Sikorski przegrał tarczę, a dziś kłamie
Z Witoldem Waszczykowskim, wiceministrem spraw zagranicznych i wiceszefem
Biura Bezpieczeństwa Narodowego w latach 2008-2010, rozmawia Maciej Walaszczyk
W czasie gdy prezydent Dmitrij Miedwiediew gościł w Polsce, prorządowe media
określenie "przełom" odmieniały przez wszystkie przypadki. Jaką rolę naprawdę
odgrywa dziś Polska w rosyjskiej strategii? Zdaniem analityków, jesteśmy
potrzebni do uwiarygodnienia relacji politycznych Moskwy z Unią Europejską.
– Podzielam tę opinię. Rosji nie zależy na jakimś trwałym pojednaniu z Polską i
absolutnym wyjaśnieniu wszelkich spraw zaległych i bieżących, łącznie z wzięciem
odpowiedzialności za zbrodnię katyńską. Doskonale wiedzą, że w polsko-rosyjskiej
historii istnieją problemy, które są cierniem we wspólnych relacjach, a w
związku z tym muszą je wygładzić, ale jak najmniejszym kosztem. Im chodzi o to,
by wysłać na Zachód przekaz: "Zrobiliśmy wszystko, by wyjść naprzeciw Polsce i
jeśli oni wciąż mają do nas pretensje, to jest ich wewnętrzna paranoja".
Gdzie można było to zauważyć?
– Dobrym przykładem takiego właśnie rozwiązywania problemów była wizyta premiera
Putina 7 kwietnia w Katyniu. Wpadł tam na krótko i uczynił gest, który dla nas
jest ważny – klęknął, postawił świeczkę, przeżegnał się i wymamrotał coś o
stalinizmie i zbrodniach tamtych czasów, wikłając to w taki oto kontekst, że
wszyscy wtedy cierpieli. W świat chciał wysłać sygnał: "Sprawę załatwiłem".
Jednocześnie przy pomocy Donalda Tuska rozbijając polskie państwowe obchody
70. rocznicy zbrodni katyńskiej…
– Oczywiście, bo Putinowi chodziło też o to, by zrobić to wspólnie z tymi,
którzy będą z takiego obrotu sprawy zadowoleni i sprzedadzą to w Polsce jako
wielki sukces, który przekują w profity polityczne dla siebie. I tym samym
wszelkie grzechy związane z Katyniem zamkną się raz na zawsze. Metoda ta jest
kontynuowana.
Jaki jest to koszt dla Kremla?
– Robią to jak najmniejszym kosztem. Dobrze widać to po ostatniej wizycie
prezydenta Miedwiediewa. Rosjanie w bardzo ogólnikowy sposób potwierdzają wciąż,
że są "gotowi wyjaśniać kwestię katyńską" i ustami swojego prezydenta obiecują
kroki w tej sprawie. Co tu jednak wyjaśniać?! Przecież wszystko jest jasne – kto
zabił, kogo i kiedy ten mord miał miejsce. Dziś należy oczekiwać ujawnienia w
tej sprawie wszelkich dokumentów i jednoznacznej deklaracji ze strony władz
rosyjskich, że zbrodni tej dokonało państwo rosyjskie czy państwo sowieckie,
którego Rosja jest spadkobiercą. Tymczasem, tak jak przy okazji ostatniej
deklaracji Dumy, wciąż to wszystko ubierane jest w eufemizmy, że winny jest
stalinizm i "ponure czasy pogardy".
A kwestia śledztwa smoleńskiego?
– Tu jest podobnie. Zamiast zdecydowanej decyzji, na mocy której powołano by do
życia wspólny zespół zajmujący się kwestią wyjaśnienia tej katastrofy,
kontynuowane są dwa osobne śledztwa i prace dwóch oddzielnych komisji, które nie
przynoszą rezultatów. Zamiast tego mamy kolejny eufemizm: "postawimy pomnik w
Smoleńsku" i podpiszemy memorandum o współpracy prokuratur. To przecież tylko
polityczne zobowiązanie, które nie ma wartości prawnej. Tu, jak widać, również
Rosjanie nie ponoszą żadnych kosztów.
