W Polsce nie ma systemu dwupartyjnego

prof. dr hab. Mirosławą Grabowską, socjologiem, pracownikiem Uniwersytetu
Warszawskiego oraz dyrektorem Centrum Badania Opinii Społecznej, rozmawia
Paulina Jarosińska

Jak określiłaby Pani system polityczny w Polsce, biorąc pod uwagę kierunek, w
jakim on zmierza?

– Obecnie mamy do czynienia z systemem zbliżonym do systemu dwublokowego, ale
podkreślam, że nie jest on idealnie dwublokowy z dwóch powodów. Po pierwsze,
ostatnie wybory samorządowe i kilkunastoprocentowe poparcie, jakie uzyskały i
PSL, i SLD, pokazały, że dwie mniejsze partie się liczą. Po drugie, nie ma
żadnych trwałych koalicji ani sojuszy, w które zawsze łączą się ze sobą jakieś
dwie określone partie, np. PO zawsze z PSL. Nie wiadomo, jak będzie wyglądała
sytuacja po wyborach parlamentarnych w 2011 roku i jaka powstanie koalicja
rządząca. Preferencje polityczne społeczeństwa polskiego i w związku z tym
poparcie dla partii rozkłada się nie na dwie partie, ale na więcej. Obecny układ
najbliższy jest schematowi dwa plus dwa, czyli dwie większe partie i dwie
mniejsze. Czy jest to stabilny układ polityczny? Otóż jest on stabilizowany
przez ordynację wyborczą (w tym przez próg wyborczy eliminujący partie, które w
skali kraju otrzymały mniej niż 5 proc. głosów) oraz przez dotacje budżetowe dla
partii politycznych, które pozwalają na utrzymywanie struktur partyjnych i stałą
działalność. Ruchy polityczne spoza parlamentu, które chcą podjąć rywalizację
wyborczą, mają dużo trudniejszą sytuację wyjściową. Brak środków muszą
"nadrobić" determinacją, pomysłowością i ciężką pracą.

Może dojść do jakiegoś gwałtownego przetasowania na scenie politycznej?
– Jest to mało prawdopodobne. Nawet inicjatywie politycznej cieszącej się pewnym
poparciem społecznym trudno byłoby wyrosnąć na wpływowe środowisko mające realne
szanse rządzenia. W warunkach zmian czy znaczącego niezadowolenia społecznego
nowe inicjatywy miałby większe szanse. Ale nie jesteśmy w sytuacji rewolucyjnej.
Jednak – choć obecnie wydaje się to trudne do wyobrażenia – nie jest to
niemożliwe. Wydaje się, że narasta pewne niezadowolenie z układu sił na scenie
politycznej, i dlatego zmian nie można wykluczyć.

Podział polityczny, rozważając go tylko w kontekście dwóch głównych partii,
przebiega, jak powiedział prezes Jarosław Kaczyński, wzdłuż "specyficznie
pojętej linii kulturowej", czyli podziału "lepsi – gorsi"? PiS przecież różni
się również programowo od Platformy.

– Ten podział jest fałszywy, a prezes Jarosław Kaczyński przesadził. Przecież
elektorat Prawa i Sprawiedliwości to nie są, jak chcieliby może jego oponenci,
tylko starsi, niewykształceni i biedni, ze wsi lub małych miejscowości. Na PiS
głosuje wiele osób wykształconych, dobrze zarabiających i mieszkających w dużych
miastach. Element obyczajowy odgrywa jednak ważną rolę. Mam tu na myśli
odwoływanie się do wartości takich jak religia, tradycja, taki praktyczny
konserwatyzm, co składa się na zasadnicze różnice pomiędzy PiS a PO. Ale nie
można powiedzieć, że poza nimi nie ma żadnych innych, takich, które dotyczą
ustroju państwa, gospodarki czy polityki międzynarodowej. Na przykład w zakresie
polityki międzynarodowej polityka rządu jest nastawiona raczej na największe
państwa Unii Europejskiej, a nie na budowanie porozumienia regionalnego.
Realnych różnic programowych jest niemało i są one "osadzone" na różnicach
kulturowych oraz na strukturze społecznej.

Czy dwubiegunowość polityczna jest korzystna dla którejkolwiek z partii
toczących obecnie ze sobą spór w Polsce?

– To jest bardzo ważne pytanie. W opinii PO i PiS, taka dwupartyjność jest dla
nich korzystna, bo gdyby nie była, to partie działałyby inaczej, a nie widać, by
którakolwiek z nich zamierzała coś zmienić. Konsekwentnie prowadzą politykę
konfrontacji. Nie powinno to specjalnie dziwić – obydwie partie żywią się tym
wzajemnym konfliktem. Wszystkie decyzje dotyczące zmiany bądź zachowania
określonej strategii politycznej, stylu, retoryki, jak to miało miejsce w
przypadku PiS w trakcie kampanii przed wyborami prezydenckimi oraz po niej, mają
jakieś konkretne cele. Ale nie przekraczają ram tego konfliktu, a wręcz wpisują
się weń i go utrwalają. Dzięki temu PO ma wciąż wysokie poparcie społeczne, a
PiS utrzymuje pozycję głównej partii opozycyjnej. Nie wydaje mi się jednak, aby
ten spór miał przynosić korzyści głównym rozgrywającym na dłuższą metę. W
społeczeństwie narasta niezadowolenie, a może i zmęczenie, znudzenie takim
rozkładem sił politycznych. Co ważniejsze, nie jest to korzystne dla dyskursu
publicznego w Polsce i dla Polski w kontekście międzynarodowym. Wydaje się, że
nie ma już pełnego konsensusu co do polityki międzynarodowej pomiędzy głównymi
siłami politycznymi. Wreszcie, sam ten konflikt często nabiera charakteru nie
merytorycznego, lecz emocjonalnego, co może odstręczać część potencjalnych
wyborców od polityki.

Nie sądzi Pani, że konflikt zaostrzył się po 10 kwietnia? Nikt chyba po
katastrofie smoleńskiej nie wierzy w to, że możliwa jest koalicja między
Donaldem Tuskiem i Jarosławem Kaczyńskim.

– Oczywiście, jest to normalne. Natomiast kwestią sporną jest forma przekazu,
jaką przyjmuje obecnie Prawo i Sprawiedliwość w mówieniu o Smoleńsku i domaganiu
się prawdy. Z kolei radykalizm PiS w tym względzie może być odpowiedzią na
wystąpienia niektórych polityków PO oraz na sposób prowadzenia śledztwa i
przedstawiania jego przebiegu. Wydaje mi się, iż Jarosław Kaczyński jest
wewnętrznie przekonany, że – z powodów politycznych, prawnych i moralnych oraz
osobistych – ma obowiązek za wszelką cenę domagać się wyjaśnienia przyczyn
katastrofy smoleńskiej, co – jego zdaniem – nie pozwala mu zmienić strategii
oraz stylu uprawiania polityki i retoryki politycznej. A to niejako
automatycznie wystawia PiS na ataki i słowne zaczepki ze strony polityków PO.
Konflikt o Smoleńsk jest brutalny i wnika w głęboko zakorzenione różnice
pomiędzy PiS a PO, zaostrzając je.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj