Kto korzysta ze wzrostu PKB?
Z prof. dr. hab. Andrzejem Kaźmierczakiem, członkiem Rady Polityki
Pieniężnej, rozmawia Małgorzata Goss
Podstawowa stawka VAT wzrośnie od nowego roku z 22 do 23 procent. Zdaniem
przedstawicieli rządu koalicji PO – PSL, to tylko nieznaczna podwyżka…
– Szacuje się, że podwyżka stawki podstawowej VAT oraz wprowadzenie jednolitej
5-procentowej stawki na żywność w miejsce 3-procentowej i 7-procentowej stawki
spowoduje łącznie wzrost cen o 0,4 procent.
Jak podwyżka o jeden punkt procentowy podatku VAT przełoży się na wydatki
przeciętnej rodziny?
– Jeśli chodzi o ceny żywności, to wzrost wydatków spowodowany wzrostem VAT nie
będzie duży. Stawka na niektóre artykuły wzrośnie, na inne spadnie, co per saldo
nie będzie tak istotne. Natomiast podwyżka VAT będzie miała istotny wpływ na
ceny wszystkich pozostałych artykułów przemysłowych oraz energii i paliw. VAT
jest podatkiem doliczanym do ceny towaru, a zatem ceny wzrosną. Bardzo
odczuwalny będzie wzrost cen na artykuły dziecięce z 7 do 23 procent. Podwyżkę
silnie odczują też rodziny, które dużo wydają na dzieci, np. na pieluszki,
buciki, ubranka. Bardzo istotny będzie też wzrost VAT, jeśli chodzi o książki i
prasę. Dane NBP pokazują, iż wydatki na zakup książek w tym roku spadły o 19
proc., wobec tego pojawia się problem – co będzie, gdy ceny wzrosną? Co więcej –
podniesienie stawki podatkowej na energię elektryczną, gaz, paliwa powoduje, że
mogą wystąpić efekty wtórne, polegające na tym, że wzrost kosztów energii
przekłada się na wzrost kosztów przedsiębiorstw i generuje dalszy wzrost cen
wszystkich towarów. Jest to bardzo prawdopodobne, bo ceny energii stanowią
bardzo istotny element kosztów.
Kto najsilniej odczuje podwyżki cen?
– VAT płacimy, gdy wydajemy pensję. Nie można uniknąć zapłacenia tego podatku,
ponieważ jest wliczony w cenę towarów. Podwyżka dotknie więc głównie
gospodarstwa domowe średnio i mniej zamożne, które wydatkują całe swoje dochody
w ciągu miesiąca. Osoby bogatsze, które nie wydają w całości swoich zarobków, od
zaoszczędzonej części nie będą płacić podatku VAT. W tym sensie jest to podatek
bardziej dokuczliwy dla gospodarstw mniej zamożnych.
Wzrosną ceny mieszkań, sprzętu gospodarstwa domowego, ceny wszystkich usług,
opłaty eksploatacyjne, ceny artykułów dziecięcych, książki, przejazdy, a więc
sytuacja młodych ludzi, którzy są na dorobku, ulegnie znacznemu pogorszeniu. W
świetle otwarcia rynku pracy w Niemczech należy spodziewać się kolejnej fali
emigracji. To oczywiście będzie miało poważne konsekwencje dla finansów
publicznych. Siedzimy na bombie emerytalnej. Społeczeństwo starzeje się,
następuje tzw. odwrócenie piramidy pokoleń: jest coraz mniej pracowników
płacących składki emerytalne, a coraz więcej tych, którzy pobierają świadczenia
emerytalno-rentowe. Państwo w zakresie systemu emerytalnego jest w bardzo
trudnej sytuacji, zarówno jeśli chodzi o emerytury z ZUS, jak i II filara.
Świadczenia będą coraz niższe. Obserwujemy to już w tym roku – w listopadzie ZUS
zabrakło pieniędzy na wypłatę emerytur i rent, więc musiał zaciągnąć kredyt w
bankach komercyjnych, i to pomimo regularnej dotacji oraz dodatkowej pożyczki z
budżetu państwa. W coraz większym stopniu nasze emerytury są finansowane przez
banki komercyjne! Aż strach pomyśleć, co będzie, gdy banki odmówią ZUS
kredytowania.
Zdaniem rządu, nie można było uniknąć podwyżki stawek VAT, bo nie
zwiększyłyby się dochody podatkowe państwa.
