Gra WikiLeaks
Znając pomysłowość i zdolności komercyjne niektórych młodych informatyków,
wcale nie byłoby dziwne, gdyby jeszcze przed Bożym Narodzeniem na rynku
pojawiała się ogromna komputerowa gra strategiczna "WikiLeaks". Mogłaby ona
opierać się na filozofii amerykańskiej polityki, w świetle której USA pod każdym
względem są "the best" (najlepsze) i spełniają misję strażnika globalnego
rezerwatu. Natomiast pozaamerykańska reszta świata przedstawiana jest jako
małpiarnia z różnymi okazami – "teflonową" Merkel, "samcem alfa" Putinem czy
"nagim cesarzem" Sarkozym. W tym ogrodzie zoologicznym, w którym mniej lub
bardziej dowcipni amerykańscy dyplomaci szczują jedne zwierzątka przeciwko
drugim, wojna jest traktowana jako najtańszy i najlepszy sposób rozwiązywania
problemów USA i ich popleczników.
Z opublikowanych przez Juliana AssangeŐa, 39-letniego Australijczyka – za
pośrednictwem witryny internetowej WikiLeaks (z ang. leak – "przeciek") –
dziesiątek tysięcy depesz napisanych przez amerykańskich dyplomatów przeziera,
niestety, bardzo ponury obraz światowej polityki i stosunków międzynarodowych. W
tej rzeczywistości obowiązuje pochodzący z II tysiąclecia przed Chrystusem
babiloński pogański Kodeks Hammurabiego odwołujący się do zasady "oko za oko,
ząb za ząb". Stany Zjednoczone to jedyne na ziemi hiperimperium, a wiadomo, że
silnemu wszystko wolno tym bardziej że działa w imię "wyższych racji". Cel
uświęca środki i każdy chwyt jest dobry, by osiągnąć sukces: skrytobójstwa,
porwania i tortury zlecane w imieniu rządów to normalna praktyka, a kłamstwo,
manipulacja czy podwójna moralność to oczywiste "cnoty", podobnie jak
inwigilowanie sojuszników i popieranie korupcji w krajach "zaprzyjaźnionych".
Rewelacje opublikowane przez WikiLeaks niewątpliwie osłabiły pozycję USA na
arenie międzynarodowej. I nieważne, czy w tle tego "tsunami przecieków" jest
wewnętrzna rozgrywka między różnymi służbami amerykańskimi, czy gra obcych
wywiadów – mleko się rozlało. Globalne supermocarstwo objawiło na oczach całego
świata (któremu chce przewodzić) bezbronność oraz brak profesjonalizmu własnej
administracji niezdolnej do strzeżenia wytworzonych przez siebie zasobów
informacji. Stany Zjednoczone do tej pory bardzo skutecznie potrafiły
wykorzystać swoją przewagę gospodarczą, finansową, technologiczną, wojskową,
informacyjną, wywiadowczą, informatyczną, jednak tym razem poległy od własnej
broni. Bo co z tego, że tyle wiedzą, skoro tak łatwo za pośrednictwem sieci
można te informacje ujawnić i upowszechnić. Wiadomo nie od dzisiaj, że w erze
internetu trwa na dobre wojna w cyberprzestrzeni, w której bez posiadania
znaczących instrumentów i aktywów, można ujawniać wiedzę bardzo niewygodną dla
najważniejszych ludzi na świecie. Wystarczy 22-letni starszy szeregowiec Bradley
Manning, analityk z bazy USA pod Bagdadem, który mógł bez ograniczeń kopiować
raporty na dyski z nalepkami "Lady Gaga" i wystarczy portal umożliwiający
publikowanie w sposób anonimowy tajnych dokumentów rządowych i korporacyjnych.
Było to możliwe, bo dostęp do poufnych danych mają setki tysięcy wojskowych i
urzędników amerykańskich, dziwne zatem, że do wycieku doszło dopiero teraz…
Dla Polski niedobrą wiadomością jest potwierdzenie tego, co było oczywiste,
czyli faktu, że administracja Obamy jest prowadzona na pasku Moskwy. Historia z
tarczą antyrakietową jest tego potwierdzeniem, a to oznacza, że nasze
bezpieczeństwo w ramach NATO jest oparte na iluzorycznych podstawach. Ale z
danych upublicznionych przez Juliana AssangeŐa wynika jeszcze jeden, kto wie,
czy nie najistotniejszy wniosek: rozsypuje się dotychczasowy porządek świata
oparty na niekwestionowanej dominacji USA, które m.in. przez zakończone klęską
wojny w Iraku i Afganistanie powoli tracą status największego mocarstwa. Zaczął
się proces rozpadu Unii Europejskiej (kryzys gospodarczy, kłopoty euro, zima
demograficzna i w tej sytuacji każdy pilnuje swojego interesu, poza polskimi
władzami, które jeszcze naiwnie wierzą w UE), a do gry wchodzą nowe ośrodki – w
tym przede wszystkim Chiny.
Jan Maria Jackowski