Ze strony premiera Tuska i prezydenta Komorowskiego nie widać jakiejś
poważnej presji.
– Nie ma żadnego widocznego nacisku ze strony polskich władz. Co więcej, przez
lata pewna grupa entuzjastów, którą bez negatywnej konotacji można nazwać
"partią moskiewską", pouczała wszystkich, że pozostawiając za sobą zaszłości
historyczne, możemy zbudować z Rosją relacje gospodarcze, na których polscy
przedsiębiorcy będą zbijać krociowe fortuny. Okazuje się, że po trzech latach
spotkań Sikorskiego z Ławrowem, rozmowach z Putinem i Miedwiediewem, przyjeżdża
do Warszawy prezydent Rosji, który polskiej stronie nie ma nic do
zaproponowania. Nie ma żadnej oferty poza kolejnym memorandum o współpracy. Za
to jest chęć zakupu Lotosu i wchodzenia w sektor energetyczny.
Na razie wiadomo, że mamy do Rosji eksportować jedynie ziemniaki, bo susza
zniszczyła tam plony.
– Jeśli na nich zarobimy tyle, co Rosjanie na gazie i ropie sprzedawanej do
Polski, to proszę bardzo, niech kupują ich, ile chcą. Ale wiemy, że tak nie
jest. Bo w Moskwie wiedzą, że ten polski rząd, którym dziś kieruje Donald Tusk,
jest zainteresowany jedynie wizerunkowymi gestami. Dlatego oni tymi gestami
operują właśnie po to, by światu pokazać, że sprawa polska jest załatwiona. A
jeśli coś się Polakom nie podoba z Katyniem czy śledztwem smoleńskim, to nie
nasza sprawa, ale lekarza – niech leczy polskie fobie.
Może rząd PO – PSL chce się wpisać w zachodnią tendencję rozmawiania z Rosją
bez zimnowojennej retoryki? Przede wszystkim akcentowane jest wycofanie się USA
z zainteresowania sprawami europejskimi i wejście w głębszą współpracę z Rosją,
kosztem Europy Środkowo-Wschodniej.
– To prawda, ten rząd ma bardzo minimalistyczne podejście do relacji
międzynarodowych. Sam premier mówił, że interesuje go to, co jest "tu i teraz".
Nie jest to mąż stanu, który myśli w perspektywie następnych pokoleń, ale tylko
o tym, jak wygrać najbliższe wybory, a kolejną sprawę obrócić w wizerunkowy czy
medialny sukces. Skalkulowano więc, że jeśli w Europie poszczególne państwa
samodzielnie dogadują się z Rosją, by uszczknąć coś dla siebie z tego wielkiego
tortu gospodarczego, to trzeba porzucić ambicje i myślenie o wpływie Polski na
wspólną politykę europejską na Wschodzie. Uznano, że lepiej zawierać jakieś
transakcje z Rosją i starać się coś uzyskać, by pokazać społeczeństwu, że taka
polityka przynosi profity. Tymczasem takie myślenie jest zgubne, a my jako
państwo nie jesteśmy w stanie pozwolić sobie na to, na co mogą sobie pozwolić
Hiszpania czy Włochy. Jesteśmy wschodnim frontowym krajem Unii Europejskiej. Dla
Polski nie jest ważne, kto dziś zarobi w relacjach z Rosją, ale jak będzie
wyglądało to państwo w przyszłości. Czy będzie krajem idącym drogą transformacji
politycznej i gospodarczej, czy przeciwnie – państwem z deficytem demokracji,
łamiącym prawa człowieka i mającym aspiracje neoimperialne. Bo za kilka lat
wszelkie tąpnięcia polityczne, zagrożenia i kryzysy, jakie tam się pojawią w
wyniku braku tych zmian, dotkną w pierwszej kolejności Polskę, a nie kraje
Europy Zachodniej.