– Ja bym się z tą tezą nie zgodził. Po pierwsze, podatek VAT w Polsce jest i tak
relatywnie wysoki na tle innych krajów UE, nawet na poziomie dotychczasowym,
zważywszy że maksymalny poziom, dopuszczalny w Unii, to 25 procent. Po drugie,
wzrost dochodów podatkowych można było osiągnąć w inny sposób. Otóż dane
statystyczne za ten rok wyraźnie mówią, że spadają wpływy z podatku dochodowego
od przedsiębiorstw CIT. Mówiąc bardzo obrazowo – przedsiębiorstwa płacą podatek
CIT wedle własnego uznania, tyle, ile im się spodoba. Przyczyna: urzędy skarbowe
mają trudności z określeniem zdolności podatkowej przedsiębiorców. A zatem
wpływy z CIT dramatycznie spadają, podczas gdy powinny rosnąć przynajmniej o
tyle, ile wynosi wzrost PKB. Pojawia się więc pytanie: kto korzysta ze wzrostu
PKB? Bo na pewno nie gospodarstwa średnio i mniej zamożne… Tutaj widać te
wzajemne interesy rządzących i biznesu. Obie strony są najwyraźniej
zainteresowane, aby nie doszło do zmiany sytuacji. Uwarunkowania są przedziwne:
w kryzysie finansowym sytuacja przedsiębiorstw relatywnie się poprawia…
Oczywiście bezpośrednia wina leży po stronie urzędów skarbowych, które są mało
efektywne w ściąganiu podatków, ale pamiętajmy, że urzędy skarbowe są
niedoinwestowane, mają braki kadrowe, dysponują przestarzałymi technologiami
informatycznymi.
Czy podwyżka VAT uderzy w popyt, który głównie napędzał wzrost gospodarczy, i
odbije się to na kondycji przedsiębiorstw?
– Rzeczywiście, tak będzie! Dane statystyczne mówią, że przyrost wynagrodzeń w
sektorze przedsiębiorstw jest bardzo powolny, mniejszy niż 1 procent. Będą więc
kłopoty z popytem, ze sprzedażą produkcji, gdyż siła nabywcza społeczeństwa
prawie nie rośnie. Znajduje to odbicie w procesach inwestycyjnych w gospodarce.
Okazuje się, że sektor przedsiębiorstw, mimo że wyszedł suchą nogą z kryzysu i
dysponuje dużymi oszczędnościami na rachunkach bankowych – powstrzymuje się od
inwestowania. Nie widać istotnego wzrostu inwestycji. Dlaczego? Ponieważ
perspektywy sprzedaży są bardzo wątłe, popyt rośnie bardzo wolno. Jedyne, co
podtrzymuje wzrost gospodarczy – to popyt ze strony sektora publicznego,
generowany przez pieniądze ściągnięte od podatników, oraz napływ środków z Unii
Europejskiej. Natomiast sytuacja gospodarstw domowych i sektora przedsiębiorstw
sprawia, że perspektywy w sferze realnej są bardzo wątłe. Trudno o optymizm.
Pojawia się podstawowe pytanie: jeśli mamy dobry, ponad 3,5-procentowy wzrost
gospodarczy (obecnie szacuje się go na 3,8-4 proc., a na rok 2011 zapowiada się
ponad 4 proc.) – kto konsumuje owoce tego wzrostu? Bo na pewno nie gospodarstwa
domowe, gdzie przyrost płac realnych jest poniżej 1 proc., a podwyżka VAT z
pewnością jeszcze pogorszy sytuację…
Kryzys finansów publicznych pokazuje, że polityka łupienia "średniaków" i
najbiedniejszych, w tym młodych polskich rodzin, podmywa fundamenty finansowe
państwa…
– Za kryzysy zawsze płacili ludzie biedni, bo ludzie zamożni, pracodawcy,
potrafią uniknąć ponoszenia kosztów. W Polsce nie mamy kryzysu w sferze realnej
gospodarki, lecz kryzys w sferze finansów publicznych. Jego koszty ponosi w
największym stopniu tzw. świat pracy, czyli pracownicy najemni, np. zamrażane są
wynagrodzenia w sektorze publicznym, w sektorze prywatnym płace niemal nie
rosną. Co się dzieje z owocami wzrostu gospodarczego, skoro nie ma on odbicia w
poprawie finansów publicznych? Otóż przedsiębiorcy, którzy dysponują nadwyżką,
nie uczestniczą w naprawie finansów państwa. Wpływy z CIT zamiast rosnąć –
spadają. Jest to wina państwa, które nie potrafi sprawiedliwie rozłożyć kosztów
kryzysu.
Dziękuję za rozmowę.
