Rosja bierze, ale nie kwituje

Dzisiejszy szczyt Unia Europejska – Rosja w Brukseli odbywa się w momencie
szczególnym. Przed rokiem toczył się on w cieniu wielkiego kryzysu, który
jednocześnie był wielką niewiadomą i dla Europy, i dla Kremla. Po kilkunastu
miesiącach, które upłynęły od tamtego wydarzenia, widać wyraźnie, że Unia nie
wzmocniła się politycznie, a Rosja – wręcz przeciwnie.

Gospodarczo obie strony mogą mówić o problemach, ale media skupiają się na
kłopotach Zachodu, a nie Wschodu. Traktat lizboński, który miał wzmocnić Unię
Europejską jako taką względem Ameryki i całego świata "zewnętrznego", nie tylko
tego nie zrobił, ale odwrotnie: brak sprecyzowania kompetencji głównych organów
UE spowodował chaos decyzyjny i kolejną klęskę wizerunkową Unii. Siłą rzeczy
Moskwa zyskała mocniejszą pozycję w relacjach z Brukselą. Dodatkowo Waszyngton –
wyraźnie to dziś widać – bardziej liczy się z Rosją niż z Europą pogrążoną w
kryzysie przywództwa, a nie tylko kryzysie gospodarczym. Bez wątpienia rok 2010
był czasem, w którym politycznie Kreml szedł w górę, a rondo Schumana (to tu w
Brukseli mieści się siedziba Komisji Europejskiej) pikowało w dół.

Amerykański zwrot
Europa cierpi na tym, że w trójkącie USA – Rosja – Unia jest najsłabszym
wierzchołkiem. Skądinąd owa figura coraz bardziej przypomina trójkąt bermudzki:
giną w nim wartości, niegdyś uznawane przez stronę euroatlantycką za
drogowskazy. Administracja Baracka Husseina Obamy dokonała zasadniczej zmiany w
amerykańskiej polityce zagranicznej – i odbyło się to m.in. kosztem Europy
właśnie. Za dwa główne problemy w polityce zewnętrznej USA nowy gospodarz
Białego Domu uznał zagrożenie ze strony Iranu oraz sprawę rozwiązania sytuacji
na Bliskim Wschodzie. W obu kwestiach Unia Europejska na nic się nie mogła
przydać Waszyngtonowi, ale Rosja z kolei tak. I taki właśnie kurs obrała ekipa
Obamy: porozumienie się z Kremlem ponad głową Brukseli. Przypomnijmy, że jedynym
państwem niearabskim, które oficjalnie podejmowało przedstawicieli Hamasu, czyli
siły politycznej rządzącej częścią terytorium Palestyny i stojącej ością w
gardle Izraela, była właśnie Federacja Rosyjska. To przecież Rosja sprzedawała i
sprzedaje uzbrojenie Teheranowi. Ba, nawet broniła go przed międzynarodowymi
sankcjami na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Zneutralizowanie takiego konkurenta stało się priorytetem dla Obamy. Europa nie
była mu do niczego potrzebna. Stąd też automatyczny wzrost roli Rosji i
rosyjskich wpływów w ostatnich kilkunastu miesiącach, i to pomimo istotnego
kryzysu gospodarczego w tym państwie, spowodowanego m.in. sporym spadkiem cen
ropy naftowej.
Jednak to amerykańsko-rosyjskie zbliżenie miało swoją cenę. Na ołtarzu
porozumienia Moskwa – Waszyngton złożono tarczę antyrakietową w Polsce i
instalacje z nią związane w Czechach. Rosja otrzymała wolną rękę w rozwiązywaniu
"sprawy czeczeńskiej". Amerykanie – widać to wyraźnie – zahamowali swoją
ofensywę polityczno-dyplomatyczną na Kaukazie. W ten sposób Gruzja i po części
Azerbejdżan stały się ofiarami polityki nowego "appeasementu".
Owa "polityka uspokajania" w oryginalnej wersji odnosi się do postawy tzw.
Zachodu, a zwłaszcza Wielkiej Brytanii wobec Niemiec Hitlera po 1938 roku. W
roli nowego Chamberlaina obsadził się prezydent Obama…

