w sprawie
przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Myślę, że warto przypomnieć nazwiska tych
odważnych i wytrwałych kobiet: Marta Kaczyńska-Dubieniecka, Zuzanna Kurtyka,
Magdalena Merta, Ewa i Marta Kochanowskie, Beata Gosiewska, Małgorzata
Wassermann. Uczciwość nakazuje wymienić także kilku mężczyzn: Jacek Świat,
Andrzej Melak, Dariusz Fedorowicz, Jarosław Kaczyński.
Przyszłość demokracji zależy dzisiaj od wielu osób, także od aktywności i
wytrwałości członków licznych ruchów i stowarzyszeń powstałych jako komitety
poparcia Jarosława Kaczyńskiego w czasie kampanii prezydenckiej lub domagających
się międzynarodowej komisji ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej.
Około 800 przedstawicieli tych stowarzyszeń spotkało się 10 grudnia w Jachrance,
bo z pierwotnego miejsca konferencji przy ul. Bobrowieckiej 9 "wygoniło" jej
uczestników niespodziewanie (?) przeniesione tam z Sejmu wysłuchanie w sprawie
ustawy o działalności leczniczej. Przeniesienie okazało się niepotrzebne – nie
było zainteresowanych reformą zdrowia, a konferencja w Jachrance okazała się
wydarzeniem znaczącym.

"Nowa" polityka historyczna i "stara" walka z klerykalizmem
Do ważnych konsekwencji katastrofy smoleńskiej zaliczam także nową politykę
historyczną prezydenta, której symbolem jest zaproszenie Wojciecha Jaruzelskiego
do Rady Bezpieczeństwa Narodowego, i pełną determinacji obronę tego pomysłu
przez doradcę prezydenta ds. historycznych Tomasza Nałęcza. Dobrym przykładem
"nowej polityki" jest także pierwotny projekt pomnika pamięci 22 żołnierzy Armii
Czerwonej w Ossowie. Skuteczny sprzeciw obywatelski zmienił ten swoisty wyraz
hołdu składanego najeźdźcom w rocznicę Bitwy Warszawskiej w normalne dla
polskiej tradycji rozwiązanie – cmentarz poległych żołnierzy.
W 2010 roku odświeżona została także nowa wersja "walki z klerykalizacją życia
społecznego". Pretekstem do tej operacji stało się czuwanie pod krzyżem
postawionym przed Pałacem Prezydenckim w związku z katastrofą smoleńską. Spór o
rozwiązanie problemu okazał się wstępem do medialnej debaty o miejscu symboli
religijnych w przestrzeni publicznej. Kolejnym krokiem była mobilizacja
wykształconych (?) przedstawicieli wielkomiejskiej młodzieży do demonstrowania
antyreligijnych postaw, czyli lżenia i obrażania modlących się przed Pałacem
ludzi. W kolejnej odsłonie do działania przystąpił Janusz Palikot, by swoim
autorytetem człowieka biznesowego sukcesu, filozofa studiującego także na KUL
oraz byłego sponsora i wydawcy katolickiego tygodnika "Ozon" wspierać radykalne
postulaty ograniczenia roli Kościoła w Polsce.
Stopień przyzwolenia na coś, co uprzejmie nazywam grubiaństwem, jest także, moim
zdaniem, efektem posmoleńskiej traumy – "teraz już wszystko wolno".
Ostatni akcent tej antyklerykalnej krucjaty stanowi nie tyle list o. Ludwika
Wiśniewskiego skierowany we wrześniu do nowego nuncjusza apostolskiego w Polsce
Celestina Migliorego, lecz data jego opublikowania w "Gazecie Wyborczej" – tuż
przed świętami Bożego Narodzenia. Dzięki tej nieco opóźnionej publikacji
ostatnie dni Adwentu wypełniła medialna debata o fatalnym obliczu polskich
katolików i hierarchów polskiego Kościoła.

Post scriptum
Pozornie bez związku z katastrofą, ale i nie bez tego związku, warto odnotować
jeszcze jedno wydarzenie. W "Rzeczpospolitej" pojawiła się (18/19 XII)
całkowicie przemilczana w elektronicznych mediach informacja o skierowaniu przez
IPN do Sądu Okręgowego w Warszawie wniosku o wszczęcie postępowania
lustracyjnego w związku z wątpliwościami co do zgodności z prawdą oświadczenia
złożonego przez dyplomatę, ambasadora tytularnego w Moskwie, Tomasza
Turowskiego. Twórca zbliżenia polsko-rosyjskiego, zaufany człowiek Radosława
Sikorskiego, były ambasador Polski na Kubie, od 1993 roku dyplomata (głównie "na
kierunku wschodnim"), rozpoczął współpracę z organami bezpieczeństwa jeszcze
jako student. W latach 1975-1986 był oficerem elitarnego XIV Wydziału I
Departamentu MSW, najwyraźniej oddelegowanym do nowicjatu Jezuitów w Rzymie. Tam
bardzo dobrze wypełniał obowiązki wywiadowcze. Tuż przed święceniami odszedł z
zakonu, ożenił się, ale nadal pozostał osobą dobrze postrzeganą przez ludzi
Kościoła. Ofiarnie działał na rzecz pojednania Patriarchatu moskiewskiego z
Episkopatem Polski. Był aktywny w przygotowaniach kwietniowych wizyt Donalda
Tuska i Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Był obecny na płycie lotniska Siewiernyj
10 kwietnia. Udzielał wywiadów w moskiewskich mediach tuż po katastrofie.
Rozważano możliwość powołania go na funkcję ambasadora Polski w Watykanie.
Pozornie nic niezwykłego w tym nie ma. Tylko skąd ta głucha cisza w niezależnych
mediach? Gdyby mianował go Lech lub Jarosław Kaczyński, mówiono by o tym głośno
i szyderczo.
Taki to był ten dramatyczny rok, w którym ucieczka od katastrofy smoleńskiej
okazała się niemożliwa.

Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska
 

drukuj