Nauczyciele polityki?

Zazwyczaj lekceważy się dzisiaj znaczenie formułowanych teorii filozoficznych
dla biegu ludzkich dziejów, ale przed takim bagatelizowaniem ostrzegał
intelektualistów Jan Paweł II w encyklice "Veritatis splendor". Fakty bowiem
świadczą, że to właśnie błędne i zwodnicze idee filozoficzne raz za razem
stawały się narzędziem gigantycznej społecznej manipulacji. Jeśli przyglądamy
się agonii nowożytnego, współczesnego nam projektu politycznego – przecież
gigantyczna rzeź nienarodzonych nie świadczy o dobrej kondycji współczesnej
demokracji i panującego myślenia politycznego – to pilnym zadaniem filozofów
powinno być identyfikowanie słabości tego konceptu.

Na razie dosyć powszechnie nie zauważa się owych bolączek, a nawet uważa się
je za zalety. Jeśli czołowym dzisiaj supermocarstwem są Stany Zjednoczone, to
już z tej perspektywy widać, jak nadzwyczajnej nobilitacji dostąpił John Locke,
XVII-wieczny filozof brytyjski. Niektóre twierdzenia zawarte w jego książce
("Dwa traktaty o rządzie") zapisano w samej Deklaracji Niepodległości,
stworzonej między innymi przez Tomasza Jeffersona, uznającego Locke’a (obok
Francisa Bacona i Izaaka Newtona) za najwybitniejszego przedstawiciela całej
ludzkości. To zatem od Locke’a pochodzi słynne zdanie Deklaracji z 1776 roku, iż
"wszyscy ludzie stworzeni zostali równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi
nienaruszalnymi prawami, że do praw tych należy życie, wolność i swoboda
ubiegania się o szczęście". Nie ma oczywiście nic zdrożnego w politycznym
wyrażeniu szacunku dla filozofii polityki znanych filozofów (żałować należy, iż
nasi politycy zazwyczaj nie przejmują się myślą polityczną o. Mieczysława A.
Krąpca czy ks. Tadeusza Stycznia, zawartą w tekstach takich jak "Nienarodzony
miarą demokracji"), ale trzeba dobrze rozróżniać trafne od błędnych projektów
politycznych. Odnośnie do liberalizmu Locke’a panuje dzisiaj wiele
nieporozumień, bo być może czytamy klasyków bez odpowiednich przewodników lub
czytamy w ogóle bez nich. Nowożytny człowiek nie uskarża się na słabości
własnego rozumu, jak to z ironią stwierdza Kartezjusz, którego zdaniem rozum
jest najsprawiedliwiej rozdanym Bożym darem, bo nikt nie uskarża się na jego
braki. Ale z Kartezjuszem było tak samo, ponieważ bardzo autorytatywnie ustawiał
poza nawias godnej zaufania wiedzy to, co wcześniej powiedziano w filozofii.
Rzadko się zatem zauważa rujnujące znaczenie dla porządku politycznego poglądów
właśnie Johna Locke’a , a co z całą ostrością wydobył Leo Strauss, amerykański
filozof, uciekinier z Europy przed zorganizowanym tutaj polowaniem na Żydów;
intelektualny przywódca (zdaniem niektórych) amerykańskich neokonserwatystów. W
swojej zapomnianej gdzieniegdzie, chociaż już uznanej za klasykę, książce "Prawo
naturalne w świetle historii" (jest polskie wydanie, niestety prawie
nieosiągalne) po pierwsze, wyraźnie przeciwstawił nowożytną teorię prawa natury
klasycznej jej koncepcji, bronionej przez Platona, Arystotelesa, stoików,
Cycerona, a najpełniej i najbardziej konsekwentnie przez św. Tomasza z Akwinu.
Co ciekawe, autor nie ukrywa pod korcem tej oceny, chociaż tomistą nie był, a
pracował w środowisku, które nie przejmowało się świętymi intelektualistami
katolickimi. W czasach bezmyślnego "dokładania" św. Tomaszowi, także u nas,
warto wziąć przykład z tej lekcji wierności prawdzie. Leo Strauss trafnie
również wskazuje istotne różnice pojęcia "prawo natury", którym posługuje się
Locke, wobec klasycznej koncepcji prawa naturalnego. Wykreślił on z prawa
naturalnego między innymi uprawnienia człowieka wyznaczone przez jego płciowe
ukierunkowanie, czyli zawsze i wszędzie ważne uprawnienia związane z
małżeństwem. Dla Locke’a jest ono tylko rezultatem "umowy", związkiem zatem
konwencjonalnym, względnym, dostosowanym do konkretnych okoliczności. Na teorię
"praw natury" Locke’a śmiało mogą się zatem powołać rzecznicy tworzenia tzw.
związków partnerskich i "małżeństw homoseksualnych", niezależnie od faktu, że
Locke z dezaprobatą oceniał takie zachowania seksualne. W jego teorii "praw
człowieka" zmienione zostały – zdaniem Straussa – także naturalne (płynące z
istoty człowieka i relacji międzyludzkich) uprawnienia dzieci względem rodziców
i uprawnienia rodziców wobec swoich dzieci, co pewnie dobrze zrozumiały
amerykańskie "dzieci kwiaty" w latach 60., wyrejestrowując się z relacji wobec
swoich rodziców i adoptując się w świecie kwiatów. Według Locke’a , akt poczęcia
i zrodzenia nie ma być podstawą obowiązku szacunku wobec rodziców. Obowiązek ten
zamiast być określony jako bezwarunkowy, u Locke’a staje się hipotetyczny:
"Czcij ojca twego i matkę swoją, o ile na to zasłużyli". Z tej perspektywy
patrząc, staje się zrozumiała uwaga Straussa, iż w politycznym hedonizmie ojca
liberalizmu "życie jest smutnym poszukiwaniem radości". Nie może być inaczej,
skoro samo otrzymanie życia ma być bezwartościowym wydarzeniem. Już tutaj
widzimy śmiertelne niebezpieczeństwa politycznego projektu Locke’a i pozostałych
nowożytnych teoretyków "prawa natury", zakleszczonych przyjętymi dogmatami
epistemologicznymi. Jeśli dobry rząd – jak podkreślał Arystoteles – to taki, w
którym rządzi prawo, to rządy wypaczonego prawa muszą oznaczać jakąś formę
tyranii czy też totalitaryzmu, gdzie anonimowy i pozaludzki podmiot władzy
"niewidzialną ręką", ale z żelazną siłą wymusza łamanie naturalnych uprawnień
każdego człowieka.

Marek Czachorowski

drukuj