Zapomniany sojusznik
Jednak ocieplenie relacji rosyjsko-amerykańskich miało również bezpośredni wpływ
na kraje Unii Europejskiej, nie tylko te do niej w dalszej perspektywie
kandydujące (Gruzja, ale też Ukraina, gdzie USA i Europa w praktyce nie reagują
na wzrost wpływów Moskwy).
Dotychczasowym sojusznikom Ameryki, państwom tzw. nowej Unii, a więc tym, które
weszły do struktur europejskich po 2004 r., nowa ekipa w Waszyngtonie pokazała
drzwi. Jeśli dziś dziwimy się arogancji Kremla wobec Polski, to jedną z przyczyn
jest nie tylko kompletnie pasywna polityka zagraniczna wobec Rosji rządu PO –
PSL, ale też po części wyraźny sygnał "w świat" ze strony Białego Domu, że ta
część Europy nie jest w sferze szczególnego – jak dotąd – zainteresowania strony
amerykańskiej. Natura nie znosi próżni. Litwa już ma nową prezydent – Dalię
Grybauskaite, pilnie rozwija stosunki gospodarcze z Rosją, i nie chce nie tylko
umierać za Ukrainę i Gruzję, ale nawet specjalnie zajmować się Tbilisi i
Kijowem, na co zwracał uwagę jej poprzednik, Valdas Adamkus. Na Łotwie w
ostatnich, jesiennych wyborach 1/4 głosów uzyskała partia związana z
mniejszością rosyjską i omal nie weszła do rządu. W Polsce i rząd, i Pałac
Prezydencki jest w rękach ugrupowania, które unika jakiejkolwiek konfrontacji z
Rosją. Co więcej, nie wypracowało własnej polityki wschodniej, lecz świeci
światłem odbitym od Brukseli, powtarzając unijne zaklęcia. Skądinąd nie robią
tego kraje znacznie mniejsze od Polski.

Ekonomiczny nacisk Moskwy
Rosja systematycznie zatem odbudowuje wpływy, zarówno w dawnych republikach
sowieckich (zwłaszcza), jak też w krajach byłego bloku wschodniego. Wykorzystuje
tu szczególnie mocno nacisk ekonomiczny, szczególnie energetykę. Musimy mieć
świadomość, że niektóre nowe kraje członkowskie mają przemysł energetyczny
uzależniony od rosyjskiego (Bułgaria, po części nawet Węgry), choć podobnie
dzieje się np. w przemyśle zbrojeniowym na Słowacji. Ktoś, kto myśli, że Moskwa
ogranicza swoją presję poprzez instrumenty gospodarcze jedynie do państw
wchodzących niegdyś w skład dawnego ZSRS – jest w błędzie. Zresztą jeśli
prześledzić historię Nordstreamu i Southstreamu, czyli gazociągów Północnego i
Południowego, okaże się, że Gazprom (czytaj: Kreml), dzięki udziałom w tych
inwestycjach lub zamawianym pracom czy kupowanemu sprzętowi potrafił politycznie
skorumpować nie tylko niemieckie, ale też włoskie i holenderskie firmy związane
z rządami tych państw.
Główne tematy dorocznego szczytu w Brukseli to, według oficjalnych zapowiedzi:
dalszy rozwój Partnerstwa dla Modernizacji, końcówka negocjacji Rosji w sprawie
przystąpienia do Światowej Organizacji Handlu (Europa liczy, że akces Moskwy
nastąpi już w przyszłym roku), a także współpraca energetyczna oraz prawa
człowieka (choć te kwestie jak zwykle pobieżnie). Jednak na rozmowach w Brukseli
nie zakończy się ten festiwal unijno-rosyjskiego ocieplenia. Już w kolejnym
tygodniu (15-16 grudnia) w siedzibie Parlamentu Europejskiego w Strasburgu
odbędzie się wspólne posiedzenie rosyjskich deputowanych i posłów do PE. Tutaj w
agendzie znajdziemy: podsumowanie szczytu i omówienie Partnerstwa dla
Modernizacji oraz podsumowanie współpracy w 2010 roku. To oczywiście ramy tych
międzyrządowych i międzyparlamentarnych szczytów. Jednak sam obraz, który
wypełni te ramy, będzie – mam nieodparte wrażenie – uwzględniał bardziej szkołę
malarstwa rosyjskiego niż zachodnioeuropejskiego. Słowem: nie Rembrandt, a
Riepin. Rzecz w tym, że to Moskwa w relacjach z Brukselą (a nie odwrotnie)
przyjęła za swoją dewizę: "brać, ale nie kwitować". A do tego wszystkiego główne
państwa UE nawet nie udają, że działają we wspólnym – a więc także krajów
średnich czy małych – interesie. Berlin, Paryż czy Rzym, w mniejszym stopniu
Londyn załatwiają z Moskwą własne interesy, głównie zresztą czysto gospodarcze.
Tyle że później Rosjanie wystawiają im również polityczny rachunek.
Rosja wie, czego chce – USA wycofują się z Europy, sama Europa zaś ma poczucie
własnej, rosnącej słabości wobec innych graczy światowej sceny. Dla Polski
nadszedł czas wyjątkowej dekoniunktury międzynarodowej. A tak jak Waszyngton
porozumiewał się z Moskwą ponad głową Brukseli, tak równolegle Bruksela dogaduje
się z Moskwą ponad głową Warszawy. Szkoda, że dzieje się tak przy kompletnej
bezczynności rządu Donalda Tuska. Krawcowi z PO starczyło materii na tyle
właśnie, czyli na niewiele. Ale za jego grzech zaniechania Polacy będą płacić
jeszcze długo.

Ryszard Czarnecki

 

Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy
Konserwatyści i Reformatorzy).

drukuj