Jak to może w praktyce wyglądać?
– W przypadku poważnego kryzysu przy naszej wschodniej granicy możemy borykać
się z tradycyjnymi zagrożeniami, takimi, jak: masowe migracje, wzrost
przestępczości, przemyt. Jeśli jednak modernizacja Rosji się powiedzie i będzie
ona stabilnym krajem pod względem gospodarczym, np. na wzór chiński, ale
pozostanie przy swoich ambicjach imperialnych jako państwo autorytarne, to rodzi
się pytanie, jak mamy żyć u boku potężnej gospodarki rosyjskiej mającej
jednocześnie imperialne cele polityczne.
Jednym z takich sposobów jest zadbanie o bezpieczeństwo narodowe.
– Na pewno powinniśmy zbudować własne siły zbrojne na wzór Finlandii czy
Szwecji, posiadać swój przemysł zbrojeniowy, który będzie je zaopatrywał. Nasza
armia powinna być nie tylko zawodowa, ale i skuteczna, tak aby mogła bronić
samodzielnie większego fragmentu polskiej granicy niż tak jak obecnie około
150-kilometrowego odcinka. Armia, która zniechęcałaby agresora do wszczynania
jakichkolwiek incydentów. Dlatego powinniśmy również rozmawiać z Sojuszem na
temat planów ewentualnościowych, o powiększaniu infrastruktury obronnej NATO.
Nawet jeśli nie uda się stworzyć stałych baz amerykańskich w Polsce, to powinny
się tutaj odbywać cykliczne ćwiczenia obronne z udziałem armii sojuszniczych,
aby pokazać ewentualnemu agresorowi, że Polska jest przygotowana i ma
przećwiczone procedury.
Z tą koncepcją związane były negocjacje w sprawie rozmieszczenia elementów
tarczy antyrakietowej w Polsce, które Pan prowadził. Tymczasem nie ma ani
tarczy, ani amerykańskich baz w Polsce, ani nawet – jak dowiadujemy się z
dokumentów zamieszczonych w WikiLeaks – tego, co proponowali nam Amerykanie, a
więc samolotów Hercules, F-16 czy jednostki amerykańskich komandosów na
Wybrzeżu. Jak się okazuje, minister Radosław Sikorski jako negocjator poniósł
jedno wielkie fiasko. Dziś zwala winę na Pana…
– To jest klasyczne odwracanie kota ogonem. W sierpniu 2008 roku premier Tusk i
minister Sikorski po podpisaniu dobrego porozumienia z USA, które wzmacniało
bezpieczeństwo, mieli w rękach złoty róg dla zwiększenia bezpieczeństwa Polski.
Gdzie go zgubili?
– Przez trzynaście miesięcy premier i szef MSZ zwlekali z ratyfikacją umowy o
budowie tarczy, a tyle czasu dokładnie minęło do momentu, gdy Amerykanie
wycofali się planów jej instalacji, co zakomunikowali 17 września 2009 roku. W
tym momencie polscy politycy zostali ze sznurem w rękach. Z obietnicami, że może
za 11 lat powstanie w Polsce tarcza antyrakietowa. Dali prezydentowi Barackowi
Obamie pretekst, by się z wcześniej podpisanej umowy wycofać.
Przecież dla wszystkich było jasne, że nowa demokratyczna administracja,
której szefem będzie taki polityk jak Obama, nie będzie zainteresowana budową w
Polsce baz rakietowych. Tusk i Sikorski uważali, że stanie się inaczej?
– To sam minister Sikorski mówił, by czekać na wybór Baracka Obamy, a wraz nim
na Rona Asmusa, który w tej sprawie będzie miał sporo do powiedzenia. Sikorski
mówił: "Demokraci dadzą nam więcej". Dzisiaj odwraca kota ogonem i bezczelnie
kłamie, że to oni wiedzieli, iż Amerykanie się wycofają. Co ciekawe, już po
wyborze Obamy na prezydenta do Polski przyjeżdżał Robert Gates, pozostawiony
przez nową administrację na stanowisku sekretarza obrony, by realizować w Polsce
projekt budowy tarczy antyrakietowej. Namawiał do ratyfikacji podpisanej w
sierpniu 2008 r. umowy. Co więcej, w kwietniu 2009 r., o czym można poczytać w
dokumentach zamieszczonych w WikiLeaks, przyjechała do Polski delegacja pod
kierownictwem Carla Levina, szefa senackiej komisji obrony, i ona też namawiała
do ratyfikacji tej umowy. Sondowano również, czy Polska oczekuje czegoś innego.
Tymczasem mijały tygodnie, aż wreszcie na początku lipca 2009 r. Obama pojechał
do Moskwy na rozmowy w sprawie ratyfikacji układu o ograniczeniu zbrojeń
strategicznych START. I tam Rosjanie postawili warunek, że będą kontynuowali
rozmowy na temat układu, jeśli do negocjacji zostaną włączone tzw. pasywne
środki obrony rakietowej, a więc program budowy tarczy antyrakietowej.
To był moment przełomowy?
– To był sygnał, że po zgodzie Obamy na taki warunek Amerykanie rezygnują z
budowy tarczy w Polsce. A ona sama stała się elementem przetargowym z Rosją.
Można było w tym momencie załatwić jeszcze obecność w Polsce samolotów F-16
czy amerykańskich żołnierzy w Gdyni?
– Oczywiście, że było to możliwe. Jeszcze w czasie negocjacji w 2008 r. rząd
Tuska zmienił koncepcję, jaką kierowano się, negocjując obecność wojsk
amerykańskich w Polsce. Postawiono Amerykanom warunek, że za pobyt ich wojsk
Stany Zjednoczone muszą nam sowicie zapłacić, a do tego upierano się, by w
Polsce stacjonowały baterie rakiet Patriot. Wtedy pojawiła się rozbieżność co do
koncepcji obronnej, jaką Polska winna przyjąć. Amerykanie stwierdzili, że nawet
kilkanaście baterii rakiet nie ochroni Polski przez potężną salwą ze strony
wroga. Proponowali więc inne aktywne środki obrony, bardziej ofensywne, które
będą mogły likwidować cele, z których będą odpalane rakiety wycelowane w Polskę.
Chodziło o samoloty F-16. Rząd jednak upierał się przy rakietach Patriot.
Amerykanie zaproponowali więc ich zakup i w końcu wszystko zakończyło się tym,
że w Polsce jest tylko jedna bateria, i to ćwiczebna, stacjonująca rotacyjnie. I
na tym koniec.
Mówiono, że tarcza nie miała nas bronić przed Rosją, ale strącać rakiety
wystrzeliwane z Iranu czy Korei Północnej. Dziś, mówiąc o zagrożeniu, mamy na
myśli właśnie to państwo, które zresztą przeciw obecności tarczy w Polsce
protestowało.
– Tarcza miała rzeczywiście bronić przed strategicznymi rakietami
wystrzeliwanymi z Iranu. Jednak na drugim planie były rozmowy o statusie m.in.
Polski jako członka NATO. Rosja interpretowała rozszerzenie NATO czy wcześniej
zjednoczenie Niemiec jako przyłączenie polityczne i gospodarcze do świata
zachodniego, ale pod względem bezpieczeństwa dopuszczała jedynie status
finlandyzacji. Nasze zabiegi miały na celu przekreślenie tego nierównego
statusu, by stać się pełnoprawnym członkiem sojuszu wojskowego. By artykuł 5.
traktatu waszyngtońskiego był realną gwarancją bezpieczeństwa dla Polski mającą
pokrycie w realnych strategicznych koncepcjach NATO. Wciąż jeszcze w tej sprawie
jest wiele znaków zapytania.
Dziękuję za rozmowę.
